Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]
Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]

Электронная книга - «Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]». Краткое содержание книги:

Trafiamy oto na Ziemię dalekiej przyszłości. Nie wiemy dokładnie, który to rok, lecz „czytając między wierszami” przypuszczam, że akcja rozgrywa się w okolicach przełomu trzeciego i czwartego tysiąclecia. Ludzie osiągnęli technologiczne szczyty. Na Ziemi kontrolują pogodę, w kosmosie, dzięki silnikom wykorzystującym tzw. efekt Taniewa, poruszają się z prędkością wielokrotnie przewyższającą szybkość światła. Krótkodystansowa komunikacja odbywa się za pośrednictwem fal mózgowych, a na obiekty fizyczne wpływać można dzięki swobodnie generowanym polom siłowym. Uporano się ze wszystkimi wielkimi plagami ludzkości, takimi jak katastrofy naturalne, głód, choroby… I nie, nie ma żadnego „ale”. Homo sapiens osiągnął ostateczną formę dobrobytu oraz szczęścia na Ziemi i zajął się zaawansowaną eksploracją Wszechświata. Nawiązano kontakt z wieloma inteligentnymi rasami, ale żadna z nich nie dorównuje poziomem zaawansowania technicznego człowiekowi. Wygląda więc na to, że ludziom przypadła rola przodowników kosmosu. Do czasu… Na arenie międzygwiezdnych zdarzeń pojawiają się potężni i zagadkowi Galaktowie oraz złowrodzy Niszczyciele. Bohaterowie wyruszają na sztuczną planetę Orę, gdzie odbyć ma się wielka konferencja z udziałem wszystkich zjednoczonych pod przewodnictwem człowieka inteligentnych gatunków. Jej uczestnicy zadecydują, jakie kroki należy podjąć w związku z odkryciem nowych ras i na jakich zasadach spróbować nawiązać z nimi kontakt.
1 ... 53 54 55 56 57 58 59 60 61 ... 71
Перейти на страницу:

Leonid był aż szary z podniecenia. W ciągu kilku dni spędzonych w Perseuszu wychudł tak, jak w starożytności ludzie chudli w czasie choroby. Głos mu drżał z wściekłości:

— Znów nas niesie na Groźną! Zrobiliśmy w tym piekielnym skupisku zamkniętą pętlę!

22

Sens jego słów nie od razu do mnie doszedł. W pierwszej chwili zrozumiałem tylko, że Leonid jest szalenie zdenerwowany i że w tym stanie nie powinien dowodzić statkiem.

— Zastanówmy się, a potem będziemy decydować — powiedziałem i przesuwając lornetą po gwiezdnej sferze, umyślnie nie spieszyłem się z wnioskami, aby dać mu czas na uspokojenie. W mnożniku ukazał się obraz podobny do tego, jaki widzieliśmy przelatując po raz pierwszy obok Groźnej. Od jaskrawej gwiazdy znów dzieliły nas miesiące światła. W obszarze nadświetlnym przestrzeń była czysta. Jeśli nawet Zływrogi przygotowywały napad, to najwyraźniej się z nim nie spieszyły.

— Trzeba zawracać — powiedział Leonid. — Dokąd zawracać i co to da? Jak długo będziemy błądzić? Opowiedział mi następnie, że na dyżurze Olgi i Osimy przestrzeń znów zaczęła się zakrzywiać, z godziny na godzinę zmieniać swoją metrykę. W rezultacie kurs został przymusowo zniekształcony i zamiast pozostawić Groźną daleko po prawej, pędzimy prosto na nią.

— Do gwiazdy jest jeszcze daleko — zauważyłem. — Mamy czas do namysłu. Na wszelki wypadek należy się przygotować do odparcia ataków grawitacyjnych.

Leonid zastopował anihilatory napędowe. Od tej chwili lecieliśmy jedynie dlatego, że ktoś przed nami niszczył przestrzeń. Za jakieś trzy doby, jeżeli nic się nie zmieni, wlecimy prościutko do układu planetarnego Groźnej.

— Jeśli dam całą wstecz, ich anihilatory nas nie zatrzymają — powiedział Leonid.

— Nikt nas nie będzie zatrzymywał. Przy biegu wstecznym powrócimy do centrum skupiska, a o to im chodzi. Zapominasz jeszcze o jednym, Leonidzie. Anihilatory mają wprawdzie słabsze od naszych, ale potrafią zmieniać metrykę przestrzeni i zadawać miażdżące ciosy grawitacyjne. Jeżeli zastosują te obie możliwości naraz, na zdrowie nam to nie wyjdzie!

W sterówce zjawiła się Olga wraz z Osimą. Sytuacja była zbyt groźna, aby przestrzegać kolejności dyżurów. — Ich plan jest oczywisty — powiedziała Olga.

Będą nas rzucać od gwiazdy do gwiazdy, póki nie wyczerpiemy zapasów substancji aktywnej. Wówczas bez trudu naprowadzą nas pod salwę grawitacyjną z jakiegoś układu planetarnego.

— Jeśli oni się nie spieszą, to i my nie musimy się gorączkować — zauważyłem. — Przybyliśmy do Perseusza, aby dowiedzieć się o nim możliwie najwięcej, a na razie tylko miotamy się bez sensu i celu. Spróbujmy kontynuować kurs na Groźną i dowiedzieć się, czym ona w końcu jest.

— Trochę to niebezpieczne, ale musimy spróbować.

Przez całą noc i połowę następnego dnia gwiazdolot z wyłączonymi anihilatorami mknął ku złowieszczej gwieździe.

„W przestrzeni optycznej zewnętrznej planety krążowniki przeciwnika” — zameldował w południe komputer.

Obserwowałem przez mnożnik metalowe planety. Dwie wewnętrzne były z ołowiu, trzecia zaś, zewnętrzna, błyszczała powłoką ze złota. Pole ciężkości wokół Złotej było tysiąckrotnie większe od tego, jakie powinno działać, gdyby planeta składała się całkowicie ze złota: jej jądro najwidoczniej zawierało supergęstą plazmę. Pola grawitacyjne pozostałych planet nie odbiegały od normy.

Okręty przeciwnika krążyły wokół Złotej po orbitach sztucznych satelitów. Nie różniły się niczym od tych, które zaatakowały nas w Plejadach. Policzyłem je: krążowników było dziesięć.

— Ciekawe, gdzie one teraz naprawdę są? — powiedziała Olga. — Przecież dzieli nas od nich około trzech tygodni świetlnych. Widzimy wizerunek przeszłości.

— W obszarze nadświetlnym ich nie ma, bo przyrządy niczego nie wykazują. Nie obawiaj się, Olgo. Nikt nas na razie nie atakuje.

Znacznie uważniej niż w Złotą wpatrywałem się w dwie planety wewnętrzne. Znałem je. Obrazy tych globów Andre rozszyfrował w przedśmiertnych widzeniach głowookiego. Smętna metalowa równina, metalowe góry i metalowe konstrukcje podobne do budynków… Gdzieś tam, na martwych ołowianych polach, w głębi ołowianych gór cierpią więźniowie. Może nawet Andre jest wśród nich…

— Automaty zarejestrowały wszystko, co można dojrzeć. Pora zawracać — powiedział Leonid.

Uruchomił wsteczny ciąg anihilatorów. Przez chwilę wisieliśmy nieruchomo, pokonując siły zasysające nas ku Złotej, gdyż właśnie na niej znajdowały się urządzenia niszczące przestrzeń, a później wyrwaliśmy się z przepaści, w którą chciano nas zepchnąć. Leonid nieustannie zwiększał prędkość i wkrótce mieliśmy tysiąc jednostek świetlnych. Olga zwróciła mu uwagę, że wśród gęsto rozsianych gwiazd takie tempo jest niebezpieczne.

Leonid odwarknął:

— Od najbliższej gwiazdy dzielą nas miesiące świetlne. Trzeba uciekać jak najdalej od tych metalowych gwiazd i w ogóle z tego skupiska!

— Jeszcze niedawno rwałeś się tu ze wszystkich sił — przypomniała Olga. — Wreszcie zrozumiałeś, że nie jesteśmy przygotowani do podróży po tym niebezpiecznym rejonie. A jak ty uważasz, Eli?

Pomyślałem, że nadzieja na łatwe znalezienie Andre w gwiezdnym legowisku naszych wrogów była co najmniej naiwna. On oczywiście żyje, bo porwano go nie po to, aby od razu zabić, ale może znajdować się na każdej z tysięcy planet i nie wiadomo na której. Jeden gwiazdolot nie zdoła walczyć ze wszystkimi planetami naraz, nie zdoła nawet dotrzeć do każdej z nich!

— Głosuję za powrotem — rzekłem.

— Zapytajmy o zdanie załogę, a potem pomyślimy, jaką drogą uciekać — powiedziała Olga. — Według mnie najlepszym wyjściem jest rejon Groźnej, za którą rozpościera się pusty kosmos, skąd przybyliśmy.

W czasie, kiedy MUK ankietował członków załogi, oddalaliśmy się od metalowych planet. Z przodu pojawiła się nowa grupka gwiazd, na której też nas chyba oczekiwano, bo kurs statku zaczął się odchylać w tamtą stronę. Załoga poparła decyzję Olgi. Leonid poweselał i zawrócił w kierunku Groźnej.

— Tak szybko przemkniemy obok tej paskudnej planety, że Zływrogi nawet nie zdążą mrugnąć swymi głowooczami — powiedział z zapałem. — Zamierzam pobić teraz wszystkie własne rekordy prędkości.

Natychmiast przystąpił do spełniania swego zamia ru. Anihilatory napędowe ruszyły jeden za drugim. „Pożeracz Przestrzeni” jeszcze nigdy nie pochłaniał jej tak gwałtownie. Za nami ciągnął się szeroki woal mgławicy gazowo-pyłowej. Paralaksometry wykazywały prędkość trzech, a potem czterech i pięciu tysięcy jednostek świetlnych — Leonid dotrzymywał słowa. Groźna, teraz już ogromna, połyskiwała z lewej. Przeskakiwaliśmy obok niej z rekordową szybkością sześciu tysięcy jednostek świetlnych. Zaschło mi w gardle, serce głośno biło. Nawet opanowany zwykle Osima wykrzykiwał coś w podnieceniu. Tylko Olga w milczeniu wpatrywała się w nadlatującą na nas z boku Groźną.

Zwyciężaliśmy, to było oczywiste! Kąt kursowy w stosunku do Groźnej powiększał się, gwiazda oddalała się w bok. Już byłem gotów krzyczeć „Hura!”, gdy MUK zawiadomił o gwałtownie narastającej krzywiźnie. Z każdą chwilą zakrzywienie się zwiększało. Statek nadal unicestwiał miliony kilometrów sześciennych pustki, zamieniając ją na pyły i gaz, ale wszystko to odbywało się wewnątrz niepojętej dla nas metryki. Wbrew prawom geometrii euklidesowej nie wydostawaliśmy się na zewnątrz, lecz ostro skręcaliśmy zgodnie z podyktowanym nam torem.

Groźna nadal cofała się do tyłu i była teraz na prostopadłej do osi lotu. Za to inne gwiazdy ruszyły z miejsc. Cała sfera niebieska zawirowała. Punkt, do którego dążyliśmy wyrywając się na zewnątrz, znalazł się za naszymi plecami. Zatoczyliśmy wokół Groźnej gigantyczne półkole i ponownie znaleźliśmy się w centrum skupiska.

1 ... 53 54 55 56 57 58 59 60 61 ... 71
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)