Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #1
- Год: 2005
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
— To kantor pisarza — powiedział Brus. — Mieści się na ulicy Powroźniczej, w dzielnicy handlowej. Pisarz nazywa się Szyłgan Hatjezid i musisz to zapamiętać na wszelki wypadek, gdyby zdarzyło się, że będziesz sam musiał wrócić do domu.
— Szyłgan Hatjezid — powtórzyłem. — Pisarz, z kantorem na Powroźniczej, w dzielnicy handlowej.
Szyłgan Hatjezid sięgnął po kościaną pieczęć i przetoczył ją po karcie. Dla niego byliśmy niewidzialni.
— Co on robi?
— Pisze ludziom urzędowe pisma. Prośby, wnioski i oświadczenia. A także prywatne listy, testamenty, listy rozwodowe i tym podobne. Taką ma pracę.
Brus rozgarnął zasłonę z rzemieni i wyszedł na ulicę, a ja wyszedłem tuż za nim.
I omal nie upadłem, kiedy zalał mnie blask słońca, hałas, tłum i zgiełk. Widywałem już więcej ludzi naraz, ale oddziały wojska albo tłumy wiernych przypominały z daleka raczej rabatę kwiatów. Tutaj ludzie dosłownie się kłębili. Patrzyłem na ciasne, klockowate domy w żółtawym kolorze wyschniętej gliny, tłoczące się jedne na drugich, barwne ubrania, wystawione przed wejścia stosy towarów, łopocące chorągiewki szyldów i zakręciło mi się w głowie.
Było brudno i hałaśliwie.
Przeciskaliśmy się pomiędzy ludźmi siedzącymi w podcieniach, którzy palili fajki albo popijali napar, brodziliśmy w usypanych tam stertach owoców, lawirowaliśmy pomiędzy stosami glinianych naczyń lub przepychaliśmy się w zalanym słońcem tłumie. Nikt nie ustępował nam miejsca, nikt nie pomagał przejść. Trzeba było wciskać się na siłę, słuchać przekleństw i znosić poszturchiwania. Czułem smród potu, wymieszany z zapachem skwierczącej na rusztach pieczeni i korzeni, dodawanych do zielonego kebiryjskiego wina. Miasto równocześnie pachniało i cuchnęło, było zarazem interesujące i przerażające, ponętne i odpychające.
Zapamiętałem tylko chaos i tłok. I wstrząsające uczucie, że nikt nie zwraca na mnie uwagi, splecione z okropnym lękiem, że za chwilę zostanę rozpoznany. Tłum sprawiał wrażenie, że wszyscy idą we wszystkich kierunkach równocześnie. Zauważyłem też, że niektórzy chorowali albo nosili ślady dawnych schorzeń. Brakowało im zębów, mieli blizny, zdarzali się ludzie pozbawieni nogi lub ręki, czasem mieli powykręcane dłonie albo ropiejące wrzody.
Kiedy przeszliśmy kawałek, poczułem się okropnie zmęczony i nabrałem ochoty, żeby wrócić do Wioski Chmur, przebrać się i usiąść w ogrodzie. Powiedziałem o tym Brusowi, ale tylko parsknął.
— Jeszcze nie widziałeś miasta, Arki. Masz do niego przywyknąć. To jest życie. Ten smród, hałas i ci ludzie. W twoim ogrodzie się śni. Ty musisz się obudzić.
Szliśmy więc ulicami, a mnie kręciło się w głowie od zgiełku, upału, a wkrótce ze zmęczenia.
— Kiedy jesteś zmęczony, możesz usiąść gdzieś w cieniu na ziemi, ale tam będzie z kolei duszno i tłoczno. Każdy chce usiąść w cieniu. Pozostali przechodnie będą cię kopali i potrącali. Co innego, jeśli masz jakieś pieniądze. Wtedy możesz znaleźć karczmę i tam odpocząć, napić się czegoś i usiąść wygodnie na zydlu. To jednak kosztuje. Podobnie jak każdy owoc, każdy kawałek pieczonego żółwia i w ogóle wszystko, co widzisz. W mieście kosztuje wszystko. Kawałek cienia, chwila wypoczynku, kęs jedzenia. Jeżeli chcesz choćby gdzieś usiąść i odpocząć, musisz płacić. W mieście płaci się co chwilę i za wszystko. Także za każdy łyk wody. Tamten człek, idący z dziwnym zbiornikiem na plecach, sprzedaje właśnie wodę. Kiedy będziemy wychodzili następnym razem, dostaniesz trochę miedziaków, mniej więcej dirhana. Tyle, ile wynosi dzienna zapłata dla cieśli. Gdy zechcesz coś kupić albo zjeść, będziesz musiał zwracać uwagę na ceny i sprawdzać, czy możesz sobie na to pozwolić. Pamiętaj, że odkąd trwa susza, najdrożej w tym mieście kosztuje zaspokojenie pragnienia. Mimo to w stolicy jeszcze jest względnie normalnie.
Po jakimś czasie jednak i Brus zziajał się i usiedliśmy w podcieniu przed jakimś mrocznym pomieszczeniem na drewnianych, twardych krzesełkach, a gruby oberżysta przyniósł nam czarki naparu orzechowego.
— Dlaczego usiedliśmy tutaj, sitar Tendzyn?
— Bo „U Kocura” jest dobry napar. Dużo gorszy niż to, co pijasz zazwyczaj, ale zdołasz go przełknąć.
— Ale zapłaciłeś pół tigrika. W tamtej gospodzie napoje są tańsze. Za te same monety oprócz naparu dostalibyśmy jeszcze po tykwie korzennego piwa.
— Skąd wiesz? — Zmarszczył brwi.
— Ceny wypisano kredą na okiennicy, sitar Tendzyn — zauważyłem.
Potem polubiłem wyprawy do miasta. Chodziliśmy po ulicach, co jakiś czas przysiadając w tawernach, przechadzaliśmy się po bazarach i placach. Brus w zasadzie pozwalał mi chodzić, gdzie chciałem, sprzeciwiał się tylko, kiedy postanawiałem wybrać się w niektóre dzielnice.
— Tam jest zbyt niebezpiecznie — odpowiadał krótko.
Polubiłem obserwowanie ludzi i przysłuchiwanie się rozmowom. Wypatrywałem egzotycznie wyglądających cudzoziemców i czułem radość, widząc przepychającego się przez tłum człowieka w kireneńskiej kurcie, z klanowymi haftami na rękawach i z nożem u boku. Lubiłem też łazić bez celu. Przejść przez bazar, zważyć w dłoni kebiryjską szablę, kupić pieczoną kałamarnicę z ulicznego rusztu i popić tykwą korzennego piwa, potargować się o sznur paciorków, a potem ofiarować go pierwszej napotkanej ładnej dziewczynie. Miałem jednak tyle rozumu, by nie zbliżać się do kobiet w kastowych szatach z tatuażem na czole.
— Mężczyznom nie wolno odzywać się do nich bez pytania — zauważył Brus. — Krewni mogą cię poturbować, a może ktoś zechce pchnąć cię nożem w tłoku.
Kilka razy surowo mnie zbeształ, kiedy chciałem iść w jakieś podejrzane miejsca.
— Nic ci się nie stanie — powiedział. — Nie tobie, skoro tu jestem, ale będą próbowali cię zaczepiać, a ja będę musiał ich zabić. W ten sposób skazujesz ich na śmierć. To bezmyślne okrucieństwo.
Uznałem to za przechwałki, ale pewnego dnia mnie okradziono.
Nawet tego nie zauważyłem. Przeciskaliśmy się przez bazar. Brus, idący za mną, nagle odwrócił się gwałtownie, usłyszałem krzyk i zobaczyłem, że mój opiekun ściska nadgarstek chudego wyrostka o szczurowatej twarzy i czerwonych oczach, dzierżącego sakiewkę, którą nie wiadomo jak odciął od mojego pasa. Złodziej wydał z siebie przeraźliwy, wysoki pisk i chlasnął dłoń Brusa wąskim ostrzem, które w okamgnieniu wyrosło mu z drugiej dłoni. Nie zdążył. Brus równie szybko cofnął rękę i chłopak niemal przerąbał własny nadgarstek.
Kiedy odchodziliśmy, przepychając się przez tłum, wyrostek wił się na ziemi pośrodku zbiegowiska, skowycząc jak zraniony pies, a krew z rozciętej ręki chlustała wokół na piach.
W efekcie Tendzyn przywłaszczył sobie moją odzyskaną sakiewkę.
— Spędzisz ten dzień bez grosza, Ruda Głowo, to może nauczysz się uważać. Ten mały szczur przypłaci życiem twoje gapiostwo.
— Przecież to tylko ręka — zauważyłem.
— Rękę zauważył, bo go boli i sam się ciął — wycedził Brus i dyskretnie wsunął ostrze wielkości małego liścia do pochewki, która niczym amulet wisiała mu na szyi.
Ciężko mi teraz myśleć o Maranaharze mojej młodości, bo tego miasta już nie ma i być może nigdy nie będzie. Dlatego pamiętam. To miasto też muszę nieść w sobie razem z całą resztą. Razem z moim nieznanym krajem, Kirenenem, całym moim klanem, Wioską Chmur, Aiiną, ojcem, braćmi, matką i Rzemieniem. Tak wiele tego jest.