Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]
- Автор: Снегов Сергей Александрович
- Серия: Ludzie jak bogowie #1
- Год: 1972
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Tadeusz Gosk
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]». Краткое содержание книги:
„Musimy znaleźć pomocników — mówi drugi. Jest nas dwudziestu, to zbyt mało, a tutejsze istoty żywe potrafią na razie tylko skakać z gałęzi na gałąź. Zdobywają pokarm pożerając się nawzajem. Mają potężne zęby, ale za grosz rozumu”.
Starzec ich uspokaja. Nie jest tak źle — mówi. Udało się wybrać planetę ze znośną temperaturą, dostatkiem wody i zieleni. Już sam fakt, że można chodzić bez skafandrów ochronnych, bardzo wiele znaczy. A fabryki? Cóż, fabryki można zbudować, oczywiście prymitywne.
„Bez pomocy?” — przerywa mu pierwszy, zdumiony spokojem starca.
„Znajdziemy pomocników. Spójrzcie na te ogoniaste istoty hałasujące w koronach drzew. Kiedyś zaczęliśmy się rozwijać z podobnych zwierzaków. Po jakichś pięciuset milionach tutejszych lat ogoniaści staną się rozumnymi istotami. Dlaczego nie moglibyśmy przyspieszyć ich ewolucji?”
„Ile to zajmie lat, pomyśl! — mówi drugi. — Nie jesteśmy nieśmiertelni. Połowa z nas umrze tutaj”. Nie domyśla się naturalnie, że przyjdzie mu zginąć w innym miejscu.
„Będziemy się spieszyć. Ja pewnie nie dożyję startu, ale wy opuścicie tę planetę”.
Biorą się do pracy. Jedni szukają rud, drudzy łatają wyrwy w poszyciu i naprawiają urządzenia wewnątrz statku, inni jeszcze łowią małpy i eksperymentują z ich zarodkami, zmieniają kody genetyczne. Nie od razu udaje się wyhodować istoty podobne do siebie, bo trudno w ciągu jednego pokolenia zmienić małpę w herosa. Niebiańscy przybysze zawijają więc rękawy i pracują, pracują, pracują. Pewne rzeczy się udają, ale niepowodzeń jest znacznie więcej. Wreszcie zjawia się prawdziwy człowiek, od razu we wszystkich wariantach: biały i czarny, kędzierzawy i prostowłosy, pigmej i gigant. Czyżby tym razem powodzenie? Nie, znów fiasko! Słyszę głosy Galaktów, ich dyskusje na naradzie produkcyjnej.
„I to ma być człowiek? — oburza się jeden z nich. — Spójrzcie na projekt i jego realizację. Na papierze istota rozumna, a w rzeczywistości zwierzę. Protestuję przeciwko takiemu brakoróbstwu!”
„Konkretniej! — mówi przewodniczący. — Jakie macie zarzuty?”
„Tysiące zarzutów! Absolutne nieprzystosowanie do życia. Brak sierści, pazurów, kłów, rogów. Jak to stworzenie ma zdobywać pokarm, poruszać się i bronić? Palce jak sęki, oczy jak szparki. I to ma być istota stworzona na nasz obraz i podobieństwo?”
„A jednak jest podobna do nas — mówi starzec. Podobna, choć nieidentyczna. Zapominacie o rzeczy najważniejszej: o tym, że człowiek ma potencjalnie nieograniczone możliwości. Spójrzcie na wykres zdolności opracowany przez maszynę. Jeśli zdolność samodoskonalenia się psa przyjąć za jedność, to nie ma zwierzęcia, u którego ten wskaźnik przekroczyłby dziesięć. A tymczasem u człowieka wynosi on 1 395 660 800! Rozumiecie? Miliardy razy więcej niż u dowolnego zwierzęcia! Setki razy więcej niż u nas! Uważam, że stworzyliśmy cud rozumu!” „Na razie jest to cud głupoty i nieprzystosowania! — krzyknął ktoś gniewnie. — Wasz rozumny człowiek jest debilem! Próbowałem wpoić temu dzikusowi elementarne pojęcia z dziedziny mechaniki grawitacyjnej i przestrzennej, a on tylko ślepia rozdziawiał i skomlał. Wówczas zaprowadziłem go do koryta z żarciem. To warto było zobaczyć! Upłyną miliony lat, zanim wasz cud natury domyśli się, że ma jakiekolwiek zdolności. Proponuję odrzucić zademonstrowany nam model człowieka i kontynuować badania”.
„Proszę głosować — powiedział przewodniczący. Kto jest za odrzuceniem człowieka i kontynuacją? Kto przeciw? Kto się wstrzymuje? A więc człowiek został odrzucony wszystkimi głosami poza jednym wstrzymującym się. Jakie wymagania ma spełnić nowy model, który zamierzacie opracować? Słucham”.
Znów wstaje pierwszy:
„Sądzę, że nie należy upierać się przy zewnętrznym podobieństwie do nas, gdyż nie jest ono w praktyce osiągalne i przekształca się w kalectwo. Potrzebujemy nie nadzwyczajnych zdolności, lecz realnej żywotności, szybkiej reakcji i sprytu! Proponuję nowy model opracować tak, aby mógł w maksymalnym stopniu przystosować się do dowolnych warunków życiowych”.
„Są jakieś inne propozycje? Nie? A więc wniosek przyjęto — mówi przewodniczący. — Proszę zapisać: następny model zaopatrzyć w sierść, pazury, kły, rogi i kopyta… Co jeszcze?… Aha… Ogon do czepiania się gałęzi… Jak nazwiemy model?”
„Mamy wolną literę «d» — odzywa się jakiś głos z kąta. — Może więc diabeł?…”
„Diabeł brzmi nieźle — stwierdza przewodniczący. — Uruchamiamy więc produkcję diabła biorąc za podstawę nieudany model człowieka. Pozostaje ostatni problem: co robić ze stworzonymi ludźmi?”
„Zanihilować! — krzyczy zapalczywy głos. — Do piachu! Nie ma sensu płodzić bezbronne potworki”. Starzec znów protestuje. Przypomina, jak wiele szlachetnych cech wkonstruowano do ludzkiego mózgu. Niechaj więc ludzie żyją, niech brną trudną drogą samodoskonalenia się. Otrzymali wiele i wiele mogą osiągnąć”.
„Racja — powiedział przewodniczący. — Nie warto ludzi unicestwiać. Jeśli rozwiną się ich dobre cechy, to człowiek zwycięży w ciężkiej walce o przetrwanie, jeśli natomiast górę wezmą wady wynikające z naszej niedbałej pracy, to zguba tego modelu nie zmartwi nas zbytnio”.
I oto ludzi wygnano z obozu awaryjnego niebiańskich przybyszów, z raju, w którym małpę przemieniono w człowieka. Odtąd będzie się on rodził w mękach, w pocie czoła pracował na chleb i cierpiał choroby. Zamiast niego pojawi się udoskonalony modeclass="underline" mądry, zręczny, pracowity diabeł. Ten nowy model udał się nad podziw. Ogoniasta i rogata istota jest nader wszechstronna: biega, skacze z gałęzi na gałąź, nurkuje w wodzie i wciska się w ziemne szczeliny. Usłużny diabeł, prawdziwy sługa swojego boga, naśmiewa się z pechowych wygnańców skazanych na samodzielne życie, a ludzie szczerze go za to nienawidzą. Kiedy więc Galaktowie usunęli wreszcie uszkodzenia statku, zabrali ze sobą stworzone przez siebie diabły, które trzęsły się na myśl o tym, że mogą pozostać sam na sam z nieudanym ludzkim plemieniem.
„Żegnaj, dzika planeto! — mówi uroczystym głosem starzec. — Jestem pewien, że posiane przez nas ziarno rozumu wyda owoce. Chociaż dożyłem do startu naszego statku, na pewno nie doczekam twojego rozkwitu, człowieku. Żyj więc i doskonal się!”
Dobry starzec macha mi ręką, a ja uśmiecham się do niego i otwieram oczy, aby przepędzić z głowy kłębiące się w niej obrazy. Przecieram czoło i wywołuję MUK.
— Proszę zanalizować myśli na temat Galaktów, którzy niegdyś przekonstruowali małpę w człowieka, sprawdzić wszystkie obrazy pojawiające się w moim mózgu i ocenić je. Tylko jednym słowem, bo nie lubię tych waszych — z jednej strony, z drugiej strony…
MUK odpowiedział jednym słowem: — Brednie.
— No dobrze, może być nie jednym słowem — powiedziałem.
Tym razem MUK odpowiedział następująco:
— Pseudohipoteza nadająca się jedynie na temat do powieści fantastyczno-naukowej.
Przypomniałem sobie, że inny komputer, na Orze, niemal identycznie ocenił tę ideę Andre i uspokojony zasnąłem.
18
Przez cały rok, póki lecieliśmy ku podwójnemu skupisku Perseusza, byłem pochłonięty badaniem właściwości przestrzeni. Przebudowane laboratorium po pewnym czasie zamieniło się w niewielką fabrykę. Urządzenia laboratoryjne różniły się od anihilatorów napędowych i bojowych jedynie mocą. Moje malutkie aparaciki nie rozwijały bowiem nawet miliarda kilowatów, podczas gdy tamte dysponowały milionami albertów. Nie chciałem, aby przez mą nieostrożność nasz gwiazdolot sam zamienił się w taką przestrzenną jamę, jaką robiliśmy z innych ciał. Moje mechanizmy nie unicestwiały przestrzeni, lecz zmieniały jej gęstość operując daleko od stanów granicznych, kiedy to przestrzeń koncentruje się w masę, a masa rozpada się na przestrzeń.