KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody Erasta Fandorina #8
- Язык: польский
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:
O tej porze Kseni Gieorgijewny już przy stole nie było - oddaliła się, usprawiedliwiając lekką migreną.
- To dlatego, że ona przyjechała? - spytał Paweł Gieorgijewicz, wciąż tak samo się uśmiechając i spoglądając na Anglików. - Pojedziesz do niej do „Łoskutnej”?
- To nie twoje sprawy, Pauli. - Gieorgij Aleksandrowicz mlasnął wargami, rozpalając cygaro. - Ty idziesz do opery.
- Nie! - wykrzyknął Paweł Gieorgijewicz, i to tak głośno, że Anglicy zadrżeli.
Endlung od razu zażartował po angielsku. Gieorgij Aleksandrowicz zaśmiał się, sam coś dorzucił, a potem, po ojcowsku nakrywając rękę syna swoją ogromną mięsistą dłonią, wywarczał:
- Albo do opery, albo do Władywostoku. Ja nie żartuję.
- A niech, do diabła, będzie Władywostok! - odpowiedział najsłodszym głosem Paweł Gieorgijewicz i miłośnie nakrył rękę ojca swoją, tak że postronny obserwator mógłby się rozczulić na widok tej rodzinnej sceny. - A do opery jedź sam.
W najwyższej rodzinie często padała groźba Władywostoku. Za każdym razem, kiedy Paweł Gieorgijewicz coś przeskrobał albo w inny sposób naraził się na gniew ojca, Gieorgij Aleksandrowicz zapowiadał, że korzystając ze swej admiralskiej władzy, wyśle go do Floty Oceanu Spokojnego, aby służył ojczyźnie i się ustatkował. Ale dotąd jakoś tego nie uczynił.
Dalej rozmawiano już wyłącznie po angielsku, ale moje myśli obrały teraz zupełnie inny kierunek.
Coś przyszło mi do głowy.
Rzecz w tym, że sens przepychanki między ich wysokościami, mało zrozumiały nawet dla kogoś dobrze znającego rosyjski, dla mnie był całkowicie jasny.
Przyjechała Izabella Felicjanowna Snieżniewska i zatrzymała się w hotelu „Łoskutnaja”.
Oto kto mi pomoże!
Pani Snieżniewska - najmądrzejsza z kobiet, jakie kiedykolwiek spotykałem, a przecież zdarzało mi się widzieć i cesarzowe, i lwice z towarzystwa, i królowe.
Historia Izabelli Felicjanowny jest tak niewiarygodna i bajeczna, że nie ma sobie równych w dziejach. Możliwe, że jakaś madame Maintenon czy markiza Pompadour u szczytu sławy dostąpiłaby większej władzy, lecz wątpliwe, czy ich pozycja przy najjaśniejszym domu była tak stabilna. Pani Snieżniewska, będąca, jak już wspomniałem, najmądrzejszą z kobiet, dokonała chyba największego przełomu w metodach działań faworyt: nawiązała romans nie z cesarzem, czy wielkim księciem, którzy niestety są śmiertelni albo niestali, ale z monarchią - wieczną i nieśmiertelną. Mając dwadzieścia osiem lat, Izabella Felicjanowna otrzymała zasłużony przydomek „Klejnot Korony”, a rzeczywiście bardzo przypomina drogocenną ozdobę z cesarskiego Pokoju Brylantowego: miniaturowa, delikatna, nieopisanie piękna, o kryształowym głosiku, złotych włosach, szafirowych oczach.
Maleńką tancerkę, najmłodszą i najbardziej utalentowaną w trupach baletowych Petersburga, zauważył jeszcze nieboszczyk najjaśniejszy pan. Czerpiąc z wdzięków tej ondyny, dopatrzył się w niej czegoś więcej niż tylko urody, czaru i świeżości - znalazł rozum, takt i zadatki na oddaną sojuszniczkę tronu.
Jako rozumny mąż stanu oraz wzorowy ojciec rodziny najjaśniejszy pan nie dał się do końca omotać czarującej debiutantce i postąpił mądrze (choć, można przypuszczać, nie bez żalu), powierzając opiece pani Snieżniewskiej cesarzewicza, który budził niepokój najjaśniejszego rodzica przesadną religijnością i nieociosaniem.
Izabella Felicjanowna dzielnie zniosła rozłąkę z najjaśniejszym panem i podjęła ważną misję państwową z pełnym zaangażowaniem, tak że wkrótce następca tronu wyraźnie się zmienił (na lepsze) i nawet popełnił pewne (nawiasem mówiąc, całkiem spokojne i nieskandaliczne) szaleństwa, czym ostatecznie uspokoił koronowanego ojca.
W dowód wdzięczności pani Snieżniewska otrzymała cudowne palazzo na Wielkiej Dworiańskiej, możliwość wyboru ról w Teatrze Maryjskini i - najważniejsze - specjalny, nawet wyjątkowy status w sferach dworskich, którego wielu jej zazdrościło. Przy tym jednak zachowywała się bardzo skromnie, nie wzbudzała zawiści i - co wydaje się wręcz nieprawdopodobne - nie miała poważnych wrogów. Zakochany cesarzewicz proponował piękności tajne małżeństwo, lecz ona rozumnie odmówiła, a kiedy między następcą tronu a księżniczką Alicją nawiązała się delikatna przyjaźń - odeszła w cień i w trakcie wzruszającej sceny pożegnania z „miłym Nikim” pobłogosławiła związek. Ten postępek wyszedł jej tylko na dobre, ponieważ nowa caryca oceniła go z należytą szlachetnością - jeszcze jedno niewiarygodne zdarzenie - i zaczęła okazywać byłej konkurentce jawną przychylność, zwłaszcza gdy Izabella Felicjanowna, wytrzymawszy dla przyzwoitości gorzką i długą pauzę, powierzyła swoje delikatne serce Gieorgijowi Aleksandrowiczowi.
Otwarcie mówiąc, sądzę, że na tej zamianie pani Snieżniewska pod żadnym względem nie straciła. Wręcz przeciwnie - Gieorgij Aleksandrowicz jest postawnym mężczyzną, naprawdę szczodra dusza, a i charakterem znacznie przewyższa koronowanego krewniaka.
O, Izabella Felicjanowna to sama mądrość. Jej można opowiedzieć o wszystkim. Ona rozumie, czym są sekrety najjaśniejszej rodziny, albowiem sama jest ich powiernikiem. Snieżniewska wynajdzie coś zupełnie nowego, na co nie wpadną ani podstępny pułkownik Karnowicz, ani groźny Kirył Aleksandrowicz, ani nawet najchytrzejszy pan Fandorin.
* * *
Pani Snieżniewska zajęła w „Łoskutnej” całe skrzydło, co już było świadectwem na poły cesarskiego statusu tej zadziwiającej kobiety - przecież teraz, w dniach uroczystości koronacyjnych, nawet najzwyklejszy pokój hotelowy kosztował pięciokrotnie więcej, a i znaleźć go było nie sposób.
W przedpokoju luksusowego apartamentu stało wiele koszy z kwiatami, a gdzieś z amfilady pokoi dochodził przytłumiony dźwięk fortepianu. Przekazałem pokojówce notatkę i gra prawie od razu ucichła. Po minucie wyszła do mnie Izabella Felicjanowna. Miała na sobie lekką, jedwabną suknię soczystej różowej barwy, na którą raczej nie mogłaby sobie pozwolić żadna inna blondynka, ale Snieżniewska w takim stroju nie wyglądała wulgarnie, lecz po prostu bosko, innego słowa nie znalazłem. Znowu zauroczyła mnie jej świetlista, porcelanowa uroda - tej drogocennej, nader rzadko spotykanej odmiany, kiedy na widok, zdawałoby się, już doskonale znanego lica za każdym razem zatyka dech i człowiek stoi osłupiały.