Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #1
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187080
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:
Powoli wyrzucił te dźwięki poza percepcję, skupił się na innych. Ktoś cicho płakał, gdzie indziej, mimo pospiesznej krzątaniny, nie padało ani jedno słowo. Coś się działo, mieszkańcy, nawet jeśli nie chodzili ścieżkami duchów ani nie potrafili czerpać Mocy z aspektowanych źródeł, czuli zagrożenie. Potem dotknął jednej z chat i zasyczał. Śmierć, dużo gwałtownych śmierci, dusze wyrwane z ciał, przerażenie i szok. I zimny jak lód osad po zabójcy. Żadnych emocji, spokój i poczucie siły. Nic dziwnego, że miejscowi się bali, ten ktoś zabijał już w wiosce. Tylko dlaczego jeszcze jej nie opuścili?
—— • ——
Wioska, jak tłumaczył Bergh, nie miała niczego takiego jak karczma czy zajazd, nie leżała na żadnym szlaku handlowym, a kupcy, którzy tu zajeżdżali, zazwyczaj rozbijali obozowisko na uboczu. Miejscowi nie życzyli sobie obcych pod własnym dachem.
Jednak widok oddziału maszerującego wzdłuż płotów nie wywołał jakiegoś szczególnego poruszenia. Co prawda płoty były wyższe niż rosły mężczyzna, ale niemożliwością było, żeby nikt nie dostrzegł czterdziestu obwieszonych bronią żołnierzy. To była kolejna niespodzianka.
Każde gospodarstwo w wiosce nie tylko oddzielało się ścianą z desek od sąsiadów, lecz także zamykano w ten sam sposób całe podwórze. W rezultacie kompania szła wzdłuż długiego na pół mili płotu, znad którego wystawały tylko dachy chałup. Co kilkadziesiąt kroków w płocie trafiali na małą furtkę. Gdyby nie Bergh, który pamiętał, gdzie mieszka starszy wioski, musieliby pytać o drogę.
Starszy okazał się niskim, żylastym mężczyzną po pięćdziesiątce, obdarzonym imponującą, siwą czupryną. Zastali go w największej izbie chałupy, gdzie jadł kolację. Izba była typowa, bielone ściany, stół, stojące pod ścianami ławy, jakaś skrzynia. Małe okna nie wpuszczały już światła, więc na stole płonęły dwie lampki, rozsiewające intensywny zapach rybiego oleju. Pachniało nawet smakowicie. Na widok wchodzących do środka żołnierzy gospodarz nie zmieszał się, nie przestraszył, tylko zmierzył ich wzrokiem, wstał zza stołu i ruszył naprzód z ręką wyciągniętą do powitania. Kurze łapki w kącikach oczu pogłębiły się, gdy uśmiechnął się szeroko.
– Górska Straż zawitała w nasze skromne progi. I to sama – rzucił okiem na płaszcz – Szósta Kompania. Sławne Czerwone Szóstki. Witam, witam!
Nie czekając na odpowiedź, zaczął potrząsać ich wyciągniętymi dłońmi.
Kenneth chrząknął.
– Porucznik Kenneth-lyw-Darawyt, dziesiętnik Varhenn Velergorf, dziesiętnik Bergh Maws – przedstawił. – Mój ostatni podoficer pilnuje ludzi na zewnątrz.
– Rzecz jasna, rzecz jasna. – Siwy nie przestawał się uśmiechać. – Porządek musi być. Jestem Gawan Alewec, starszy wioski, ale to już pewnie, panowie oficerowie, wiecie. Kolację podano u mnie właśnie, a wy musicie być zdrożeni. Zjecie zupę rybną?
Wymienili spojrzenia. Kenneth westchnął w myślach, bo zupa pachniała przepysznie.
– Niestety, starszy, oficer Straży nie je, kiedy jego ludzie stoją głodni.
Mężczyzna zafrasował się.
– No tak, no tak... – Podrapał się za uchem i zaraz rozpromienił. – Wiem, jutro nagotujemy dla wszystkich. Bo dziś już wieczór, a wy zostaniecie do jutra, prawda?
– Tak. Śledztwo musimy zrobić.
Starszy zamrugał.
– Śledztwo?
– Ktoś tu zginął, słyszeliśmy.
Gospodarz wyglądał na zagubionego.
– Tak, ale to już wyjaśnione, panie oficerze – powiedział wreszcie powoli.
– Tak szybko?
– Pół roku minęło.
– Jak to pół roku?
– No stary Zyran, co to wiosną wyszedł na lód, choć wszyscy mówili, że już za cienki jest, żeby z niego łowić... Lód się załamał i chłop przepadł. Zyran mieszkał sam i jego synowie pokłócili się o spadek, więc musieliśmy wezwać sędziego, żeby podzielił majątek. He, też mi majątek, dziurawa łódź, stara chałupa, jeden garnek, jedna łyżka i trochę zmurszałych sieci. Ale jakoś się w końcu dogadali, choć sędzia, kutwa stary, kazał za poradę zapłacić sobie pięć orgów. Pięć, panie poruczniku, za to można pół krowy kupić, i...
Przez chwilę Kenneth miał uczucie, że rozmowa zdryfowała w dziwną stronę, przerwał gestem rozkręcającemu się starszemu.
– Otrzymaliśmy wieść, że w wiosce zabito sześciu mężczyzn. Jakieś dwanaście dni temu. Kupiec, który u was przebywał, doniósł o tym w Lencherr.
Przez kilka uderzeń serca twarz gospodarza wyrażała czyste zdumienie. Potem poczerwieniał aż po cebulki włosów, oczy mu rozbłysły i parsknął. Zatoczył się w tył, oparł o stół i przez chwilę się krztusił, najwyraźniej usiłując powstrzymać atak śmiechu. Wreszcie wybuchnął.
– Cha, cha, cha... uff, sze... sześciu ludzi... cha, cha, cha, ale... ale się Cywer zdziwi, uff, ale... cha, cha, cha, im się kpina udała, ale... cha, cha, cha, będzie, co... co opowiadać, a ten kutwa zer-Galencec zrobił z siebie durnia... Cha, cha, cha...
Trwało to dobrą chwilę, w czasie której Kenneth z dziesiętnikami wymieniali tylko zdziwione spojrzenia. Nie takiej reakcji się spodziewał. Zdarzało się, i to nieraz, że miejscowi górale wszelkie sprawy, łącznie z kradzieżami, gwałtami i mordami, woleli załatwiać w swoim gronie, uważając, że pojawienie się przedstawicieli prawa zburzy naturalny porządek rzeczy, więc zazwyczaj wszyscy, łącznie z rodzinami ofiar, gorąco zaprzeczali, że jakakolwiek zbrodnia miała miejsce. Tu jednak najwyraźniej starszy wioski uważał, że zdarzyło się coś niezmiernie zabawnego.
Stary przerwał wreszcie, z wyraźnym trudem opanowując wybuch wesołości. Wyprostował się, otarł załzawione oczy i uśmiechnął przepraszająco.
– Wybaczcie, panowie strażnicy, ale gdybym wiedział, porządnie natarłbym chłopakom uszu. Iwa! Iiwaa!
Z sąsiedniego pomieszczenia wyłoniła się kobieta, nieco młodsza od gospodarza, ubrana schludnie i przepasana czystym fartuchem.
– Moja żona, Iwa.
Skinęła żołnierzom głową i spojrzała na męża.
– Poślij kogoś po Lywensa, niech przyjdzie z synami. Tylko szybko. A wy – zwrócił się do strażników – usiądźcie proszę tam, na ławie, odpocznijcie. Opowiem, jak było, zanim Lywens przyjdzie.
Kenneth podszedł do stojącej pod ścianą ławy, czując, że to, co zaraz usłyszy, wcale a wcale mu się nie spodoba. Usiadł i zawiesił wzrok na twarzy starszego. Ten uspokoił się wreszcie, spoważniał.
– Wybaczcie jeszcze raz, ale tego się nie spodziewałem. Hm, od czego by tu zacząć? Wiem. Parę razy do roku odwiedza nas Klawen-zer-Galencec, kupiec. Handlujemy z nim głównie wędzonymi i suszonymi rybami, jak przychodzi sezon składania ikry przez łososie, które wracają do jeziora, to i ikrą, i klejem z rybiej skóry, co to go do robienia łuków potrzeba, i takimi rzeczami. Kutwa z niego, jakich mało, każdego orga liczy po sześć razy, a jakby mógł, to poobrzynałby wszystkie tak, że ledwo krążki na pół cala by zostały. Nieraz nas już okantował, bo tylko on i jeszcze jeden kupiec tu zaglądają, więc czasem trzeba im sprzedawać, jak leci. No to nie lubią go tu niektórzy, bo nad każdą rybą niemało wydziwia, każde ziarnko ikry liczy, i w ogóle, mruk z niego, co to ani się nie napije, ani nie zabawi. To i chłopaki, zwłaszcza młode i głupie jak ten narybek, robią mu często kawały. A to koniom ogony powiążą, a to rybim olejem kozioł na wozie posmarują, takie tam głupoty, mówię.
W sieni trzasnęły drzwi, zastukały podeszwy kilku butów.
– No, już są. – Gospodarz odwrócił się do Kennetha i mrugnął okiem. – Wejdźcie.