Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
- Автор: Браун Эрик, Иган Грег
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo „Solaris”
- Переводчик: Jolanta Pers
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:
Paul dowiedział się, że skanowano mózgi zakonnic w poszukiwaniu punktu łączności z Bogiem i że go nie znaleziono. Uczył się o ewolucjonizmie. Choć od dawna był odrzucany przez ustaloną naukę, wciąż istnieli jego zwolennicy — ich przekonania wydawały się niemal nieśmiertelne pośród obalonych gałęzi pseudonauki, okupując jej skraj wraz z takimi systemami wierzeń, jak astrologia, frenologia i akupunktura. Współcześni ewolucjoniści wierzyli, że różne systemy datowania były wszystkie niepoprawne; i podawali szereg nienaukowych wyjaśnień wskazujących, jak to możliwe, by wszystkie testy izotopowe były fałszywe. Niektórzy nawet mówili cicho o fałszowaniu danych i spisku.
Ewolucjoniści ignorowali przyjętą interpretację danych geologicznych. Ignorowali cud łożyska i niewiarygodną złożoność oka.
Przez cały czas Paul studiował archeologię. Badał starożytne szczątki homo erectus i homo neanderthalensis. Badał afarensis i australopithecus.
W świecie archeologii granica między człowiekiem a nieczłowiekiem może być niejasna — ale zawsze ważna. Dla niektórych naukowców homo erectus był wymarłą dawno temu rasą człowieka, uschniętą gałęzią drzewa ludzkości. Dla tych bardziej konserwatywnych w ogóle nie był człowiekiem; był czymś innym, czkawką stwórcy, niezależną kreacją zrobioną tymi samymi narzędziami. To był jednak ekstremalny punkt widzenia. Oczywiście główny nurt nauki uznawał używanie kamiennych narzędzi za test lakmusowy. Ludzie robili kamienne narzędzia. Bezduszne bestie nie. Rzecz jasna trwały spory, nawet w głównym nurcie. Skamielina KNM ER 1470, znaleziona w Kenii, wydawała się leżeć idealnie na granicy pomiędzy człowiekiem a nieczłowiekiem, tak że trzeba było utworzyć nową kategorię: prawie człowiek. Spory stały się bardziej zażarte, a obie strony, aby udowodnić swoje racje, przywoływały statystyki antropometryczne.
Jak życzliwy nauczyciel wkraczający, by zakończyć bójkę na szkolnym boisku, na scenie pojawiła się genetyka. Znajdując się dokładnie w przecięciu dwóch życiowych pasji Paula — genetyki i antropologii — narodziła się nowa dziedzina nauki, paleometagenomika.
W maju Paul otrzymał tytuł licencjata, a we wrześniu rozpoczął studia uzupełniające. Dwa lata i jeden stopień naukowy później przeprowadził się na Wschodnie Wybrzeże pracować dla Westin Genomics, jednego z najlepszych laboratoriów badawczych na świecie zajmujących się genetyką.
Trzy tygodnie potem był w Tanzanii, ucząc się właściwej techniki pobierania DNA z kości mających pięć tysięcy osiemset lat. Kości pochodzących z czasów narodzin świata.
Do jasnego pokoju weszło dwóch mężczyzn.
— Więc to tutaj prowadzi się właściwe testy? — rozległ się głos z australijskim akcentem.
Paul podniósł wzrok znad mikroskopu i zobaczył, że jego opiekunowi towarzyszy starszy mężczyzna w popielatym garniturze.
— Tak — odpowiedział pan Lyons.
Obcy przeniósł ciężar ciała na tekową laskę. Włosy miał krótkie i szare, starannie rozdzielone przedziałkiem.
— To nigdy nie przestaje zadziwiać — powiedział przybysz rozglądając się wokół. — To, że laboratoria na całym świecie są do siebie takie podobne. Kultury, które nie są w stanie uzyskać porozumienia w jakiejkolwiek kwestii, w tej jednak się zgadzają — jak zaprojektować centryfugę, gdzie postawić półkę na próbki, na jaki kolor pomalować ściany — zawsze na biało. A stoły laboratoryjne na czarno.
Pan Lyons przytaknął. Pan Lyons był człowiekiem, który swój autorytet nosił jak mundur o dwa numery za duży; żeby dobrze się prezentował, wymagał ciągłych poprawek.
Paul wstał, ściągając lateksowe rękawiczki.
— Gavin McMaster — powiedział obcy, wyciągając rękę. — Miło mi pana poznać, panie Carlson.
— Paul. Proszę mi mówić Paul.
— Przepraszam, że przeszkodziłem ci w pracy — powiedział Gavin.
— I tak o tej porze robię sobie przerwę.
— Zostawię was, porozmawiajcie spokojnie — powiedział pan Lyons, przeprosił i wyszedł.
— Proszę usiąść — powiedział Paul, wskazując najbliższy stół.
Gavin opadł na taboret i położył na stole swoją teczkę.
— Obiecuję, że nie zabiorę ci dużo czasu — powiedział. — Ale musiałem z tobą porozmawiać. Przez ostatnich kilka dni zostawialiśmy wiadomości i…
— Och — twarz Paula się zmieniła. — Jesteś z…
— Tak.
— To raczej niezwykłe, że się ze mną skontaktowałeś.
— Zapewniam cię, że to są bardzo niezwykłe okoliczności.
— Nie wiem jednak, czy mi się podoba, że zaprasza się mnie do pracy, podczas gdy zajmuję się inną.
— Widzę, że nastąpiło nieporozumienie.
— Mianowicie?
— Nazwałeś to pracą. Pomyśl o tym jak o konsultacji.
— Panie McMaster, jestem bardzo zajęły tym, co robię obecnie. Jestem zaangażowany w kilka projektów i, mówiąc szczerze, zaskakuje mnie, że Westin w ogóle wpuścił pana za drzwi.
— Westin już w tym siedzi. Zanim się z tobą skontaktowałem pozwoliłem sobie porozmawiać z kierownictwem.
— W jaki sposób…
Paul popatrzył na niego, a Gavin uniósł brew. W korporacjach pytania zaczynające się od „jak” zazwyczaj były retoryczne. Odpowiedź zawsze była taka sama. I zawsze zawierała w sobie symbol dolara.
— Oczywiście mamy dla ciebie pewien bonus, kolego — McMaster przesunął po blacie czek. Paul ledwie na niego spojrzał.
— Tak, jak powiedziałem, jestem obecnie zaangażowany w kilka projektów. Może ktoś inny będzie zainteresowany.
McMaster uśmiechnął się.
— Normalnie uznałbym to za taktykę negocjacji. Ale nie o to tu chodzi, mam rację?
— Tak.
— Kiedyś byłem taki, jak ty. Do diabła, może nadal jestem.
— W takim razie pan rozumie — Paul wstał.
— Rozumiem cię lepiej, niż sądzisz. Czasami pieniądze ułatwiają sprawę. Czasami myślę, że tylko ludzie, którzy je mają rozumieją, jakie są w istocie bezwartościowe.
— Nie mam takiego doświadczenia. Proszę mi wybaczyć. — Grzeczność jak ściana, coś, czego nauczył się od matki.
— Proszę — powiedział Gavin. — Zanim wyjdziesz, mam coś dla ciebie — otworzył zatrzaski teczki i wyciągnął plik lśniących fotografii 8x10.
Przez chwilę Paul po prostu stał bez ruchu. Potem wziął zdjęcia z wyciągniętej ręki Gavin a. Popatrzył na nie. Patrzył na nie bardzo długo.
— Te szczątki znaleziono w zeszłym roku na wyspie Flores, w Indonezji — powiedział Gavin.
— Flores — wyszeptał Paul, wciąż wpatrując się w zdjęcia. — Słyszałem, że natknięto się tam na dziwne kości. Nie wiedziałem, że ktoś to opublikował.
— Bo nie było publikacji. W każdym razie jeszcze nie.
— Te wymiary nie mogą być prawdziwe. Sześciocalowa kość łokciowa?
— Są prawdziwe.
Paul spojrzał na niego.
— Dlaczego ja? — i tak po prostu ściana zniknęła. To, co było za nią, czuło głód.
— A dlaczego nie?
Tym razem to Paul uniósł brew.
— Ponieważ jesteś dobry — powiedział Gavin.
— Tak, jak inni.
— Ponieważ jesteś młody i nie ryzykujesz, że stracisz reputację.