Portier Nosi Garnitur Od Gabbany
- Автор: Weisberger Lauren
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Portier Nosi Garnitur Od Gabbany». Краткое содержание книги:
– Na pewno chętnie przeczytam o tym w necie w tygodniu – powiedziała i zaśmiała się, ale wyczułam, że nadal jest zdenerwowana. – A propos, widziałaś poranne wydanie?
Serce zabiło mi nieco mocniej.
– Poranne? O czym ty mówisz?
– Cóż, nie jest aż tak złe, jak to czasem bywało. Nie martw się – powiedziała szybko. Wiedziałam, że chciała mnie pocieszyć, ale jej stwierdzenie wywarło odwrotny skutek. – Avery pokazał mi parę minut temu. Jest tam tylko zgryźliwa uwaga o tym, jak przyszłaś w garsonce na bal kostiumowy.
To niewiarygodne! Ogólnie rzecz biorąc, dzisiejsze rewelacje byty całkowicie nieszkodliwe, ale z jakiegoś powodu bardziej irytujące niż wszystkie kłamstwa i fałszywe wnioski na temat moich nocnych przygód. Skoro nie mogłam dobierać stroju bez publicznego komentarza, to nie miałam już ani odrobiny prywatności.
– Świetnie. Po prostu świetnie. – Tyle tylko udało mi się powiedzieć. – Cóż, dysponując dowodem, że faktycznie miałam na sobie garsonkę na imprezie kostiumowej, sama widzisz, że nie zamierzałam wychodzić z twojej kolacji.
– Wiem, Bette. To już ustaliłyśmy, dobrze?
Miałyśmy się właśnie rozłączyć, kiedy przypomniałam sobie, że nie zaprosiłam Penelope na imprezę BlackBerry.
– Hej, Pen, może byś wpadła we wtorek? Weź Avery'ego, jeżeli chcesz, albo po prostu przyjdź sama. Będzie dobra zabawa.
– Naprawdę? – spytała, zadowolona, sądząc po głosie. – Pewnie, z przyjemnością. Będziemy w końcu mogły usiąść i pogadać. Dawno tego nie robiłyśmy, prawda?
– Bardzo bym chciała. Nie ma to jak się wymknąć, schować w jakimś cichym kącie i naśmiewać ze wszystkich, ale muszę ci od razu powiedzieć, że nie będę miała nawet sekundy wolnej. Jestem organizatorką całej tej imprezy i na pewno będę biegała w kółko, załatwiając tysiące rzeczy. Chciałabym, żebyś wpadła, ale nie będzie to najlepszy wieczór, żeby pogadać.
– Rozumiem. Oczywiście. Zdaję sobie sprawę.
– A może zaraz po Święcie Dziękczynienia? – zaproponowałam. – Mogłybyśmy zjeść kolację, tylko we dwie, zanim wyjedziesz.
– Ee, pewnie. Jeszcze się zdzwonimy. – Znów ją straciłam. Słychać było, że chce jak najszybciej odłożyć słuchawkę.
– Jasne. Cóż, jeszcze raz przepraszam za wczoraj. Już się cieszę na przyszły tydzień.
– Uhm. Miłego dnia, Bette. Pa.
– Pa, Pen. Do usłyszenia.
17
Kiedy ma się dwadzieścia siedem lat i w środku nocy dzwoni telefon, człowiek na ogół myśli, że to jakiś facet z pijackim zaproszeniem, żeby dokądś pojechać i się spotkać, i nie przewiduje związanej z pracą katastrofy, która z pewnością na zawsze zmieni jego życie. W noc przed imprezą BlackBerry było jednak inaczej. Kiedy o trzeciej trzydzieści nad ranem ryknęła moja komórka, z całkowitą pewnością wiedziałam, że nie mogę jej zignorować.
– Czy to Betty? – zapytała starsza kobieta, gdy tylko odebrałam.
– Halo? Kto mówi? Tu Bette – powiedziałam, wciąż jeszcze oszołomiona, chociaż zdołałam już usiąść prosto i miałam w ręku pióro.
– Betty, tu pani Carter – wyjaśnił kobiecy głos.
– Przepraszam. Czy mogłaby pani powtórzyć swoje nazwisko?
– Pani Carter. – Cisza. – Mama Jaya-Z.
Aha!
– Witam, pani Carter. – Pomyślałam o chwili, gdy rozdzielałam zaproszenia na imprezę i że pani Carter była jedyną osobą z odnośnikiem „matka gwiazdy”.
– Nie możemy się doczekać, żeby jutro przywitać u nas pani syna i jego ban… eee, jego przyjaciół. Wszyscy już się na to cieszą! – zapewniłam, w duchu gratulując sobie umiejętności aktorskich: słyszałam szczerość we własnym głosie.
– No tak, moja droga, właśnie dlatego dzwonią. Czy nie za późno? Pomyślałam, że taka poważna organizatorka jak ty na pewno nie śpi o północy. Nie myliłam się, prawda, kochanie?
– Eee, nie, zupełnie nie. Oczywiście jestem w Nowym Jorku, więc mamy tu trzecią rano, ale absolutnie proszę się nie przejmować. Może pani dzwonić do mnie o dowolnej porze. Czy coś się stało? – Proszę nie, proszę nie, powtarzałam bezgłośnie, zastanawiając się, co jeszcze mogłabym dodać do czeku na sto tysięcy dolarów, apartamentów na najwyższym piętrze hotelu Gansevoort i biletów na samolot w klasie biznesowej, na które wykosztowaliśmy się dla niego, jego mamy, dziewczyny-gwiazdy i dziewięciu najbliższych przyjaciół. Kiedy zapytałam, czemu w ogóle potrzebują pokoi w hotelu – wiedziałam przecież, że Jay-Z ma w Nowym Jorku przypominające pałac mieszkanie -jego mama się roześmiała i powiedziała „Po prostu je zarezerwuj”. Nie miałam więcej pytań.
– Widzisz, kochanie, mój synek właśnie dzwonił i powiedział, że nie widzi potrzeby wyruszania jutro tak wczesnym lotem. Miałam nadzieję, że mogłabyś zarezerwować nam wszystkim coś późniejszego.
– Coś późniejszego?
– Tak, no wiesz, lot, który startuje później niż ten, który…
– Rozumiem, co pani mówi – stwierdziłam trochę za ostro. – Problem w tym, że impreza zaczyna się o siódmej i w tej chwili macie przylot zaplanowany na drugą… Jeżeli go opóźnimy, istnieje ryzyko, że nie dotrzecie na czas.
– Cóż, jestem pewna, że jakoś to rozwiążesz, kochanie. Muszę koniecznie trochę wypocząć przed jutrzejszą wielką wyprawą- wysiłek związany z różnicą czasu między LA a Nowym Jorkiem zawsze zwala mnie z nóg-ale po prostu przefaksuj mi potwierdzenie, kiedy wszystko będzie ustalone. A teraz pa, pa. – Rozłączyła się, zanim zdążyłam powiedzieć choć słowo.
Pa, pa? Pa, kurwa, pa? Rzuciłam komórką o ścianę i nie poczułam nawet śladu satysfakcji, kiedy wydała z siebie słaby jęk, a potem zgubiła pokrywkę baterii i wyświetlacz pociemniał. Millington schowała głowę pod poduszkę w nadziei, że uniknie mojego gniewu. Zaczęłam się zastanawiać, czy nie jest aby za późno, żeby rozwinąć w sobie poważne i wszechogarniające uzależnienie od środków uspokajających. Albo przeciwbólowych. Albo jednych i drugich. Na szczęście biura linii lotniczych działają przez całą noc i zanim zdążyłam uszkodzić coś jeszcze, już wykręcałam z domowego telefonu numer American Airlines.
Operatorka, która odebrała, miała głos równie zmęczony i wściekły, jak sama się czułam, więc zebrałam siły, szykując się na coś, co z pewnością miało być nieprzyjemnym wydarzeniem.
– Cześć, mam irytujące pytanie. Zrobiłam rezerwację dla grupy dwunastu osób na przelot z LAK na JKF o ósmej rano i miałam nadzieję, że mogłabym może przesunąć ich wszystkich na nieco później?
– Nazwisko! – warknęła, nie tylko w ogóle niezainteresowana, czego się spodziewałam, ale zwyczajnie agresywna. Zastanawiałam się, czy „przypadkowo” mnie rozłączy, jak ostatnio z wyraźną przyjemnością robili to inni, których prosiłam o coś rzeczywiście wymagającego zaangażowania z ich strony.
– Eee, rezerwacja jest właściwie na nazwisko Gloria Carter. Wszyscy lecą klasą biznes.
Nastąpił moment nabrzmiałej ciszy, po czym zapytała:
– Gloria Carter? Ta Gloria Carter? Mama Jaya-Z?
Jakim cudem ludzie wiedzą takie rzeczy, pozostawało dla mnie tajemnicą, ale wyczułam chwilową przewagę i z niej skorzystałam.
– Ta właśnie. Przylatuje do Nowego Jorku na występ razem z kilkoma przyjaciółmi i matką. Oczywiście jeżeli jesteś w Nowym Jorku i możesz to załatwić, będziesz mile widziana, możesz wpaść i posłuchać, jak śpiewa kilka piosenek.
Głośno wypuściła powietrze i powiedziała:
– Żartujesz! Poważnie? Właściwie to pracuję teraz w naszym centrum na Florydzie, ale mój brat mieszka w Queens i wiem na pewno, że byłby zachwycony, gdyby mógł pójść.
– Cóż, zobaczmy, co da się zrobić z tą zmianą lotu. Nie chcę, żeby dotarli tu za późno, może godzinę albo dwie później, to maksymalnie. Czy ten samolot ląduje zwykle o czasie?