Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Исторические детективы » KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów

Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:

Podczas przygotowań do koronacji cara Mikołaja II porwany zostaje syn Wielkiego Ksiecia Georgija Aleksandrowicza. Porywacz jako okupu żąda `Orłowa`. Ten bezcenny brylant zdobiący berło jest narodową świętością. Fandorin wie, że zbrodniarz nie zwykł zostawiać swych ofiar przy życiu. Musi więc wygrać wyścig z czasem.
1 ... 51 52 53 54 55 56 57 58 59 ... 104
Перейти на страницу:

- Jesteś jak Calineczka - powiedział z żarem. - Zawsze będziesz moją kruszynką...

Zaśmiała się krótko.

- No tak, maleńki piesek do starości pozostaje szczenięciem.

Ponownie zastukano do drzwi - jeszcze bardziej władczo niż poprzednim razem.

- Pani, Gieorgij Aleksandrowicz przybył! - rozległ się zdenerwowany głos pokojówki.

- Jak to? - wystraszył się Paweł Gieorgijewicz. - A opera? To koniec, teraz już na pewno ześle mnie do Władywostoku! Boże, co robić?

- Do szafy - zdecydowała Izabella Felicjanowna. - Szybko! Nie, nie do lewego skrzydła. Do prawego!

Zupełnie blisko skrzypnęły drzwi i o jakieś trzy kroki, za wielowarstwową zasłoną z sukien, usłyszałem przyspieszony, przerywany oddech. Dzięki Bogu, mój mózg nie nadążał za wydarzeniami, inaczej z pewnością bym zemdlał!

- No, wreszcie! - usłyszałem radosny okrzyk Snieżniewskiej. - A ja już straciłam nadzieję! Po co obiecywać, a potem zmuszać do oczekiwania?

Rozległ się odgłos długiego pocałunku, a Paweł Gieorgijewicz zgrzytnął zębami.

- Powinienem był udać się do opery, ale uciekłem... Ten łobuz Pauli... W szyjkę, pozwól w szyjkę... i o, tutaj, tutaj... bezwarunkowo...

- Nie od razu, nie od razu... Napijemy się szampana, już przygotowano w bawialni...

- Do diabła z szampanem! Cały płonę. Bez ciebie, Bello, czułem się tutaj jak w piekle. O, gdybyś tylko wiedziała!... Ale to potem, potem... Rozepnij mi ten przeklęty kołnierzyk!

- Nie, to nie do wytrzymania! - usłyszałem w szafie przerywany szept.

- Wariat... Cała wasza rodzina to szaleńcy... Zacząłeś coś mówić o Paulini?

- Chłopak już zupełnie nie poddaje się kontroli! Zdecydowałem, że wyślę go nad Pacyfik. Wiesz, moim zdaniem, nie jesteś mu obojętna. Smarkacz. Wiem, że mogę ci w pełni ufać, mimo to weź pod uwagę, że podczas rejsu złapał głupią chorobę...

Szafa przechyliła się, trzasnęły drzwiczki.

- On kłamie! - zapiszczał rozpaczliwie Paweł Gieorgijewicz. - Ja się wyleczyłem! Ach, podły!

- Cooo?! - strasznym głosem zaryczał Gieorgij Aleksandrowicz. - Jak ty... jak ty... śmiałeś?!

Ze strachu uchyliłem drzwi i zobaczyłem coś, czego nie spodziewałem się ujrzeć w najkoszmarniejszym śnie: ich wysokości wczepili się sobie w gardła, przy czym Paweł Gieorgijewicz kopał ojca po łydkach, a Gieorgij Aleksandrowicz wykręcał synowi ucho.

Izabella Felicjanowna próbowała rozdzielić walczących, ale generał-admirał lekko popchnął malutką balerinę łokciem i odleciała aż na łóżko.

- Afanasiju! - krzyknęła władczo Snieżniewska. - Oni się pozabijają!

Wyskoczyłem z garderoby, gotowy przyjąć na siebie uderzenia obu stron, lecz okazało się to niepotrzebne, ponieważ ich wysokości wytrzeszczyli na mnie oczy i walka sama wygasła.

Przypadkowo dostrzegłem w lustrze swoje odbicie i przeraziłem się. Włosy roztrzepane, bakenbardy rozczochrane, a do ramienia przyczepiło się coś różowego, koronkowego - ni to stanik, ni to pantalony. Kompletnie roztrzęsiony zdarłem z siebie tę wstydliwą część garderoby i schowałem do kieszeni.

- Nie... nie będzie żadnych poleceń? - wyszeptałem.

Ich wysokości mieli takie miny, jakby nagle przemówił do nich gobelin. W każdym razie groźba syno- lub ojcobójstwa najwyraźniej została zażegnana. Nie posiadałem się z podziwu dla siły woli i rozumu Izabelli Felicjanowny.

Zapewne o tym samym pomyśleli ich wysokości.

- No, Bella, zaskakująca z ciebie kobieta - rzucił basem Gieorgij Aleksandrowicz.

A Paweł Gieorgijewicz wyśpiewał drżącym tenorkiem:

- Izabo, nigdy cię nie zrozumiem...

- Wasze wysokości! - wykrzyknąłem, zrozumiawszy, w jakim jednoznacznym świetle widzą to zdarzenie obaj wielcy książęta. - Ja zupełnie... Ja nie...

Ale Paweł Gieorgijewicz, nie słuchając, odwrócił się do Snieżniewskiej i z dziecięcą obrazą wypiszczał:

- Jemu, jemu, znaczy się, można - a mnie nie wolno?

Całkiem utraciłem dar mowy, nie wiedząc, jak rozwiązać tę okropną sytuację.

- Afanasiju - rzekła twardo Izabella Felicjanowna. - Idźcie do bawialni i przynieście koniak. I nie zapomnijcie pokroić cytryny.

Z niewiarygodną ulgą odszedłem wypełnić polecenie i, prawdę mówiąc, niezbyt się spieszyłem. Kiedy wróciłem z tacą, zastałem już zupełnie inną sytuację: balerina stała, a po obu jej bokach siedzieli na pufach ich wysokości. Przypomniała mi się - całkiem niestosownie - scenka z cyrku Cinisellego, dokąd razem z mademoiselle zaprowadziliśmy Michała Gieorgijewicza na Wielkanoc. Tam na bębnach siedziały ryczące lwy, a między nimi przechadzała się odważna szczuplutka treserka z ogromnym batem w ręku. Podobieństwo było duże i z tego powodu, że wszyscy troje - stojąca Snieżniewska i siedzący wielcy książęta - byli równi wzrostem.

- ...kocham was obu - usłyszałem i zatrzymałem się w drzwiach, ponieważ pojawienie się z koniakiem w tym momencie byłoby raczej nie na miejscu. - Obaj jesteście mi bliscy - i ty, Dżordżi, i ty, Pauli. Przecież wy też się wzajemnie kochacie, prawda? Czy jest na świecie coś bardziej drogocennego od delikatnego przywiązania i rodzinnych uczuć? Przecież nie jesteśmy jakimiś tam wulgarnymi mieszczanami! Po co nienawidzić, skoro można kochać? Po co się kłócić, skoro można się przyjaźnić? Pauli nie pojedzie do żadnego Władywostoku, nam będzie źle bez niego, a jemu bez nas. Na pewno wszystko doskonale się ułoży. Pauli, kiedy masz dyżur przy gwardyjskim ekwipażu?

- We wtorki i piątki - Paweł Gieorgijewicz zatrzepotał powiekami.

- A ty, Dżordżi, kiedy masz posiedzenia w ministerstwie i w Radzie Państwa?

Gieorgij Aleksandrowicz z trochę tępawą (proszę o wybaczenie, ale innego określenia nie mogłem dobrać) miną odpowiedział:

- W poniedziałki i czwartki. A co?

- Widzicie, jak wygodnie! - ucieszyła się Snieżniewska. - Ty, Dżordżi, będziesz przychodził do mnie we wtorek i piątek. A ty, Pauli, w poniedziałek i czwartek. I będziemy wszyscy bardzo, bardzo się kochać. A kłócić się nie będziemy wcale, ponieważ nie ma żadnego powodu.

- Kochasz jego tak samo jak mnie? - nabzdyczył się generał-admirał.

- Tak, ponieważ jest twoim synem. Jest tak do ciebie podobny.

1 ... 51 52 53 54 55 56 57 58 59 ... 104
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)