Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]
- Автор: Снегов Сергей Александрович
- Серия: Ludzie jak bogowie #1
- Год: 1972
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Tadeusz Gosk
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]». Краткое содержание книги:
— Nieznani przyjaciele ze wszystkich sił starają się przekazać nam jakąś wiadomość, nieznani wrogowie energicznie temu przeciwdziałają — powiedziałem.
— Niewątpliwie ich wiadomość odnosi się do tej gwiazdy — odezwała się Olga. — Mamy ją już pod kątem trzydziestu pięciu stopni do kursu. Jesteśmy na nią znoszeni, a ktoś ostrzega, że nie wolno tam lecieć.
— Nazwijmy ją Groźną.
Leonid, przekonawszy się, że MUK się nie mylił, wyrównał kurs. Teraz Groźna zaczęła się oddalać. Zdrzemnąłem się w fotelu.
Kiedy obudziłem się, rozdrażniony Leonid spierał się z Osuną. Okazało się, że przed nami pojawiła się grupka gwiazd, czerwonych i białych olbrzymów równie jasnych jak Groźna. Znosi nas na nie przy całkowicie wyłączonych anihilatorach, gdyż przestrzeń przed nami jest gwałtownie niszczona. MUK ustalił, że znaleźliśmy się w obszarze przestrzeni o wysokim stopniu zakrzywienia i poruszamy się po krzywej geodezyjnej, zbliżając się do nieznanego punktu. Zakrzywienie przestrzeni zmienia się i wygląda na to, że nasi wrogowie swobodnie ją regulują.
— Trzeba zawrócić i wyrwać się poza krzywiznę nalegał Leonid. — Kiedy rozniesiemy w strzępy ich krzywoliniową metrykę, wrogowie zaprzestaną prób dyktowania nam kierunku lotu.
— Obawiam się, że nie doceniasz ich możliwości, ale masz rację, nie mamy innego wyjścia jak tylko gwałtownie zmienić kurs — powiedziała Olga.
Leonid i Osima wydali odpowiednie rozkazy, a tymczasem Olga kontynuowała:
— Znaleźliśmy się chyba w trudnej sytuacji, Eli. Wiedziałam wprawdzie, że Zływrogi lepiej od nas poznały naturę przyciągania, ale fakt, że potrafią zmieniać metrykę przestrzeni wszechświatowej, stanowi dla mnie niespodziankę. My, z naszymi możliwościami technicznymi, nie możemy na razie nawet o tym marzyć.
— No, powiedzmy, że nie wszechświatowej, lecz na razie własnej przestrzeni międzygwiezdnej — zaoponowałem. — W ich malowniczym skupisku jest tak wiele materii i tak mało pustki, że bez szczególnego trudu można wytworzyć dowolną krzywiznę w dowolnym punkcie.
Olga spojrzała na mnie z wyrzutem i pokręciła głową. Nie musiała tego robić, sam wiedziałem, że nie mam racji.
Manewr Leonida udał się. Sztuczna krzywizna przestrzeni została rozerwana przez anihilatory gwiazdolotu. Szczerząca na nas zęby grupka gwiazd — nazwałem ją Niedobrą — potoczyła się w prawo. Analizatory doniosły, że przestrzeń na nowej trasie mało różni się od euklidesowej. Leonid triumfował. Nasz statek nie na darmo nazywano Gwiezdnym Pługiem! Wszystkie konstrukcje i struktury przestrzeni, zwane metryką, trzeszczą i rozpadają się tam, gdzie on przejdzie.
Olga zirytowała się:
— Wcale nie jestem przekonana, że krzywiznę przestrzeni my zniszczyliśmy!
— Ależ to oczywiste, Olgo!
— Nic podobnego. Zakłócenia metryki przestrzennej wywoływane są przez jakiś supergigantyczny mechanizm. Wyobraź sobie, że po naszej zmianie kursu mechanizm ten został unieruchomiony.
— Dlaczego? Czy potrafisz wytłumaczyć dlaczego? — W każdym razie domyślam się. Zawróciliśmy akurat w tę stronę, w którą nas się zwabia, i teraz wystarczy prosta droga, abyśmy wpadli w pułapkę.
Nawet Leonid się przeraził. Zamilkł i wbił ponury wzrok w ekrany. Na ekranach widniało czarne niebo rozpłomienione wielkimi gwiazdami. Takie samo niebo było po lewej, gdzie została Groźna, i po prawej, skąd uciekliśmy, aby nie wpaść w gwiazdozbiór Niedobrej.
— Idźcie odpocząć — powiedziała Olga do Leonida i do mnie. — Minie wiele godzin, zanim wyjaśni się, co nas czeka na nowej drodze.
Poszliśmy do jadalni. Jedliśmy w milczeniu, zatopieni w niewesołych myślach. Przy naszym stoliku usiadło dwóch mechaników z anihilatorni. Leonid powiedział:
— Te diabelskie Zływrogi są sprytniejsze, niż sądziłem.
— Zmuszą nas do szybkiego zużycia wszystkich zapasów substancji aktywnej — zauważył jeden z mechaników, młody i wesoły, z gatunku tych, którzy w każdej przygodzie widzą jedynie jej dobrą stronę. — Zbyt często zmienialiśmy dziś szybkości i kursy.
— Podejmowaliście decyzję razem ze mną — rozzłościł się Leonid. Był tak zdenerwowany, że obawiałem się, iż wywoła kłótnię.
— Poparliśmy pańską decyzję dowódcy. Proszę nie myśleć, że protestuję. Po prostu myślę o przyszłości.
Drugi z mechaników, chudy, ponury, z wielkim nosem i cienkimi wargami, głosu nie zabierał, ale było jasne, że zgadza się z kolegą. Leonid poszedł do swojej kabiny. Wątpię, aby mu się dobrze odpoczywało.
Zacząłem zaglądać kolejno do wszystkich pomieszczeń statku. Odbiorniki fal przestrzennych nadal zapisywały nie rozszyfrowany chaos informacji i zakłóceń. Sala obserwacyjna była pełna wolnych od wachty astronautów. Zawołano mnie. Miałem prawo wstępu do sterówki, a więc ponosiłem odpowiedzialność za to, co się tam działo.
— Znacie sytuację, chłopcy — odpowiedziałem na grad pytań sypiących się ze wszystkich stron. — Kręcimy się między tymi diabelskimi gwiazdami i nie możemy się wyrwać.
MUK zażądał nowej decyzji. Wielotysięczne skupisko Chi składało się z mnóstwa małych gromadek liczących po dziesięć do dwudziestu gwiazd. Znów byliśmy znoszeni na jedną z takich grupek. Analizatory sygnalizowały znikanie przestrzeni na trasie i znaczne zakrzywienie jej metryki.
Olga poprosiła o zgodę na zmianę kursu.
Obecni na sali obserwacyjnej milczeli. MUK po zsumowaniu naszych myślowych opinii zameldował, że załoga zgadza się z dowódcą. Trzecia zmiana kursu podziałała na wszystkich przygnębiająco. Nawet optymiści pojęli, że dzieje się coś niedobrego.
Poszedłem do parku i siadłem na ławce. W parku była wiosna, prawdziwa ziemska wiosna. Siedem pór roku przeminęło od chwili, kiedy wylądowałem na rakietodromie tego statku. Zaledwie siedem pór, niecałe dwa lata, a wydało mi się, że przeszły stulecia, tak bardzo zmieniłem się wewnętrznie.
Nade mną kwitła brzózka, z jej liści spadały lepkie krople spadzi. Wokół pnia utworzył się wilgotny krąg. W koronie niziutkiej jabłoni, wśród białych kwiatów wiśni i moreli miarowo brzęczały pszczoły. Gdy się zamknęło oczy, można było pomylić drzewa z działającym anihilatorem, który wydaje taki sam brzękliwy pomruk. Zrobiło mi się duszno od nieruchomego aromatu kwitnących drzew, cierpkiego zapachu brzózki i silnej woni bzów nad stawem. Poprosiłem w myśli o wietrzyk. Wietrzyk nadleciał szumiąc w gałęziach i trawie, wszystko dokoła zakołysało się, duszący aromat znikł. Otworzyłem oczy i wpatrzyłem się w maleńki światek parku, tak doskonale imitujący daleką Ziemię. Tylko te pszczoły, brzęczące jak anihilatory Taniewa…
Wzdrygnąłem się. Wstałem i poszedłem do siebie. W kabinie zacząłem przeglądać pisma ofiarowane mi przez Allana. Z dziwnym uczuciem czytałem o trudnościach i obawach kosmonautów z dwudziestego pierwszego wieku. Mknęli w wielkiej ciszy kosmosu czując się niezmiernie samotnie, jeśli o miliard kilometrów nie połyskiwała gościnna planetka ze stacją kosmiczną. Jaki zresztą niezmierny wydawał im się ten żałosny miliard kilometrów! Nie, dzisiejsze trudności nie dadzą się porównać z ówczesnymi. Boimy się dzisiaj nie pustki i milczenia, lecz raczej tego, że kosmos jest gęsto zaludniony niebezpiecznymi istotami. Później zawstydziłem się, że tak myślę. Każda epoka ma swoje problemy i swoje bohaterskie czyny.
Zdrzemnąłem się nad czasopismami. Zbudził mnie sygnał wywołania. Leonid wzywał mnie do sterówki.