Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]
- Автор: Снегов Сергей Александрович
- Серия: Ludzie jak bogowie #1
- Год: 1972
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Tadeusz Gosk
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]». Краткое содержание книги:
— Spróbujmy teraz dotrzeć do Perseusza — poprosiłem Alberta.
Nastąpiła decydująca próba urządzenia. Ziemia wysyłała swoje potężne promienie na odległość pięciu tysięcy lat świetlnych. Za chwilę miało się okazać, czy obliczenia były prawidłowe, czy też nasze wysiłki zakończyły się fiaskiem.
Kilka minut przeszło w milczącym oczekiwaniu. Później w stereoprzestrzeni rozbłysło najpiękniejsze skupisko gwiezdne naszej Galaktyki… Znałem ten obraz, przez okrągły rok oglądałem go codziennie w sterówce gwiazdolotu mknącego ku Perseuszowi… Skupisko olbrzymiało, gwiazdy rozbiegały się na boki — wiązka fal przestrzennych znalazła się w centrum gwiazdozbioru. Byliśmy teraz gdzieś w okolicy Groźnej.
— W obszarze nadświetlnym dwie flotylle gwiazdolotów — zameldował beznamiętnym głosem automat. Idą równoległymi kursami z szybkością nie przekraczającą stu jednostek świetlnych.
Zobaczyliśmy punkciki wolno przesuwające się w mglistym wnętrzu stereoprzestrzeni odbiorczej. Pierwsza grupa składała się z pięciu, a druga z siedmiu krążowników. Dokąd zmierzały? Ku zablokowanym planetom Galaktów? A może po prostu patrolowały należącą do nich przestrzeń kosmiczną?
— Proszę nadać wiadomość — poleciłem Albertowi.
Był to krótki apel, przedyskutowany i zaaprobowany przez całą ludzkość, pierwsze posłanie człowieka skierowane do całego Wszechświata:
„Mówią ludzie. Słuchajcie nas, Niebianie. Niesiemy pokój i dobrobyt wszystkiemu co rozumne i sprawiedliwe. Czekajcie na nas!”
— Nadaję apel na drugim kanale — zameldował Albert. — Trzeci kanał włączyłem na odbiór wszystkich zakresów fal przestrzennych.
Krążowniki wroga szły nie zmienionym kursem i nic nie wskazywało na to, że odebrały transmisję. Oba skupiska Perseusza, wszystkie jego gwiazdy milczały, nie odpowiadały. Odbiorniki rejestrowały zmiany gęstości przestrzeni, ale były to tylko zwykłe szumy galaktyczne. Uśmiechnąłem się. Milczenie kosmosu nie miało znaczenia, bo nie miałem wątpliwości, że wkrótce przemówi. Mieszkańcy gwiazd muszą mieć czas na zastanowienie się nad naszym posłaniem!
— Przełączam lokatory, nadajniki i odbiorniki na zapis automatyczny — powiedział Albert i zapalił światło w sali.
Wyciągnąłem ręce ku Żannie i objąłem ją.
— Widziałaś miejsce, gdzie zniknął Andre i okolice, gdzie jest dziś więziony — powiedziałem. — Nie jest wykluczone, że nasz apel dotrze do niego i Andre zrozumie, iż my, już przygotowani, idziemy go wyzwalać!
Żanna wycierała zaczerwienione oczy. Odwróciłem się do Mary. Mary nie było.
— Twoja znajoma wyszła, kiedy pojawił się Perseusz — odezwała się Żanna. — Cichutko wstała i wyszła. Chciałam ci powiedzieć, ale tak byłeś zaabsorbowany tymi okrętami… Martwi cię jej ucieczka, Eli?
— Wręcz przeciwnie — odparłem wesoło. — Bardzo cieszy.
Później zwróciłem się do Alberta:
— A więc rozruch mamy za sobą. Zgodnie z decyzją Wielkiej Rady jestem od tej chwili wolny. Życzę powodzenia, Albercie.
14
Teraz pozostało niewiele do zrobienia. Rzeczy były już wcześniej zapakowane i oczekiwały mnie na kosmodromie. Do startu wieczornego ekspresu na Plutona miałem trzy godziny. Wywołałem Mary. Opiekunka znalazła ją na jednym z miejskich bulwarów. Mary szła do domu, gniewna i zapłakana, co było można dostrzec nawet w wideokolumnie.
Drgnęła, kiedy nieoczekiwanie zaświeciłem się przed nią.
— Próbowała pani uciec — powiedziałem — ale znalazłem panią i chcę, żeby pani niezwłocznie przyleciała do mnie. Muszę panią zobaczyć, Mary…
Patrzyła w bok. Potem rzuciła niechętnie:
— Dobrze, wieczorem. Jeśli będę miała ochotę na spotkanie z panem…
— Wieczorem będzie za późno, Mary. Odlatuję dziś na Orę.
Spojrzała mi zaskoczona w oczy. Zrozumiała, że nie żartuję.
— Wobec tego wzywam awionetkę.
Na kosmodromie zjawiliśmy się jednocześnie. Mary nie podała mi ręki i najwidoczniej zamierzała na pożegnanie powiedzieć mi kilka złośliwości, widziałem to po jej oczach.
— Kiedy dotrze pan na Wegę, proszę przekazać… — zaczęła, ale przerwałem jej:
— Nie wiem, czy uda mi się w najbliższym czasie odwiedzić Wegę. Lecimy do Perseusza. Chcę, aby pani leciała razem ze mną.
— Nie lubię głupich żartów! — powiedziała z oburzeniem. — Żałuję bardzo, że zgodziłam się odprowadzić pana!…
Zatrzymałem ją.
— Wcale nie żartuję, Mary. Co panią trzyma na Ziemi? A ze mną będzie pani dobrze, obiecuję. Na Plutonie można zaopatrzyć się we wszystko, co niezbędne do dalekiej podróży… Bardzo proszę…
Popatrzyła na mnie z wahaniem. W jej oczach znów pojawiły się łzy.
— Dziwię się — powiedziała wolno. — Wygląda na to, że pan zaczął się zastanawiać nad tym, co jest dla mnie dobre, a co złe. Dotychczas myślał pan przeważnie o sobie.
— To dlatego, że do tej pory częściej przebywałem z samym sobą niż z innymi. Poza tym mężczyźni są większymi egoistami od kobiet, tak przynajmniej utrzymywali przodkowie. Ale teraz wszystko się zmieni.
— Postanowił pan wyrzec się swego męskiego egoizmu?
— Nie, pragnę go zaspokoić. Pozostawić panią na Ziemi i później nie zaznać chwili spokoju, martwić się czy pani przypadkiem nie zakochała się w kimś lub nie zachorowała? Będę znacznie spokojniejszy, mając panią obok siebie… Móc do woli patrzeć w oczy, mówić, spełniać kaprysy, wysłuchiwać złośliwości!… Jestem zbyt wielkim egoistą, aby przegapić własne szczęście.
— To bardzo dziwny egoizm, Eli.
— Nic w tym dziwnego. Chodźmy, Mary. Pozostało kilka minut do odlotu…
Ruszyła w kierunku statku i zatrzymała się.
— Ale uprzedzam, Eli, tę pańską piękną wężycę…
Przerwałem jej wesoło:
— Naszą, Mary, naszą. Jestem przekonany, że serdecznie się z Fiolą zaprzyjaźnicie.