KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody Erasta Fandorina #8
- Язык: польский
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:
- Afanasij! - Uśmiechnęła się, patrząc na mnie z dołu, a przy tym, jakimś cudem, zachowując się tak, jakby stała nie na ziemi, lecz na piedestale. - Witajcie, przyjacielu. Coś od Dżordżiego?
- Nie - odpowiedziałem z niskim ukłonem. - Mam do pani sprawę, tajną, wagi państwowej.
Mądrala, nie zadała mi ani jednego pytania. Wiedziała, że Afanasij Ziukin nie strzępi języka po próżnicy. Na chwilę z troską zmarszczyła brwi i wskazała malutką rączką, abym szedł za nią.
Przez kilka połączonych pokoi dotarliśmy do buduaru. Izabella Felicjanowna zamknęła drzwi i opadła na łóżko. Gestem poleciła mi spocząć w fotelu i powiedziała jedno jedyne słowo:
- Mówcie.
Przedstawiłem jej bieg spraw, niczego nie tając. Opowieść była długa, ponieważ w ciągu ostatnich dni nazbierało się sporo wydarzeń, ale i krótsza, niż można było oczekiwać, ponieważ Snieżniewska nie wykrzykiwała, nie łapała się za serce i ani razu mi nie przerwała - tylko coraz energiczniej mięła zgrabnymi paluszkami gipiurowy kołnierzyk.
- Michał Gieorgijewicz znajduje się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, a i nad całym domem Romanowów zawisła straszna groźba - tak zakończyłem swoje obszerne przemówienie, chociaż mógłbym się obejść bez tego dramatycznego akcentu, jako że moja słuchaczka i tak sama doskonale to zrozumiała.
Długo, bardzo długo Izabella Felicjanowna milczała. Nigdy jeszcze nie widziałem na jej porcelanowym obliczu takiego zdenerwowania, nawet wtedy, gdy na polecenie Gieorgija Aleksandrowicza odbierałem od niej listy następcy tronu.
Nie wytrzymując tej pauzy, spytałem:
- Powiedzcie, czy jest jakieś wyjście z sytuacji?
Ona ze smutkiem i - jak mi się wydało - ze współczuciem podniosła na mnie jasnobłękitne oczy. Ale jej głos był twardy:
- Tylko jedno. Poświęcić mniejsze dla ocalenia większego.
- „Mniejsze” to jego wysokość? - uściśliłem i w najbardziej haniebny sposób chlipnąłem.
- Tak. I zapewniam was, Afanasiju, taka decyzja już zapadła, chociaż głośno nikt jej nie wypowiedział. Świecidełka z coffret - trudno, ale „Orłowa” temu Lindowi nikt nie odda. Za nic na świecie. Wasz Fandorin to zdolny człowiek. Pomysł z „wynajmem” był genialny. Przeciągnąć do koronacji, a potem będzie już wszystko jedno.
- Ale... ale to potworne! - nie wytrzymałem.
- Tak, ze zwykłego ludzkiego punktu widzenia to potworne. - Współczująco dotknęła mojego ramienia. - Ani wy, ani ja tak byśmy ze swoimi dziećmi nie postąpili. Ale, jeśli się nie mylę, nie macie dzieci? - Snieżniewska westchnęła i czystym, dźwięcznym głosikiem oznajmiła to, nad czym nieraz sam się zastanawiałem. - Urodzić się w cesarskim domu to wyjątkowy los. Dający niesłychane przywileje, ale i żądający równie niesłychanych ofiar. Haniebny skandal podczas koronacji jest niedopuszczalny. W żadnych okolicznościach. Oddanie przestępcom głównych regaliów cesarstwa tym bardziej jest niedopuszczalne. Za to poświęcenie życia jednego z osiemnastu wielkich książąt jest czymś w pełni dopuszczalnym. To rozumie nawet Dżordżi. Czym jest czteroletni chłopczyk w porównaniu z losem całej dynastii?
W ostatnich słowach zabrzmiała nieskrywana gorycz, ale równocześnie nieudawana wielkość. Łzy, które pojawiły się w moich oczach, nie spłynęły na policzki. Nie wiem dlaczego, lecz czułem się zawstydzony.
Rozległo się stukanie do drzwi i angielska nanny wprowadziła przemiłych bliźniaków, bardzo podobnych do Gieorgija Aleksandrowicza - tak samo rumianych, z wydatnymi policzkami i ruchliwymi karymi oczętami.
- Dobranoc, mamusiu - wyszeptali i rzucili się Izabelli Felicjanownie na szyję.
Wydało mi się, że obejmuje ich i całuje czulej, niż tego wymagał ten zwyczajny, codzienny rytuał.
Kiedy chłopczyków wyprowadzono, Snieżniewska znowu zamknęła drzwi i powiedziała:
- Afanasiju, ma pan wilgotne oczy. Natychmiast, proszę, przestańcie, bo i ja się rozpłaczę. Zdarza mi się to rzadko, ale jeżeli już zacznę, to szybko nie przestanę.
- Wybaczcie - wymamrotałem, namacałem w kieszeni chusteczkę, ale palce mnie nie słuchały.
Wtedy podeszła, wyjęła zza mankietu koronkową chusteczkę i otarła mi rzęsy - bardzo ostrożnie, jakby bała się popsuć makijaż. Nagle znów zastukano do drzwi - głośno, uparcie.
- Izabo! Otwórz, to ja!
- Pauli! - Snieżniewska klasnęła w dłonie. - Nie powinniście się spotkać, bo to chłopaka postawi w nietaktownym położeniu. Szybko tutaj! - A w stronę drzwi odkrzyknęła: - Już! Tylko włożę pantofle!
Tymczasem odsunęła rygiel wielkiej szafy z lustrem i popychając ostrą piąstką, wepchnęła mnie do środka.
W ciemnym i przestronnym wnętrzu dębowej garderoby pachniało lawendą i wodą kolońską. Ostrożnie się odwróciłem, moszcząc się wygodniej i usiłując nie rozważać, jaka konfuzja by się zdarzyła, gdyby moja obecność została odkryta. Zresztą za chwilę usłyszałem takie rzeczy, że o konfuzji zupełnie przestałem myśleć.
- Uwielbiam! - rozległ się głos Pawła Gieorgijewicza. - Jaka ty jesteś przepiękna, Izabo! Myślałem o tobie codziennie!
- Przestań! Pauli, ty po prostu zwariowałeś! Powiedziałam ci, to była pomyłka, która nigdy więcej się nie powtórzy. I dałeś mi słowo.
O Boże! Złapałem się za serce, a od tego ruchu zaszeleściły sukienki.
- Przysięgałeś, że będziemy jak brat i siostra! - Izabella Felicjanowna podniosła głos, widocznie by zagłuszyć dziwne dźwięki z szafy. - A oprócz tego telefonował twój ojciec. Powinien tu być lada chwila.
- A jeśli nie?! - wykrzyknął tryumfująco Paweł Gieorgijewicz. - Pojechał z Anglikami do opery. Nikt nam nie przeszkodzi, Izabo. Zresztą, na cóż ci on? Ja jestem wolny, a on żonaty i starszy od ciebie o dwadzieścia lat!
- A ja starsza od ciebie o siedem. To dla kobiety o wiele więcej niż dwadzieścia lat dla mężczyzny - odpowiedziała Snieżniewska.
Sądząc po szeleście jedwabiu, Paweł Gieorgijewicz próbował ją objąć, a ona mu się wymykała.