Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #1
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187080
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:
Do izby wsunął się najpierw starszy, czarnobrody mężczyzna o wyglądzie ponurego draba, a za nim dwóch chłopców, na oko dziesięcio- i trzynastoletni. Gdy tylko zobaczyli żołnierzy, pobledli i przysunęli się do ojca.
– Ci tu, panowie żołnierze, powiadają – zaczął starszy – że kupiec zer-Galencec zeznał pod przysięgą, żeście na jego oczach zamordowali jakichś ludzi. Przyszli więc z całym oddziałem, widzieliście przecież żołnierzy na podwórzu, prawda? No. Więc przyszli z całym oddziałem, by was teraz zaaresztować i postawić przed sądem w Belenden, jako wielkich zbrodniarzy. Zaraz wyruszacie.
Przez całą przemowę starszemu nie drgnęła nawet powieka. Za to chłopcy pobledli jeszcze bardziej i próbowali dać drapaka do sieni.
– Na zewnątrz czekają strażnicy. Nie pogarszajcie swojej sytuacji.
Na kilka chwil zapadła cisza, w której wreszcie rozległo się pociąganie nosem. Młodszy nie wytrzymał napięcia.
– No, już dobrze – Kenneth stwierdził, że nie będzie tego przedłużał. – Opowiedzcie, jak było naprawdę.
Chłopcy wskazali palcami na siebie.
– To był jego pomysł! – powiedzieli jednocześnie.
– Widać od razu, że to bracia... – Velergorf uśmiechnął się szeroko, wstał, przeciągnął, aż trzasnęły mu ramiona. – Mówcie, tylko szybko – huknął nagle, kładąc dłoń na rękojeści topora – jak było?
– No bo, no bo, jasny panie... – Starszy z chłopców zagapił się na budzącą grozę broń dziesiętnika i wyglądało na to, że się zaciął. – No bo, no bo, panie... No bo, no...
– Oj, przestań. – Podoficer machnął ręką. – Ty mów, młodszy.
Młodszy z chłopców zdołał już wziąć się w garść.
– Myśmy chcieli go tylko nastraszyć, panie, kupca, chcieliśmy nastraszyć, bo on nam obiecał, że przywiezie na sprzedaż noże, takie jakie mają w mieście, z pochwami i paskami, a potem powiedział, że zapomniał i kazał nam iść precz. Więc Cywer wymyślił, że jak będzie odjeżdżał, to napędzimy mu stracha...
– Nie ja! – Starszy dał mu kuksańca.
– Ty.
– Nie!
– A właśnie, że ty!
Velergorf uniósł rękę.
– Cisza! Teraz to już nieważne. Mów dalej.
– No więc... więc myśmy wzięli stare ubranie ojca, koszulę i spodnie, wypchaliśmy trawą i oblaliśmy je rybią krwią i flakami. Sami też się upaskudziliśmy, i gdy kupiec ruszył w drogę powrotną, i już był poza wioską, wyskoczyliśmy na niego, wołając pomocy, że jakiś potwór wyszedł z jeziora i tatkę zabił, i nas poszarpał, i żeby zabrał nas ze sobą, bo już tu idzie... – chłopak wyrzucił z siebie całą opowieść na jednym oddechu.
– A kupiec co?
– No on, no on – starszy wspomógł brata – no on konie batem popędził, wyrwał galopem i tyleśmy go widzieli.
Pociągnął nosem.
Kenneth zamknął oczy i wziął głęboki oddech.
– Jak rozumiem, ojciec i matka natarli wam uszu za zniszczone ubrania? – zapytał.
– Tak – odezwał się pierwszy raz ponury drab, głosem ciężkim jak tysiącfuntowy głaz. – Całą zimę będą wszystkie sieci reperować, i lepiej, żeby dobrze to robili, bo sprawdzę. A zasiądą do roboty, jak tylko tyłki im się wygoją. Wychodne ubrania rybimi flakami upaprać, ech...
Zamachnął się na chłopaków ręką wielką jak piekarska łopata, i zaraz zmitygował.
– Wybaczcie, jeszcze mi się krew burzy. Zabieracie ich od razu, czy mogą się z matką pożegnać?
Chłopcy skulili się jeszcze bardziej.
– Nie, myślę, że nie, naprawianie sieci będzie gorszą karą niż ciemnica, więc sądzę, że ich tu zostawimy – Kenneth uśmiechnął się szeroko. – Ale wrócimy w przyszłym roku, sprawdzić, czy dobrze się wywiązali z zadania. A teraz możecie iść.
Czarnobrody skinął głową i od niechcenia klepnął starszego syna w ramię, aż chłopak niemal przysiadł na ziemi.
– Pokłońcie się panu oficerowi, i podziękujcie. I do domu, już!
Wyszedł i wyciągając obu dowcipnisiów za sobą, skinął jeszcze głową wszystkim obecnym. Chłopcy wyglądali jak jedno wielkie nieszczęście.
Velergorf szczerzył się od ucha do ucha.
– No, tośmy zrobili kawał drogi na próżno, panie poruczniku. Trzeba było w koszarach zostać, kolczugi z rdzy czyścić.
– Nie narzekaj na przyjemny spacer, Varhenn. Teraz pułkownik jest nam winien dziesięć dni odpoczynku. Przenocujemy i jutro wracamy.
Starszy wioski chrząknął przepraszająco.
– Przepraszam, panie poruczniku, ale ci chłopcy nie będą mieli więcej kłopotów, prawda? Bo ojciec, mimo że mruk, to jednak chyba trochę się martwi. W końcu przez ich wygłup cała kompania Straży maszerowała tu przez pół prowincji.
– Jeśli ktoś będzie miał kłopot, to tylko ten kupiec. Dureń. Ale to dopiero jak zahaczymy w drodze powrotnej o Lencherr. A teraz muszę przed zmrokiem znaleźć nocleg dla ludzi. Jest tu jakieś ustronne miejsce w okolicy?
Gospodarz zafrasował się wyraźnie.
– No, z tym będzie problem, panie oficerze. Nie ma u nas wystarczająco dużej szopy, żeby was pomieścić, a okolica zimna i wilgotna...
– Górska Straż jest przyzwyczajona do sypiania na dworze. To ludzi trzyma w dobrym zdrowiu. Odejdziemy kawałek od jeziora i rozbijemy obóz. Wskażecie dobre miejsce?
– Hm... No, tą drogą, którą żeście przyszli, jakieś pół mili stąd stoją trzy wielkie kamienie, a za nimi jest ścieżka, i tak z ćwierć mili od niej mała kotlinka, osłonięta skałami. Wiatr tam nie zawiewa i od wody nie ciągnie. Tylko w okolicy o drewno trudno, więc chociaż pozwólcie, że wam drew damy, żebyście nie musieli w chłodzie i mroku nocować.
– A, drewno przyjmiemy z wdzięcznością. I na tę zupę rybną jutro się wprosimy. – Kenneth uśmiechnął się szeroko. – A teraz pozwólcie, gospodarzu, że już pójdziemy, zanim noc nas całkiem ścignie.
Wyszli, żegnając się krótko, starszy wskazał im jeszcze miejsce, skąd mogli nabrać drewno i od razu ruszyli na nocleg. Gdy minęli ostatnie zabudowania, Velergorf wycedził przez zaciśnięte zęby:
– Mogę się już przestać uśmiechać, panie poruczniku?
– Możesz.
Od lat odwiedzali takie wioski, położone na uboczu, w miejscach, gdzie kończyły się szlaki handlowe. Ludzie, którzy tam żyli, najczęściej uważali Imperium za na wpół przekleństwo, na wpół mit, jedyne kontakty ze światem utrzymując za pośrednictwem zajeżdżających tam sporadycznie kupców i poborców podatkowych, zjawiających się od czasu do czasu w towarzystwie zbrojnej eskorty. Zazwyczaj witali żołnierzy Górskiej Straży ponurymi minami i złowrogimi spojrzeniami, znacząco potrząsając widłami i siekierami, i najwyraźniej nie bardzo pojmując, czym Straż różni się od bandy zbójów. Ale takie zachowanie znaczyło, że wszystko w okolicy jest w porządku. Taki wizerunek wioski pasował do opowieści i wspomnień Bergha. Wioski zamieszkanej przez milczących, ponurych, wrogich i sobiepańskich górali.
Jeśli jednak miejscowi uśmiechali się serdecznie, zapraszając na poczęstunek i nocleg, zapewniając jednocześnie „pana ofiecera”, że „uni żadnych zbójów na uczy nie widzieli” i „szystko jes w porzundku”, Kenneth uśmiechał się równie szeroko, wymawiał obowiązkami i wycofywał, z dłonią na rękojeści miecza, czując nieprzyjemne swędzenie między łopatkami. Tak jak teraz. To przez wizyty w takich miejscach nabrał zwyczaju noszenia tarczy przewieszonej przez plecy.
Tu od początku było coś nie tak. Straszy wioski nie zdziwił się za bardzo na ich widok i zamiast przyjąć powarkiwaniem i ponurą miną, zachowywał, jakby właśnie odzyskał utraconych synów. Chłopcy zjawili się z ojcem, zaledwie po chwili, z opowieścią tak piękną i składną, że do niczego nie dało się przyczepić. No, może poza tym, że ciężki kupiecki wóz, wyładowany zapewne po brzegi beczkami suszonych i wędzonych ryb, w żaden sposób nie mógł „wyrwać galopem”. Zwłaszcza jeśli jechał po tym, co uchodziło w tej okolicy za drogę. Prędzej osie by połamał. I teraz na dodatek wskazano im na nocleg miejsce prawie o milę od wioski. Zapewne w jakimś skalnym kotle, w którym nie będzie nic widać i słychać.