Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]
- Автор: Снегов Сергей Александрович
- Серия: Ludzie jak bogowie #1
- Год: 1972
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Tadeusz Gosk
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]». Краткое содержание книги:
Zastanawiałem się, co mam mu odpowiedzieć. Ani on, ani Olga nie zrozumieliby tego, co się we mnie dokonywało. Oni są normalni, a ja nie. To, czym obecnie żyłem, wykluczało jakąś dodatkową namiętność. Nie mogłem sobie pozwolić nawet na malutką miłostkę, a Olga zasługiwała na wielką miłość — doskonale to pojmowałem.
Tłumaczyć to Leonidowi nie miało sensu. Powiedziałem więc:
— Milczę, ponieważ oczekiwałem od ciebie nie pytań, lecz prośby, takiej prośby, w odpowiedzi na którą mógłbym ci tylko uścisnąć rękę i powiedzieć: masz rację, nie mam żadnych kontrargumentów.
— Oczekiwałeś więc prośby, a nie pytań. Powiedz mi wobec tego, jakiej prośby oczekiwałeś?
— Spodziewałem się, że powiesz: Eli, Olga nie dostrzega, że jest ci obojętna, w ogóle nie widzi żadnej z twoich wad, bo wydaje się jej, iż w tobie skupiły się wszelkie ludzkie zalety. Ta mądra i przenikliwa kobieta myli się tylko w jednym: w ocenie ciebie. Ale wiemy obaj — czekałem, że mi to powiesz, Leonidzie — że jesteś człowiekiem bez serca i niegodnym jej, że nie dasz jej szczęścia, bo chyba w ogóle nikomu szczęścia dać nie możesz. Ja za to nie znam innej radości, jak tylko być zawsze razem z nią, pomagać jej, przyjmować jej pomoc… Wiemy także, iż będzie to również jej szczęście, bo przy mnie Olga potrafi dać z siebie wszystko, co w niej najlepszego…
Leonidowi tak rozbłysły oczy, że trudno mi było w nie patrzeć.
— To nieprawda, że nie masz serca. Ale przypuśćmy, iż powiedziałem ci to wszystko własnymi słowami. Co mi na to odpowiesz?
Wskazałem mu na ścianę, gdzie czerwony punkcik wolno — zaledwie z tysiąckrotną prędkością światła pełzł po świetlistej linii.
— Za miesiąc znajdziemy się na Orze i tam się pożegnamy. Ty zostaniesz z Olgą, ja odejdę. Będziecie pokonywać kosmiczne przestrzenie, a ja muszę lecieć na Ziemię. Nawet nie podejrzewasz, jak bardzo pragnę być na Ziemi!
Objął mnie i wyszedł nie powiedziawszy ani słowa.
4
Kiedy w przestrzeni optycznej ukazała się Ora, kończył się trzeci rok naszej kosmicznej odysei.
Szliśmy w obszarze nadświetlnym i na Orze nas nie widziano. My natomiast widzieliśmy sztuczną planetę, a właściwie oglądaliśmy jej przeszłość, nieustannie zbliżając się ku teraźniejszości.
Zadumałem się nad tym przez chwilę: zwykle teraźniejszość odsuwa się od nas i staje się przeszłością, tu zaś było na odwrót — przeszłość stawała się teraźniejszością.
Lokatory pracujące na falach przestrzennych przekazywały również, jak Ora wygląda obecnie. Różnicy nie było.
O dobę świetlną przed Orą „Pożeracz Przestrzeni” wynurzył się z obszaru nadświetlnego i już jako zwykłe ciało materialne kontynuował podróż w nie naruszonej przestrzeni. Dopiero wówczas nas wykryto. Na spotkanie pomknął jeden z gwiazdolotów. Wkrótce przekonaliśmy się, że to był „Sternik”, którym nadal dowodził Allan. Allan już z daleka zasypał nas powitalnymi depeszami, pytał, co się wydarzyło w rejsie i czy uzyskaliśmy jakieś wiadomości o Andre. Na to ostatnie pytanie odpowiedzieliśmy niezwłocznie, natomiast resztę obiecaliśmy opowiedzieć osobiście. Zagroził, że wejdzie w obszar nadświetlny, aby szybciej się z nami spotkać. Olga odpowiedziała: „Wchodź! I tak będziemy widzieć twój stateczek”.
Kiedy statki położyły się na równoległe kursy, Allan przekazał dowodzenie zastępcy i przyleciał do nas. Z radości nieco przesadził. Nawet Leonid postękiwał wyrwawszy się z jego objęć. Dla mnie Allan zrobił wyjątek, traktując mnie jak chorego.
— Ach wy włóczęgi! — wrzeszczał po chwili. Gdzieście się podziewali przez ponad dwa lata? Opowiadajcie, opowiadajcie: gdzie? co? jak?
Zaprowadziliśmy go do klubu, gdzie zebrała się cała załoga. Niepokoiła nas tylko jedna sprawa: co słychać na Ziemi i jak zakończył się spór Wiery z Romerem?
Altan rozsiadł się w fotelu i popatrzył na nas rozpromienionym wzrokiem. Cieszył się z naszego niepokoju o ziemskie sprawy, bo nie mógł pojąć całej głębi naszej rozterki.
— Jaki spór? Drobiazg, dawno się już wszystko uspokoiło. Wprawdzie coś tam było i ludziska wiecowali niczym starzy, dobrzy przodkowie. Romero hałasował we wszystkich głośnikach i błyszczał we wszystkich wideokolumnach. Z taką pasją bronił starych zasad społecznych, że łzy z oczu wyciskał. Krzyczał o przodkach, o potomkach, o nas, o Zływrogach, o Niebianach, o komputerach wielkich, małych, informacyjnych i akademickich. A propos, Wielki Komputer Akademicki również przyznał mu rację. Ale nadszedł dzień plebiscytu, który postanowiono przeprowadzić, chociaż i tak wszyscy wiedzieli, jaki będzie jego wynik.
Zaśmiał się triumfalnie. W klubie wisiała kamienna cisza, baliśmy się nawet spojrzeć na siebie. Allan nie zrozumiał, dlaczego mu nie przerywamy. — Ludzkość zwariowała! — krzyczał radośnie. To było masowe szaleństwo, mówię wam. Romero uzyskał poparcie niecałych trzech dziesiątych procent ogółu. Dziewięćdziesiąt dziewięć procent z ułamkami zgadzało się z Wierą. Wielki uznał własną klęskę i zażądał uaktualnienia swych własnych podstawowych programów.
Podbiegliśmy do Altana i z radością zaczęliśmy podrzucać go pod sufit. Jedynie my, którzy poznaliśmy pułapki Perseusza i ogień walki z Groźną, mogliśmy do końca, całym sercem, a nie tylko rozumem pojąć, jak dalece słusznie postąpiła ludzkość.
Kiedy podniecenie trochę opadło, powiedziałem ironicznie:
— Ty oczywiście znalazłeś się między tymi, którzy zachowali rozsądek do końca i głosowali za Romerem?
— Ja? — zdziwił się Altan. — Chyba zwariowałeś, Eli. To właśnie mnie oskarżył Romero, że uległem szaleństwu. Nie jestem takim mówcą jak on, ale kiedy występowałem, ludzie wyłączali transmisje Pawła. Słowo daję, że tak było! Kamagin z Gromanem i nasz Trub również dolewali oliwy do ognia. Śmierć kosmonautów i niszczenie planet w Plejadach doprowadzały ludzi do wściekłości. A Trub latał nad tłumem i dziko wrzeszczał archanielskim głosem.
— Jak się czują na Ziemi kosmonauci i Anioł? zainteresowała się Olga.
— Doskonale! Trub jest szczęśliwy i jedyną jego troską jest to, że małe dzieci trochę się go boją, bo nie potrafi cicho latać. Nastolatki urządzają z nim wyścigi na awionetkach, no i oczywiście wygrywają. Kosmonauci przekwalifikowują się na nawigatorów gwiazdolotów i opędzają się od kandydatek na żony. Nie dacie wiary, ile się w nich dziewcząt zakochało! Wspaniali chłopcy, młodsi od każdego z nas, a jednak urodzili się ponad czterysta lat temu — moim zdaniem to kobiety najbardziej pociąga.
Zapytałem, jakie ważne prace rozpoczęto ostatnio na Ziemi. Allan odpowiedział mi na to całą przemową. Entuzjazm, który ogarnął Ziemię, znalazł upust w praktycznym działaniu. Utworzono przedsiębiorstwa: „Zakłady Budowy Gwiazdolotów” z bazą na Plutonie i „Zakłady Budowy Planet”, które trudno nazywać przedsiębiorstwami, gdyż połowa ludzkości w nich pracuje. Na zielonej Ziemi pozostali jedynie starcy, dzieci i obsługa ziemskich fabryk. Bałaganu i zamieszania jest na razie tyle, że postronnemu obserwatorowi włosy by się zjeżyły na głowie, ale obserwatorów nie ma, wszyscy są uczestnikami i każdy w miarę własnych sił stara się bałagan pogłębić. Zacznijmy od tego, że na razie nie ma jeszcze konkretnego planu pracy dla „Zakładów Budowy Planet”. Jednym z proponowanych kierunków działalności jest wznoszenie nowych planet wokół samotnych gwiazd sąsiadujących ze Słońcem. To się już robi. Budowa przebiega pod hasłami: „Precz z pustymi gwiazdami!”, „Wszyscy do walki o najwyższą planetność gwiazd naszego rejonu Galaktyki!”, „W układzie każdej gwiazdy planety przydatne dla każdej formy życia!” i tak dalej, i tak dalej. Plakaty i transparenty z tymi złotymi myślami spotyka się na wszystkich zaludnionych planetach, nie sposób przed nimi uciec. Do Aldebarana w jedną stronę i gdzieś poza Krzyż Południa w drugą nie ma gwiazdy, gdzie by nie kipiała robota. Ale ostatnio słyszy się głosy, że wybrano nieodpowiedni kierunek inwestycji, że droga jest wprawdzie najłatwiejsza, lecz mało skuteczna. Z wolna coraz więcej entuzjastów zyskuje idea, aby zamiast przysposabiać się do natury, przystosować ją do naszych wymagań. Nie wznosić rojów planet wokół gotowych gwiazd, lecz zbudować cały obszar planetarny dla wszystkich wyobrażalnych form życia i zaopatrzyć go w odpowiednie sztuczne słońca. To jest oczywiście znacznie trudniejsze, ale też i bez porównania ciekawsze. Przykładem takiej wszechstronnie przemyślanej planety może być Ora. Rejon budowy już wybrano: okolice Syriusza i jego sąsiada, białego karła — zwarty wycinek kosmosu między Orionem a Wielkim Psem o objętości około tysiąca parseków sześciennych. W myśl tego projektu na stworzone od podstaw uniwersalne planety z pełną automatyzacją produkcji i usług należy stopniowo przenieść wszystkich Niebian, którym jest ciasno i niewygodnie w domu. Na razie jest to pieśnią przyszłości: plany poszczególnych planet są jeszcze w stadium szkiców, bo zespoły wydelegowane dla uzgodnienia warunków życiowych z przyszłymi mieszkańcami jeszcze wędrują po gwiazdozbiorach. Trzeba bowiem ustalić rozmiary globów, temperaturę słońc, długość dnia i nocy, skład atmosfery i siłę ciążenia, rodzaj pomieszczeń mieszkalnych i pokarmu. Ale już teraz, kiedy zbiera się te wszystkie dane, flotylla Gwiezdnych Pługów, powolnych statków przestarzałej konstrukcji, orze kosmos w pobliżu Oriona i wytwarza mgławice pyłowe do dalszej przeróbki na planety lub słońca.