KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody Erasta Fandorina #8
- Язык: польский
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:
I wtedy wszystko zepsuł!
- Ja tego nie p-p-powiedziałem. Wy... wy p-pozbawiliście mnie duchowej równowagi - rzekł, jąkając się bardziej niż zazwyczaj. - Nie m-m-myślałem, że jeszcze coś t-takiego może mi się z-z-zdarzyć, ale, chyba stało się..
- A więc kochacie mnie? Kochacie? - dopytywała się. - Jeśli tak, wszystko inne jest nieważne. Jeśli nie - tym bardziej. Tylko jedno słowo, tylko jedno słowo. No?
Serce mi się ścisnęło - tyle nadziei, cierpienia i strachu zabrzmiało w głosie Kseni Gieorgijewny - ale równocześnie nie mogłem się nie zachwycić jej zdecydowaniem i szlachetną bezpośredniością.
Rozumie się, że podstępny uwodziciel odpowiedział:
- Tak, kocham w-w-was.
Spróbowałby jeszcze nie pokochać jej wysokości!
- W każdym razie jestem z-zakochany - natychmiast się poprawił. - Wybaczcie, ale będę m-mówił zupełnie szczerze. Całkowicie z-zawróciliście mi w głowie, ale... nie jestem pewny... czy tylko wy sami... Możliwe, że pewną rolę odegrała w tym m-magia tytułu... A to byłby wstyd... B-boję się okazać niegodnym waszej miłości...
Żałosny był ten heroiczny mężczyzna. W każdym razie w porównaniu z jej wysokością, gotową dla uczucia rzucić wszystko, a w tym wypadku słowo „wszystko” oznaczało tak wiele, że aż zaparło mi dech w piersi.
- I w dodatku... - zaczął mówić z większym opanowaniem i spokojem. - Nie zgadzam się z wami, że w zestawieniu z uczuciem cała reszta jest nieważna. Są rzeczy, sprawy bardziej istotne niż miłość. Wydaje mi się, że to n-n-najważniejsza lekcja, jaką wyniosłem z życia.
Ksenia Gieorgijewna dźwięcznym głosem rzekła:
- Eraście Piotrowiczu, byliście złym uczniem w szkole życia. - I zwracając się do mnie, krzyknęła: - Afanasiju, wracamy!
Przez całą drogę powrotną nie padło między nimi ani jedno słowo.
* * *
Narada, poprzedzająca wyjazd mademoiselle na kolejne spotkanie z Lindem, odbyła się beze mnie, ponieważ nikt z wielkich książąt nie brał w niej udziału i nie podawano napoi.
Czekałem w korytarzu i teraz, kiedy moja troska o Ksenię Gieorgijewnę nieco osłabła, mogłem się skupić na najważniejszym - na losie małego jeńca. Słowa najmądrzejszej kobiety, pani Snieżniewskiej, że trzeba będzie poświęcić mniejsze dla dobra większego, wywróciły moją duszę na nice, ale przecież Izabella Felicjanowna nie wiedziała o planie Fandorina. Jeszcze pozostała nadzieja - wszystko zależało od tego, czy mademoiselle potrafi wyliczyć drogę do kryjówki zbójców.
Zebranie nie trwało długo. Kiedy mademoiselle wyszła na korytarz, powiedziała do mnie po francusku:
- Tylko żebym się nie pomyliła! Nie spałam całą noc - ćwiczyłam pamięć. Erast powiedział, że najlepszy środek to - uczyć się wierszy, których sens nie w pełni się rozumie. Nauczyłam się fragmentu dzieła tego waszego okropnego poety, Puszkina. Posłuchajcie.
O wy, któhych uległy sile
Euhopy ludy tak bojowe,
Dhapieżni Galle!
(ce sont nous, les francais*) [To o nas, Francuzach (fr.).]
Dziś - w mogile.
O, ghoźne czasy owe!
Gdzież jesteś, ulubieńcze szczęścia i Bellony,
(il parle de Napoleon*) [Ma na myśli Napoleona (fr.).]
Gahdzący phawem, wiahą i nikczemny?
Ty, coś w swej pysze chciał obalać thony?
Zniknąłeś - niby hankiem koszmah senny* [Aleksander Puszkin, Wspomnienie w Carskim Siole (1815), na podstawie przekładu Ewy Rojewskiej-Olejarczuk.]
Po czymś takim liczenie obrotów kół będzie dla mnie czystą przyjemnością. Żebym tylko się nie pomyliła! Dzisiaj przecież mamy ostatnią szansę. Bardzo się denerwuję.
Tak, widziałem, że za jej udawaną radością życia, za całą tą wesołą gadaniną skrywa się silne zdenerwowanie.
Chciałem powiedzieć, że bardzo się o nią boję. Przecież Fandorin mówił, że doktor Lind nie zostawia świadków. Dla niego to nic zabić pośrednika, kiedy nie będzie już potrzebny. Jeżeli w wyższych sferach gotowi są położyć krzyżyk na Michale Gieorgijewiczu, to kto się przejmie śmiercią jakiejś tam guwernantki?
- Nie powinienem był biec za tą karetą. To był niewybaczalny błąd - wydusiłem z siebie w końcu po rosyjsku. - Przez to wy musicie teraz za mnie ryzykować.
Wyszło całkiem nie to i nie tak, w dodatku wplątało się słowo „ryzykować”, niezrozumiałe dla obcokrajowca. Niemniej mademoiselle doskonale mnie pojęła.
- Nie trzeba tak się bać, Atanas. - Uśmiechnęła się, po raz pierwszy nazywając mnie po imieniu, które w jej ustach nieoczekiwanie nabrało kaukaskiego brzmienia. - Dziś Lind nie będzie mnie zabijać. Ja jeszcze powinnam jutho zawieźć „Ohłowa”.
To wstyd, ale w tej chwili poczułem ulgę, wspominając pewność, z którą Snieżniewska ogłosiła, że „Orłowa” w żadnym wypadku porywaczom nie oddadzą. To było podłe, niegodne uczucie. Aż pobladłem, zdając sobie sprawę, że właśnie zdradziłem biednego malutkiego Michała Gieorgijewicza, od którego już i tak wszyscy się odwrócili. A przecież zawsze uważałem, że nie ma na świecie nic wstrętniejszego od zdrady. Moim zdaniem najgorszy grzech to zdrada najcenniejszych ludzkich uczuć: miłości i zaufania.
Wtedy jeszcze bardziej się zawstydziłem, ponieważ przypomniałem sobie, jak pan Masa nazwał mnie tym japońskim słowem. Uri... ugrimono?
Rzeczywiście, postąpiłem wtedy zupełnie nieodpowiedzialnie. Jako porządny człowiek powinienem był za to przeprosić.
Życzyłem guwernantce sukcesu w trudnym i niebezpiecznym zadaniu i poszedłem do Japończyka.
Zastukałem do drzwi. Usłyszałem jakiś przedziwny dźwięk i po chwili wahania zdecydowałem się uznać go za zaproszenie do wejścia.
Pan Masa siedział na podłodze, tylko w bieliźnie - tej samej, w której widziałem go kiedyś wskakującego na ścianę. Na leżącym przed nim arkuszu papieru starannie kreślił pędzelkiem jakieś zawiłe wzory.
- Co chce? - spytał, zezując na mnie wąskimi i złymi oczkami.
Wzburzyła mnie ordynarność jego tonu, jednak należało doprowadzić sprawę do końca. Nieboszczyk ojciec zawsze mówił: „Prawdziwa godność nie w tym, jak z tobą postępują inni, a w tym, jak postępujesz ty sam”.