Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5 - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5

Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:

Najnowszy almanach fantastyki Kroki w nieznane prezentuje szesnaście różnorodnych opowiadań autorów z Australii, Argentyny, Rosji, Stanów Zjednoczonych, Ukrainy i Wielkiej Brytanii. Wśród nich nowa krew, niedawne debiutantki (McCarron, Swirsky) oraz autorzy rozwijający skrzydła (Bacigalupi, Kosmatka, Ostapenko). Są też stare wygi, z niemałym dorobkiem, których tekstów nie było nam dane posmakować dotychczas (Brown, Kaługin) lub spotykaliśmy się z ich twórczością okazjonalnie (Kessel, szczególnie Waldrop). Oczywiście są także wielkie nazwiska (Egan, Kress, Silverberg, czy Willis), a oprócz tego pisarze wyjątkowi, za sprawą wyobraźni (Ballantyne), poetyckiego stylu (McDonald), czy prozy o niesamowitym klimacie (Nielsen)…
1 ... 56 57 58 59 60 61 62 63 64 ... 146
Перейти на страницу:

— Albo jej nie zdobędę.

Gavin westchnął.

— Ponieważ nie wiem, czy archeologia kiedykolwiek była tak ważna, jak teraz. Czy to wystarczy za odpowiedź? Żyjemy w świecie, w którym zeloci zostają naukowcami. Powiedz mi, chłopcze, czy jesteś zelotą?

— Nie.

— Właśnie dlatego. Lub wystarczająco blisko.

* * *

Na początku świata była skończona liczba unikalnych kreacji — skończona liczba gatunków, która od tamtego czasu ze względu na wymieranie dramatycznie się zmniejszyła. Specjacja jest szczególnym wydarzeniem zachodzącym poza naturalnymi procesami, fenomenem przenoszącym do chwili stworzenia i do tajemnic Allaha.

— biegły sądowy, procesy o herezję,

Ankara, Turcja.

* * *

Lot na Bali trwał siedemnaście godzin, kolejne dwie lecieli wyczarterowanym samolotem na Flores — potem cztery jeepem po stromych górach i do serca dżungli. Dla Paula to było jak znalezienie się w innym świecie. Zaczęło padać, przestało, znów zaczęło, zmieniając drogę w coś koszmarnego.

— Zawsze tak tu jest? — zapytał Paul.

— Nie — odparł Gavin. — Teraz trwa pora deszczowa, to i drogi są znacznie gorsze.

Flores, wyspa kwiatów. Z powietrza wyglądała jak długa wstęga dżungli, wyrastająca z błękitnej wody, część różańca wysp pomiędzy Australią a Jawą. Linia Wallacea — linia wyraźniejsza od tych na mapach — ciągnęła się kilometrami na zachód, w stronę Azji i imperium ssaków łożyskowych. Tutaj rządził dziwniejszy imperator.

Zanim dotarli do Ruteng Paul był wykończony. Potarł oczy. Obok jeepa biegły dzieci, ich twarze były na poły malajskie, na poły papuaskie — brązowa skóra, mocne, białe zęby, jak ze snów dentysty. Wioska była osadzona jedną nogą w dżungli, drugą w górach. Całymi kilometrami ciągnęła się z niej głęboka dolina.

Mężczyźni zameldowali się w hotelu. Pokój Paula był prosty, ale czysty, i Paul spał jak zabity. Następnego ranka wstał, wykąpał się i ogolił. Spotkali się z Gavinem w holu.

— Dosyć tu prymitywnie, wybacz — powiedział Gavin.

— Nie, wszystko w porządku — odparł Paul. — Jest łóżko i prysznic. Niczego więcej mi nie trzeba.

— Ruteng to taka nasza baza. Później nie będzie tak luksusowo.

Z powrotem w jeepie Paul sprawdził swój sprzęt. Kiedy wspiął się na siedzenie pasażera zauważył broń, czarną skórzaną kaburę przyklejoną taśmą do drzwi kierowcy. Nie było jej tam poprzedniego dnia.

Gavin zauważył jego spojrzenie.

— Żyjemy w szalonych czasach, kolego. O tym miejscu historia dotąd nie pamiętała. Ostatnie wydarzenia to zmieniły.

— Jakie to wydarzenia?

— Dla niektórych religijne. Dla innych polityczne — Gavin machnął ręką. — To znalezisko zagraża nie tylko naukowcom.

Jechali na północ, zagłębiając się w dolinę i zostawiając za sobą ostatnie ślady cywilizacji.

— Boisz się, że ktoś ukradnie kości? — spytał Paul.

— Tak, to jedna z rzeczy, których się boję.

— Jedna?

— Łatwo udawać, że to tylko zabawa teoriami — ideami wymyślonymi w jakiejś wieży z kości słoniowej pomiędzy walczącymi frakcjami naukowców. Jakby to było jedynie ćwiczenie intelektualne — Gavin spojrzał na niego, jego oczy pociemniały. — Ale potem widzisz prawdziwe kości; czujesz w dłoniach ich wagę, i czasami teorie przesypują się przez palce.

Trakt w głąb doliny był bardzo kręty. Zwieszające się nad nim gałęzie i pnącza zmieniały go w tunel — dżungla uderzała o szyby. Tu i ówdzie roślinność jednak się przerzedzała i wtedy widać było dolinę, jaką pokochałoby Hollywood, archetyp wszystkich dolin, z dżunglą we mgle. Jedno szarpnięcie kierownicą w lewo i zniknęliby w niej na zawsze.

— Liange Bua — tak nazwał Gavin ich cel. — Zimna jaskinia.

Gavin wyjaśnił, jak według nich do tego doszło — scenariusz. Dookoła parująca dżungla, więc dwóch lub trzech weszło do środka, żeby się ochłodzić, przespać. A może padało, więc weszli do jaskini, żeby się osuszyć — tylko że deszcz nie ustawał, rzeka wylała i jak to się czasem zdarza, podnosząca się woda uwięziła ich w jaskini, a ciała zostały pogrzebane pod warstwą mułu i osadów.

Mężczyźni chwilę jechali w ciszy, a Paul czuł, że to nie były ostatnie słowa jego towarzysza.

— Albo coś ich tam zjadło.

— Co?

— Homo homini lupus est — powiedział Gavin. — Człowiek człowiekowi wilkiem.

Przekroczyli wzburzoną rzekę. Woda sięgała do drzwi. Paul poczuł, jak samochodem szarpnęło. Gavin przeklinał i zaciskał ręce na kierownicy, próbując utrzymać wóz na płyciźnie.

— Trzeba jechać prosto na północ; jeśli zboczysz o kilka stóp, cały ten złom zwali się do wody — powiedział, kiedy udało im się przejechać.

Paul nie zapytał, skąd to wie.

Za rzeką było obozowisko. Badacze w kapeluszach z szerokimi rondami i bandanach. Młodzi i starzy. Dwóch czy trzech z gołymi torsami. Ciemnowłosa kobieta w białej koszuli siedziała przy ognisku przed namiotem. Jedną rzecz mieli wspólną, dobre buty.

Obracały się za nimi wszystkie głowy, a kiedy jeep się zatrzymał, był już wokół niego mały tłumek zabierający bagaże. Gavin powiedział o nich kilka słów. Ośmiu badaczy i dwóch robotników jest w jaskini. Głównie Australijczycy. Indonezyjczycy. Jeden Amerykanin.

— Herpetologia, stary — powiedział jeden z nich ściskając dłoń Paula. Niski, krępy, rudobrody, nie mógł mieć więcej, niż dwadzieścia dwa lata. Paul zapomniał jego imienia zaraz po tym, jak je usłyszał, ale to wprowadzenie „herpetologia, stary” utkwiło mu w pamięci. — To moja specjalizacja — ciągnął facecik. — Wkręciłem się w to wszystko przez profesora McMastera. Uniwersytet w Nowej Anglii, Australia. — Pod garbatym nosem uśmiechał się szeroko. Paul instynktownie go polubił.

Kiedy skończyli rozpakowywać jeepa Gavin odwrócił się do Paula.

— Sądzę, że teraz nadszedł czas na nawiązanie najważniejszych znajomości — powiedział.

Do jaskini nie było daleko. Z dżungli wyłaniały się wapienne iglice, obrośnięte pnączami, pod którymi widać było ciemnv otwór. Kamień miał białobrązowy kolor starej kości słoniowej. Owiało ich zimne powietrze. Podłoże w jaskini opadało w dół. Paul wszedł do środka i zaczekał, aż oczy przyzwyczają mu się do mroku. Komora miała szerokość trzydziestu metrów, otwierała się na dżunglę — błotniste podłoże, niskie sklepienie. Początkowo niewiele było tam widać. Na drugim końcu z błota wystawały dwa kije, a kiedy Paul przyjrzał się bliżej, zobaczył otwór.

— To tam?

— Tak.

Paul zdjął plecak i wyciągnął z plastikowego opakowania biały papierowy kombinezon.

— Kto jeszcze ich dotykał?

— Talford, Margaret, ja.

— Będę potrzebował od wszystkich próbek krwi do analizy porównawczej.

— Zanieczyszczenie DNA?

— Aha.

— Kiedy uświadomiliśmy sobie, jakie to ma znaczenie, przestaliśmy kopać.

— Mimo wszystko. Będę potrzebował próbki krwi od każdego, kto tu kopie, każdego, kto przechodził w pobliżu kości. Jutro sam je pobiorę.

— Rozumiem. Potrzeba ci jeszcze czegoś?

— Samotności — uśmiechnął się Paul. — W tej chwili nikt nie może wchodzić do jaskini.

Gavin skinął głową i wyszedł. Paul wypakował swoje narzędzia. Najlepiej było, kiedy osoba pobierająca próbki sama wykopywała szczątki z ziemi — a jeszcze lepiej, żeby próbki DNA pobrać, kiedy kości nadal były w ziemi. Mniejsze zanieczyszczenie. Ale i tak było nie do uniknięcia. Nieważne, jakie podjęto środki ostrożności, nieważne, jak uważano, albo jak niewielu ludzi przy tym pracowało, zanieczyszczenia były zawsze.

1 ... 56 57 58 59 60 61 62 63 64 ... 146
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)