U martwych w Dallas
- Автор: Харрис Шарлин
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «U martwych w Dallas». Краткое содержание книги:
Pewnego dnia Sookie znajduje na parkingu ciało zamordowanego kucharza z baru, w którym pracuje. Jakby tego było mało, zostaje śmiertelnie poraniona i otruta przez tajemnicza postać z mitów greckich. Na szczęście, pewne przyjacielsko usposobione wampiry wysysają jej zatrutą krew. Kiedy proszą ja o przysługę, Sookie wdzięczna za uratowanie życia nie odmawia. Wkrótce wykorzystuje swoje telepatyczne zdolności aby znaleźć wskazówkę co do zaginięcia pewnego wampira. Wkrótce, jednak Sookie zaczyna żałować swej decyzji…
Jan, całkiem naga, została kompletnie zlekceważona. Mogę się tylko domyślać, że nic w jej postaci nie zainteresowało menady; Jan nie była dumna, raczej żałosna, i nic tego wieczoru nie piła. Ze wszystkich potrzeb wyeksponowała najbardziej potrzebę seksu, zatracenia się – ale była to potrzeba, która nie miała nic wspólnego z uczuciem cudownego szaleństwa. Starając się, jak zwykle, być w centrum uwagi, Jan przywołała na usta uśmiech, który teoretycznie miał być seksowny i ujęła rękę menady. Nagle zaczęła zwijać się konwulsyjnie, a dźwięki wydobywające się z jej gardła były przerażające. Z jej ust zaczęła toczyć się piana, jej oczy obróciły się w głąb czaszki. Z hukiem upadła na ganek.
Potem znów nastała cisza, ale coś się działo w tej niewielkiej grupce na ganku, stojącej kilka jardów od nas: coś strasznego i odpowiedniego, coś czystego i okropnego. Ich strach zaczął się zmniejszać, a moje ciało znów stało się spokojne. Okropne ciśnienie znikło z mojej głowy. Ale wraz z jego ustępowaniem, pojawiła się nowa siła: nieopisanie piękna i absolutnie zła.
To było czyste szaleństwo. Od menady biła obłąkańcza wściekłość, prymitywna żądza, arogancka duma. Było to dla mnie obezwładniające w takim samym stopniu, jak dla ludzi na tarasie. Szarpałam się i rzucałam, kiedy szaleństwo Callisto przeszło na nich, i tylko dłoń Erica na moich ustach sprawiała, że nie krzyczałam jak ludzie na ganku. Ugryzłam go i posmakowałam jego krwi, usłyszałam też, jak chrząknął – najwyraźniej go zabolało.
To trwało i trwało – krzyki, a potem okropne, mokre dźwięki. Pies, wciśnięty między nasze nogi, skamlał.
Nagle wszystko ustało.
Poczułam się jak kukiełka na sznurkach, które nagle zostały przecięte. Zrobiło mi się słabo. Bill położył mnie na masce samochodu Erica. Kiedy otworzyłam oczy, menada na mnie patrzyła. Znów się uśmiechała, ale teraz była umazana krwią. Wyglądało to, jakby ktoś wylał jej na głowę wiadro czerwonej farby; jej włosy ociekały krwią, podobnie jak każdy skrawek jej nagiego ciała. Do tego irytująco śmierdziała metaliczną wonią krwi.
– Byłaś blisko – powiedziała do mnie, a jej głos był słodki i wysoki jak dźwięk fletu. Przemieszczała się teraz wolniej, jakby zjadła syty posiłek. – Byłaś bardzo blisko. Może już nigdy nie będziesz bliżej, a może i będziesz. Nie widziałam nigdy, żeby ktoś wpadł w obłęd z powodu szaleństwa innych. To interesujące.
– Może dla ciebie – mruknęłam.
Pies lekko ugryzł mnie w nogę, żebym lepiej kontrolowała to, co mówię. Menada zerknęła na niego.
– Mój drogi Sam… – wymamrotała. – Kochanie, muszę cię zostawić.
Pies spojrzał na nią, jakby rozumiał jej słowa.
– Spędziliśmy przyjemnie trochę czasu, biegając wspólnie po lesie – powiedziała, głaszcząc go po łbie. – Polując na zające i borsuki.
Pies zamerdał ogonem.
– Robiąc inne rzeczy.
Pies uśmiechnął się i zaczął dyszeć.
– Ale na mnie już czas, kochanie. Świat jest pełen lasów i ludzi, którzy potrzebują nauczki. Muszę otrzymywać ofiary. Nie mogą o mnie zapomnieć. Są mi to winni – powiedziała spokojnym głosem. – Są mi winni szaleństwo i śmierć.
Ruszyła powoli w stronę lasu.
– Poza tym – powiedziała, oglądając się w tył – sezon polowań nie może trwać wiecznie.
Tłum. Puszczyk 1
Rozdział 11
Nawet gdybym chciała, nie mogłabym podejść do ganku i zobaczyć, co tam się wydarzyło. Bill i Eric byli przygaszeni, a jeśli wampiry tak wyglądają – oznacza to, że naprawdę nie chcesz wiedzieć, co się stało.
– Musimy podpalić chatkę – powiedział Eric. – Żałuję, że Callisto sama nie posprzątała bałaganu, który zrobiła.
– Z tego co wiem, nigdy nie sprząta – powiedział Bill. – Co prawdziwe menady obchodzi, że ktoś może się czegoś o nich dowiedzieć?
– Och, czy ja wiem – powiedział beztrosko Eric. Sądząc po brzmieniu głosu, właśnie podnosił coś ciężkiego. – Widziałem kilku ludzi, którzy wyglądali na bardzo wkurzonych i dość wnikliwie analizujących to, co się stało.
– To prawda – przyznał Bill. – Nie powinniśmy zostawić kilkorga z nich na ganku?
– Jak ich odróżnisz?
– Też prawda. To jedna z tych rzadkich nocy, kiedy w pełni się z tobą zgadzam.
– Zadzwoniła do mnie i poprosiła o pomoc. – Tym razem odpowiedź Erica nie dotyczyła słów Billa, ale pytania zadanego jakoś inaczej.
– W takim razie w porządku. Ale pamiętaj o naszej umowie.
– Jak mogę zapomnieć?
– Wiesz, że Sookie nas słyszy.
– Nie przeszkadza mi to – powiedział Eric i się roześmiał.
Gapiłam się w nocne niebo, zastanawiając się (choć nie dociekając) o czym oni, do cholery, rozmawiają. Nie byłam jakąś Rosją, żeby mógł mną władać silniejszy dyktator.
Sam odpoczywał obok mnie, na powrót w ludzkiej postaci, nagi. W tej chwili nie mogłoby mnie to mniej obchodzić. Chłód mu nie przeszkadzał, w końcu był zmiennokształtnym.
– Ojej, tu jest ktoś żywy – zawołał Eric.
– To Tara – krzyknął Sam.
Tara powoli zeszła z tarasu i ruszyła w naszym kierunku. Przytuliła się do mnie i zaczęła płakać. Też objęłam ją ramionami, mimo że ta chwila wydawała mi się niesamowicie dziwna, i pozwoliłam jej się wypłakać. Nadal byłam w stroju w stylu Kaczki Daisy, a ona miała na sobie jaskrawoczerwoną bieliznę. Odniosłam wrażenie, że jesteśmy jak dwie lilie wodne, unoszące się na powierzchni chłodnego jeziora.
– Myślisz, że w chatce będzie jakiś koc? – zapytałam Sama.
Wszedł po schodach i zauważyłam, że widok z tyłu był całkiem interesujący. Po kilku chwilach wyszedł – wow, ten widok był nawet bardziej interesujący – i zarzucił koc na mnie i Tarę.
– Muszę przeżyć – wymamrotałam.
– Czemu tak mówisz? – zaciekawił się Sam. Nie wydawał się szczególnie zaskoczony tym, co się stało.
Nie mogłam mu powiedzieć, że to z powodu pewnych widoków, które wpadły mi w oko, więc zapytałam:
– Co z Eggsem i Andym?
– To brzmi jak program w radio – powiedziała nagle Tara i zachichotała.
Nie podobało mi się to.
– Nadal stoją tam, gdzie ich zostawiła – odpowiedział Sam. – Nadal patrzą.
– I’m still staring [41] – zaśpiewała Tara na melodię „I'm Still Standing” Eltona Johna.
Eric wybuchnął śmiechem.
On i Bill przygotowywali wszystko do podłożenia ognia. Zerknęli na nas, żeby upewnić się, że wszystko w porządku.
– Jakim samochodem przyjechałaś? – Bill zwrócił się do Tary.
– Ooo, wampir – powiedziała. – Jesteś facetem Sookie, prawda? Czemu byłeś na meczu z taką suką jak Portia Bellefleur?
– Też jest urocza – stwierdził Eric. Spojrzał na Tarę z dobrotliwym, ale nieco zawiedzionym uśmiechem, z jakim hodowca psów może patrzeć na słodkiego, ale gorszego od innych szczeniaka.
– Jakim samochodem przyjechałaś? – powtórzył Bill. – Jeśli jesteś rozsądna, lepiej, żebyś odpowiedziała.
– Przyjechałam białym camaro – odpowiedziała całkiem trzeźwo. – Dam radę wrócić do domu. Albo i nie. Sam?
– Jasne, odwiozę cię. Bill, potrzebujecie tu jeszcze mojej pomocy?
[41] Ang. „Nadal patrzę”.