Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]
Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]

Электронная книга - «Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]». Краткое содержание книги:

Trafiamy oto na Ziemię dalekiej przyszłości. Nie wiemy dokładnie, który to rok, lecz „czytając między wierszami” przypuszczam, że akcja rozgrywa się w okolicach przełomu trzeciego i czwartego tysiąclecia. Ludzie osiągnęli technologiczne szczyty. Na Ziemi kontrolują pogodę, w kosmosie, dzięki silnikom wykorzystującym tzw. efekt Taniewa, poruszają się z prędkością wielokrotnie przewyższającą szybkość światła. Krótkodystansowa komunikacja odbywa się za pośrednictwem fal mózgowych, a na obiekty fizyczne wpływać można dzięki swobodnie generowanym polom siłowym. Uporano się ze wszystkimi wielkimi plagami ludzkości, takimi jak katastrofy naturalne, głód, choroby… I nie, nie ma żadnego „ale”. Homo sapiens osiągnął ostateczną formę dobrobytu oraz szczęścia na Ziemi i zajął się zaawansowaną eksploracją Wszechświata. Nawiązano kontakt z wieloma inteligentnymi rasami, ale żadna z nich nie dorównuje poziomem zaawansowania technicznego człowiekowi. Wygląda więc na to, że ludziom przypadła rola przodowników kosmosu. Do czasu… Na arenie międzygwiezdnych zdarzeń pojawiają się potężni i zagadkowi Galaktowie oraz złowrodzy Niszczyciele. Bohaterowie wyruszają na sztuczną planetę Orę, gdzie odbyć ma się wielka konferencja z udziałem wszystkich zjednoczonych pod przewodnictwem człowieka inteligentnych gatunków. Jej uczestnicy zadecydują, jakie kroki należy podjąć w związku z odkryciem nowych ras i na jakich zasadach spróbować nawiązać z nimi kontakt.
1 ... 48 49 50 51 52 53 54 55 56 ... 71
Перейти на страницу:

Teraz miałem własny fotel w sterówce obok dyżurnego dowódcy. Deszfratory łowiły każdą falę i impuls, strumienie cząstek, pola elektryczne i grawitacyjne. Zawarte w nich informacje trafiały do komputera, który wydawał rozkazy automatom, ja zaś, obserwując nieustanną pracę badawczą, dawałem mechanizmom dodatkowe zadania. Zwykle dyżurowałem wraz z Olgą: Milczeliśmy wówczas godzinami, wpatrując się w gwiaździste niebo i rozmawiając w myślach z podległymi nam maszynami.

Codziennie zjawiałem się w laboratorium grawitacyjnym. Uruchamiałem mechanizmy, a impulsy odebrane przez deszyfratory przekazywałem do analizy komputerowi pokładowemu. Ciągle od nowa badałem promieniowanie mózgu Zływrogów nagrane przez Andre i grawigramy atakujących nas krążowników.

Uważałem tę pracę za swe naczelne zadanie. Dawniej Andre wszystko robił sam, my zaś tylko mu pomagaliśmy. Żartowaliśmy z jego tworzonych na kolanie teorii, pobłażliwie akceptowaliśmy genialne wizje i czuliśmy się pewni i bezpieczni. Przy nas gorzał ogromny rozum, nieustannie rodzący błyskotliwe idee. Andre chciwie rzucał się na każdą zagadkę i nie spoczywał, póki jej nie rozwiązał. Wszystko, co można zrobić, robił znacznie lepiej od kogokolwiek z nas, po cóż więc mieliśmy się trapić? Teraz Andre nie było. Zniknął genialny generator nowych pomysłów. Trzeba go było zastąpić chociażby częściowo. Nie miałem nawet odrobiny owej natchnionej lekkości Andre, lecz nieustannie, uparcie myślałem — chciałem pracowitością zrekompensować jego intuicję.

Siadałem na kanapce, zamykałem oczy i po tysiąckroć wracałem myślami do tej samej sceny. Zacisnęliśmy polami osłabłego oczogłowa, który rozpaczliwie wzywał pomocy na falach grawitacyjnych. Jego impulsy grawitacyjne biegły z normalną szybkością światła, z tą samą prędkością przychodziły odpowiedzi. Można było według czasu dzielącego pytania i odpowiedzi obliczyć odległość dzielącą Sigmę od krążownika śpieszącego na pomoc. A krążownik zawiadamiał, że nawet lecąc z szybkością nadświetlną nie zdoła dotrzeć do celu przed nocą. Ile dni lub tygodni świetlnych miał do pokonania? Tymczasem Zływróg rozmawiał z okrętem tak, jakby stał obok niego.

„Jak to było możliwe? — pytałem w duchu. — Co może poruszać się w przestrzeni z szybkością nadświetlną nie unicestwiając tej przestrzeni?”

Nawet we śnie próbowałem rozwikłać tę zagadkę. Kiedyś przez nieuwagę nie wyłączyłem na noc deszyfratora nastrojonego na promieniowanie mojego mózgu i urządzenie zarejestrowało moje sny. Wreszcie z wolna zacząłem dostrzegać zarysy rozwiązania. Rozwiązanie było tak proste, że początkowo nie uwierzyłem w jego prawidłowość. Ale wszystkie drogi wiodły do tego samego punktu, wszystkie nici logicznie zapętliły się w jeden węzeł. Przekazałem swoje domysły komputerowi, który po analizie zawiadomił mnie, że hipoteza jest niesprzeczna i może być przyjęta za punkt wyjściowy do dalszych rozważań. Znalazłem się na właściwej drodze. Do celu było wprawdzie jeszcze bardzo daleko, lecz wiedziałem, że do niego dotrę.

Poprosiłem Olgę do siebie. Przyszła do laboratorium, długo słuchała nie przerywając mi, a potem powiedziała:

— Uważasz więc, że tym zagadkowym nośnikiem łączności momentalnie przenikającym przestrzeń, jest sama przestrzeń?

— Tak, sama przestrzeń, a właściwie drgania gęstości przestrzeni. Doszedłem do wniosku, że jedynie zmiany stanu przestrzeni mogą rozchodzić się w niej z szybkością nadświetlną.

Olga zastanawiała się przez chwilę. Później skinęła głową i zaczęła rozwijać moją hipotezę:

— Nauczyliśmy się przekształcać masę w przestrzeń i znów otrzymywać z niej masę. Krótko mówiąc operujemy stanami krańcowymi — niszczeniem i tworzeniem… Tymczasem okazuje się, że między nimi zawiera się całe spektrum stanów przejściowych, może równie ważnych jak punkty graniczne… Musimy ich szukać, musimy szukać wszyscy, a nie tylko ty, Eli.

Z radości ucałowałem Olgę w oba policzki. Nie powinienem był tego robić. Olga zmieszała się jak mała dziewczynka zaskoczona przy niedozwolonej zabawie, chociaż winny byłem ja, a nie ona.

— Nie gniewaj się — powiedziałem ze skruchą. Nie chciałem ci zrobić przykrości.

— Wcale się nie gniewam — odparła smutnym głosem. — Czy nie zauważyłeś, że nie potrafię się na ciebie gniewać?

17

Tego wieczora długo nie mogłem zasnąć. Myślałem o Andre. Przyjaciel pochwaliłby mnie za odkrycie fal przestrzeni. Rzadko zasługiwałem na jego pochwały, kiedy byliśmy jeszcze razem, ale teraz by mnie pochwalił, jestem tego pewien, bo lepiej niż ktokolwiek inny potrafiłby ocenić wagę tego odkrycia.

Andre stał przede mną. Słyszałem jego głos. Zamykałem oczy, aby go lepiej widzieć i słyszeć. Przyjaciel chodził po kajucie, potrząsał ekstrawaganckimi kędziorami i spierał się ze mną. Był jak zawsze odrobinę śmieszny i bardzo miły. Patrzyłem na niego z bólem: Andre znalazł się w niebezpieczeństwie, a ja nie mogłem mu pomóc.

„Ciężko myślisz, Eli — mówił Andre gniewnym tonem. — Krytycyzm i ironia łączą się w twoim mózgu z niezłą dawką tępoty. Gdybym powiedział to, do czego sam z takim trudem doszedłeś, na wszelki wypadek wyśmiałbyś mnie. Dowcipkowałeś na temat każdego mojego pomysłu, czyż nie mam racji?”

„Nie masz — broniłem się. — Bądź sprawiedliwy, Andre. Wiele idei akceptowałem od razu.”

Zacząłem przypominać sobie jego idee i teorie. Było ich tak wiele, że godziny biegły, a ja przypominałem sobie wciąż nowe. Już nie dyskutowałem z Andre, byłem gotów przyjąć każdą hipotezę tylko dlatego, że on był jej autorem. Pod koniec nocy wspomniałem jego teorię pochodzenia ludzi, tak nieubłaganie skrytykowaną przez Romera. Nabrałem teraz do niej wielkiej sympatii także dlatego, że Paweł z taką zaciekłością się na nią rzucił.

Znów zamknąłem oczy, aby dokładniej widzieć napływające pod powieki obrazy, i pogrążyłem się w półsen przypominający gorączkowe majaczenia. Powróciłem na Ziemię i cofnąłem się w jej głęboką przeszłość. Ujrzałem dzikie, dawno już nie istniejące lasy, pradawny statek kosmiczny leżący na boku u stóp wzgórza. Z rozdartego wnętrza gwiazdolotu wysypały się beczki, trapy, skrzynie, nieznane mechanizmy. Dostrzegłem mknące po niebie postrzępione chmury, usłyszałem krzyki małp, poczułem wilgotny upał wiszący w powietrzu nad wyimaginowanym przeze mnie zakątkiem Ziemi.

Na szczyt wzgórza wspina się starzec (widziałem go już kiedyś na stereoekranie w Sali Pomarańczowej). Starzec jest wysoki, szczupły i siwy, ma wielkie, nie po ludzku promienne oczy. Rozgląda się dokoła z dezaprobatą. Nie podoba mu się okolica, w której znalazł się statek.

Do starca zbliżają się dwaj młodzieńcy. Pierwszego również widziałem w Sali Pomarańczowej. Drugiego nie znam, wymyśliłem go. Zresztą podobny jest do zabitego z obrazu Altairczyków.

„Ale wpadliśmy! — mówi pierwszy młodzieniec. Że też musieliśmy się tak rozbić! Naprawa potrwa ze dwa tysiące miejscowych lat. Laboratoria zabraliśmy ze sobą, ale fabryki zostały w domu”.

1 ... 48 49 50 51 52 53 54 55 56 ... 71
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)