KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody Erasta Fandorina #8
- Язык: польский
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:
- A... a Afanasija? - Ogłupiały Paweł Gieorgijewicz popatrzył w moją stronę.
Oczy Izabelli Felicjanowny błysnęły i nagle mi się wydało, że ta okropna, niemożliwa, potworna scena nie wprawiła jej w najmniejsze zakłopotanie.
- I Afanasija. - Słowo honoru, ona do mnie mrugnęła! Niemożliwe, widać już źle ze mną albo to jej z nerwów drgnął kącik oka. - Ale inaczej. Przecież on nie jest Romanowem, a ja mam dziwaczne przeznaczenie: mogę kochać tylko mężczyzn z tej rodziny.
Te ostatnie słowa zabrzmiały już w pełni poważnie, jakby pani Snieżniewska dokonała nagle jakiegoś zadziwiającego i, być może, niezbyt wesołego odkrycia.
13 maja
Znalazłem się w fałszywym i bardzo męczącym położeniu, z którego nie potrafiłem się wykaraskać.
Z jednej strony, po wczorajszych wyjaśnieniach w „Łoskutnej”, napięcie między wielkimi książętami szczęśliwie ustąpiło, i przy śniadaniu patrzyli na siebie ze szczerą przychylnością. Moim zdaniem wyglądali już nie jak ojciec z synem, ale raczej jak dwaj koledzy - a to nie mogło nie cieszyć.
Z drugiej strony, kiedy wchodząc do jadalni z dzbankiem kawy, ukłoniłem się i życzyłem wszystkim dobrego dnia, obaj popatrzyli na mnie ze szczególnymi minami i zamiast zwyczajnie mi skinąć, też odpowiedzieli: „Dzień dobry”. To mnie całkiem zbiło z tropu i chyba nawet się zaczerwieniłem.
Trzeba było jakoś się oczyścić z tego okropnego podejrzenia, ale zupełnie nie miałem pojęcia, jak zacząć rozmowę na taki temat z ich książęcymi wysokościami.
Kiedy nalewałem Gieorgijowi Aleksandrowiczowi kawy, ten pokiwał głową i z wymówką, ale równocześnie, jak mi się wydało, nie bez pewnego uznania, wybuczał półgłosem:
- Dobryś...
Ręka mi zadrżała i po raz pierwszy w życiu uroniłem kilka kropel prosto na spodeczek.
Paweł Gieorgijewicz nie rzekł ani słowa, tylko podziękował mi za kawę, co było jeszcze gorsze.
Stałem u drzwi i strasznie cierpiałem.
Mister Carr terkotał bez przerwy, wdzięcznie gestykulując szczupłymi białymi rękoma - pewnie opowiadał o operze, w każdym razie dosłyszałem kilkakrotnie powtórzone słowo Chowańszczyzna. Lord Banville nie zjawił się z powodu migreny.
Trzeba będzie pójść do Gieorgija Aleksandrowicza, pomyślałem, i powiedzieć tak: „Opinia, jaka ukształtowała się u waszej wysokości w kwestii mojego przypuszczalnego związku ze znaną wam osobą, nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, a w szafie znalazłem się wyłącznie dlatego, że wyżej wspomniana osoba chciała uniknąć kompromitacji Pawła Gieorgijewicza. A co do oznajmionej przez nią miłości do mojej skromnej persony: jeśli tak pochlebne dla mnie uczucie istnieje, to bez najmniejszych aluzji do namiętności nieplatonicznego charakteru”.
Nie, lepiej nie, to zbyt zawiłe, a nawet gorzej - brzmi dwuznacznie. Może powiedzieć tak: „Szacunek, z którym się odnoszę zarówno do osób z najjaśniejszej rodziny, jak i do obiektów ich sercowych związków, w żadnym wypadku nie pozwoliłby mi, nawet w najdzikszych fantazjach, wyobrazić sobie, że...” W tym momencie przypadkowo spotkałem się wzrokiem z lejtnantem Endlungiem, który z wyrazem zachwytu uniósł brwi, potem mrugnął do mnie i jeszcze pokazał pod obrusem wystawiony wielki palec, z czego mogłem wywnioskować, że Paweł Gieorgijewicz wszystko mu opowiedział. Jedynie z ogromnym trudem udało mi się zachować pozory obojętności.
Zaprawdę Pan zechciał poddać mnie ciężkim próbom.
Kiedy wstawano od stołu, Ksenia Gieorgijewna szepnęła do mnie:
- Przyjdź.
Po pięciu minutach z ciężkim sercem skierowałem się do jej pokoju, już wiedząc, że nic dobrego mnie tam nie czeka.
Wielka księżna zdążyła się przebrać w suknię spacerową i włożyć kapelusz z woalką, spod której pobłyskiwały jej skośne, o pięknym wykroju oczy.
- Chcę się przejechać landem - rzekła. - Dziś jasny, słoneczny dzień. Pojedziesz jako woźnica, jak kiedyś, w dzieciństwie.
Pokłoniłem się, czując ogromną ulgę.
- Jaką parę każecie, pani, zaprząc?
- Rude. Są najszybsze.
- W tej chwili.
Ale za wcześnie kamień spadł mi z serca. Kiedy podjechałem pod ganek, Ksenia Gieorgijewna wsiadła nie sama, lecz z Fandorinem, wyglądającym na prawdziwego dandy w szarym cylindrze, szarym surducie i jasnopopielatym krawacie ze spinką z perłą. Teraz stało się dla mnie jasne, dlaczego jej wysokość zechciała, żebym na koźle usiadł ja, a nie woźnica Sawielij.
Pojechaliśmy aleją przez park, potem Ksenia Gieorgijewna poleciła skręcić w stronę Worobjowych Gór. Bryczka była nowiutka, z gumowymi resorami, jechać czymś takim to sama przyjemność - nie trzęsie, nie rzuca, tylko trochę kołysze.
Dopóki konie biegły rysią między drzewami, cicha rozmowa za moimi plecami zlewała się w przygłuszony szum, jednak na Wielkiej Kałuskiej zaczął wiać silny wiatr. Podchwytywał każde wymówione słowo i niósł do moich uszu, przez co mimo woli musiałem podsłuchiwać.
- ...a reszta nie ma znaczenia - to pierwsze słowa, które przyleciały do mnie z wiatrem (głos należał do jej wysokości). - Wywieźcie mnie. Wszystko jedno dokąd. Z wami pojadę choćby na kraj świata. Nie, to prawda, nie śmiejcie się! Możemy wyjechać do Ameryki. Czytałam, że tam nie ma ani tytułów, ani różnic stanowych. Dlaczego milczycie?
Trzepnąłem batem Bogu ducha winne konie.
- Różnice s-stanu są i w Ameryce, ale to nie w nich problem...
- A w czym?
- We wszystkim... Ja mam czterdzieści lat, wy dź-dziewiętnaście - to raz. Ja, jak powiedział Karnowicz, jestem „osobą bez konkretnego zajęcia”, a wy, Kseniu, jesteście wielką księżną - to dwa. Ja zbyt dobrze znam życie, wy nie znacie go wcale - to trzy. I najważniejsze: ja należę tylko do siebie, a wy należycie do Rosji. Nie możemy być szczęśliwi.
Jego stała maniera numerowania argumentów w tym przypadku wydała mi się nietaktowna, ale trzeba było przyznać, że Erast Piotrowicz mówił jak człowiek odpowiedzialny. Sądząc po milczeniu, które wtedy zapadło, te słowa przepojone prawdą otrzeźwiły jej wysokość. Minutę później po cichu spytała:
- Wy mnie nie kochacie?