Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #1
- Год: 2005
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
— Każdy? — zapytał drwiąco. — To jak się to dzieje, że wszyscy Hirukowie uprawiają pola Sindarów? Żaden nie lubi handlu?
— Nie mają czym handlować. Jednak kiedyś za opuszczenie wioski czekała ich śmierć, a teraz mogą iść, gdzie chcą, i robić, co chcą.
— Więc dlaczego tego nie robią, Młody Tygrysie?
— Bo nie potrafią! — rozzłościłem się. — Znowu wykręcasz słowa. Jasne, że jeśli od setek lat każdy mógł ich zabijać, bo byli najniższą kastą i niczym nie różnili się od niewolników, to jeszcze długo będą ciemni. Jednak, o ile wiem, Sindarowie muszą teraz im płacić. We wszystkich wiejskich osadach są cesarscy nauczyciele. Może więc ich dzieci...
— I zapewne Sindarowie są z tego powodu szczęśliwsi.
— Myślę, że tak, skoro teraz mogą się bogacić. Kiedy zapłacą ludziom i oddadzą podatki, resztę zysku mają dla siebie. Wtedy nie mieli niczego.
— Zapewniam cię, że i wtedy umieli się bogacić. Mieli swoje sposoby. Kapłani nie trzymali przecież wszystkiego w tych swoich Czerwonych Wieżach. Zatem ustaliliśmy już, że Hirukom nie daliśmy nic. A co daliśmy Sindarom?
— Wiesz doskonale, że jeszcze nie skończyliśmy! Minęły dopiero trzy pokolenia! Usiłujemy wyleczyć cały kraj! Powinieneś mieć więcej szacunku dla tego, co osiągnął mój ojciec, a twój władca!
— Ho, ho, Młody Tygrys będzie mnie straszył zdradą stanu. To tak, jakbym ja bił cię, tohimonie, za każdym razem, kiedy nie wiem, co powiedzieć.
— Pytałem cię tylko, dlaczego Tygrysie Imperium ma się bać jednej, szalonej kobiety. Mało jest proroków dziwnych kultów krzyczących na placach? Tacy jesteśmy słabi? Wystarczy kilka tygodni upału?
— Jest inna. Gdziekolwiek się pojawi, tam potem pozostają jej zwolennicy. Zakładają kastowe ubrania, wznoszą znowu Czerwone Wieże. Oddają majątek świątyni.
— Dlaczego?
— Niewiele wiadomo. Rytuały są tajemne. Jej mowy to zwykłe groźby, stare bajki o Podziemnej Matce, którą jej dzieci muszą nakarmić, i te same wizje nowego, zrośniętego świata jedności. Bez podziałów, bez niesprawiedliwości i tak dalej. Są w tym nowe rzeczy, które dodała do starej wiary, ale to niczego nie tłumaczy. Ma znaczenie to, że rozdaje wodę i żywność. I według tego, co przysyłają w raportach urzędnicy, daje ludziom źródła.
— Jak to „daje źródła”?
Rzemień otworzył grubą tuleję i wydobył z niej plik zwojów.
— Proszę: kiszłak Kahir Dym w Górach Sępich. Uderzyła pięścią w kamień stojący pośrodku bazaru, a następnie przewróciła go. Pod spodem wytrysnęło źródło. Jest małe, ale bije już od miesiąca i wciąż daje wodę. To samo na przedmieściach Bausabadu. Zostawiła po sobie źródło, które tryska ze ściany skalnej, i na podmiejskim bazarze podburzyła tłum do odebrania towarów kupcom. Niewiele tego było, ale rozdawała potem durrę kobietom i dzieciom. Czerpała ziarna z beczki za pomocą drewnianego skopka i wydała jej około... Tutaj mam, proszę: „więcej niż pięć razy po pięćdziesiąt korców”. Przeszło binhon durry z jednej beczki! Dalej: zatrzymuje się w jaskiniach albo piwnicach i tam uzdrawia chorych. Mam raporty o wyleczonych złamaniach, o usunięciu ognistych wrzodów, wyleczonej zgniliźnie oddechu i gorączce bagiennej.
— Więc jest Czyniącą. Możemy ją aresztować.
— Nie powinieneś szybciej mówić niż myślisz, tohimonie. Aresztować za to, że napoiła spragniony lud? Że zrobiła to, czego my nie potrafimy? Może jeszcze zaczopujmy te źródła? A potem powieśmy wyleczonych? Rzecz w tym, że ozdrowieńcy ledwo staną na nogi, zaczynają bredzić o Podziemnej Bogini, oddają majątek i odbudowują Czerwone Wieże.
Słuchałem jakiś czas w milczeniu, bawiąc się czarką.
— Przestaję rozumieć twoje nauki, Rzemieniu. Nie wiem, czego chcesz mnie nauczyć? Jaka jest odpowiedź?
Nauczyciel westchnął.
— Powoli kończy się dla ciebie czas gotowych odpowiedzi, które można znaleźć w zwojach i kodeksach. Uczę cię już tylko myśleć. Korzystać z tej całej wiedzy, którą Dom Stali usiłował umieścić w twojej pustej głowie przez tyle lat. Bowiem może nadejść czas, kiedy to ja będę oczekiwał od ciebie odpowiedzi na pytanie, co robić, Młody Tygrysie, a ty będziesz musiał jej udzielić. Jednak zanim to nastąpi, czas, byś poznał świat.
— Jak to?
— Musisz wyjść z pałacu. Bez orszaków, Tygrysiego Wozu, eskorty i całego sztucznego świata, który ze sobą nosisz jak żółw nosi skorupę. Czas wyjść ze skorupy. Masz być Tygrysem, nie żółwiem.
I tak nadszedł czas, kiedy dostałem szaty zwykłego Sindara. Ciemnożółtą kurtę z czarnymi obszyciami, luźne spodnie i filcowe buty na plecionych, rzemiennych podeszwach. Zaskoczyło mnie to, że były w nieco lepszym gatunku i bogatsze niż te, które zazwyczaj nosiłem na co dzień.
Nauczono mnie, jak zwykli ludzie, tacy jak młody człowiek, który niedawno zdał egzaminy w cesarskich urzędach, mogą się zachowywać, jak należy pozdrawiać innych ludzi i co w mieście komuś takiemu przystoi, a co nie.
A któregoś ranka Nauczyciel przedstawił mi człowieka, który miał się stać dla mnie kolejnym ważnym towarzyszem życia.
Był wysoki, chudy i sprawiał wrażenie, jakby upleciono go z zasupłanych, wysuszonych na słońcu rzemieni. Nosił warkoczyk weterana i zauważyłem, że ma na barku tatuaż czternastego tymenu, zwanego „Piorunowym”. Był nieco młodszy od Rzemienia, ale na mnie sprawiał wrażenie nie młodego, lecz pozbawionego wieku niczym koń.
Nazywał się Brus syn Piołunnika i pochodził z klanu Strumienia.
Powitał mnie powściągliwie, otulając pięść drugą dłonią i przykładając ją na chwilę do czoła.
— Tohimonie, mój panie — mruknął.
— Nie spodziewaj się czołobitności, Młody Tygrysie — oświadczył Rzemień. — Brus ma sprawić, byś pozostał żywy i zdrowy na ulicach miasta, i powrócił do pałacu. I tylko tyle. To nie jest twój służący, ale opiekun. Odtąd możesz wychodzić tajemnym wyjściem i spacerować po Maranaharze, ale Brus zawsze ma ci towarzyszyć. Nie ma od tego wyjątku. Będzie uczył cię świata, ale nikt tam, na zewnątrz, nie może nawet pomyśleć, że jest twoim sługą. Oficjalnie nazywa się Tendzyn Byrtałaj i masz się do niego zwracać: „sitar Tendzyn”, nigdy inaczej. Ty zaś będziesz się nazywał Ardżuk Hatarmał, jednak Brus będzie do ciebie mówił Ardżuk, Arki albo nawet Ruda Głowa. Tak jakby był kimś starszym albo ważniejszym. Czasem będzie mówił lekceważącym tonem lub cię wyśmiewał. To stanowi część przebrania tak samo jak kurta czy fałszywe imiona.
Kiedy po raz pierwszy miałem opuścić Wioskę Chmur, cieszyłem się, ale gdzieś w środku byłem też przerażony.
Wędrowaliśmy długimi, brukowanymi korytarzami, które oświetlały tylko niewielkie lampy olejowe w niszach. Słychać było jedynie nasze kroki oraz dziwny pomruk gdzieś daleko. Spytałem Brusa, co to za dźwięk.
— Miasto — rzekł tylko.
Po dłuższym czasie dotarliśmy do krętych schodów, a potem do drzwi. Brus, którego odtąd miałem nazywać „sitar Tendzyn”, wyjął z rękawa klucz, uwiązany na rzemieniu, i je otworzył. Stanęliśmy w jakimś niewielkim pomieszczeniu bez okna. Mój przewodnik starannie przekręcił klucz, a potem otworzył kolejne drzwi. Trafiliśmy do następnego, zastawionego beczkami i pakami składu, minęliśmy jeszcze jedne drzwi, wyszliśmy po schodach i, odgarnąwszy zasłonę z paciorków, weszliśmy do ciasnego, niepozornego kantorka, w którym siwy, zgarbiony starzec ślęczał nad pulpitem i skrobał coś trzcinowym piórem na niewielkim zwoju. Na półkach leżały setki zwojów oraz tulei do przechowywania dokumentów. Drewnianych, skórzanych i malowanych żywicą. Starzec nie zwrócił na nas najmniejszej uwagi, tak jakby nas w ogóle nie było. Umoczył pisak w rozrobionym tuszu i dalej kreślił równe szeregi liter.