KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody Erasta Fandorina #8
- Язык: польский
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:
- I co, określiliście?! - wykrzyknąłem z radosnym zdenerwowaniem.
- Nie tak szybko, Ziukin, nie tak sz-szybko - Fandorin się uśmiechnął. - Milczący woźnica jedzie celowo nie prostą drogą, tylko okrężną, zapętla ją, sprawdza, czy nie ma „ogona”. Zadanie Emilu jest więc bardzo skomplikowane. Wczoraj i dzisiaj przeszliśmy z nią na piechotę drogę przejazdu karety, sprawdzając obserwacje z t-topografią.
- I cóż? - spytałem, wyobrażając sobie, jak mademoiselle idzie ulicą, wsparta na ramieniu wykwintnego kawalera. Oboje poważni, zjednoczeni wspólną sprawą, a ja tymczasem walam się w łóżku jak bezużyteczna kłoda.
- Za każdym razem kareta, pokręciwszy się w zaułkach, wyjeżdżała na plac Zubowski. Potwierdzają to obserwacje Emilii, która słyszała w tym punkcie trasy szum wielu ekwipaży i dźwięk licznych głosów.
- A dalej?
Mademoiselle, zawstydzona, spojrzała na Fandorina (to krótkie, przepełnione ufnością spojrzenie znowu zraniło mnie w samo serce) i jakby się usprawiedliwiając, powiedziała:
- Monsieur Ziukin, wczoraj potrafiłam zapamiętać jedenaście zakrętów, dzisiaj trzynaście. - Skupiła się i z dumą wyliczyła: - Dwadzieścia dwa, w lewo; czterdzieści jeden, w prawo; trzydzieści cztery, w lewo; osiemnaście, w prawo; dziewięćdziesiąt, w lewo; czternaście, w prawo; sto czterdzieści trzy, w prawo; trzydzieści siedem, w prawo; dwadzieścia pięć, w prawo; sto piętnaście, w prawo (i tu, pośrodku, w przybliżeniu na pięćdziesiątym obrocie, szum placu); pięćdziesiąt dwa, w lewo; sześćdziesiąt, w prawo; potem znowu w prawo, ale ile - już nie pamiętam. Bardzo się starałam, mimo wszystko zgubiłam się...
Byłem wstrząśnięty.
- Boże, ale jak wy i to zapamiętaliście?
- Nie zapominajcie, mój przyjacielu, że jestem nauczycielką. - Uśmiechnęła się, a ja poczerwieniałem, jeszcze nie zdecydowawszy, jak powinienem rozumieć wyrażenie mon ami i czy dopuszczalna jest w naszych stosunkach podobna poufałość.
- Ale jutro wszystko się powtórzy i znowu się zgubicie - powiedziałem, na wszelki przypadek strojąc poważną minę. - Ludzka pamięć, nawet najlepiej wyszkolona, ma pewne granice.
Uśmiech, którym Fandorin powitał tę uwagę, bardzo mi się nie spodobał. Tak przyjmuje się bajdurzenie nierozgarniętego dziecka.
- Emilia nie będzie musiała zapamiętywać wszystkiego od samego p-początku trasy. Po opuszczeniu placu Zubowskiego kareta dwa razy jechała tą samą drogą, i ostatni z-zakręt, dobrze zapamiętany przez naszą zwiadowczynię, to styk zaułków Oboleńskiego i Ołsufjewskiego. Dokąd kolasa pojechała dalej, nie wiemy, ale to miejsce zostało określone dokładnie. Stąd do punktu końcowego już jest niedaleko - jakieś dziesięć-piętnaście minut.
- W ciągu piętnastu minut kareta może przebyć dobre trzy-cztery wiorsty - zauważyłem, aby ostudzić zbyt już radosnego Erasta Piotrowicza. - Zaczniecie przeszukiwać tak ogromną przestrzeń? To więcej niż cała Wyspa Wasiljewska!
Uśmiechnął się jeszcze nieznośniej.
- Koronacja, Ziukin, jest pojutrze. Wtedy musimy przekazać doktorowi Lindowi „Orłowa” i gra się zakończy. A jutro Emilia pojedzie karetą o zabitych oknach jeszcze raz, żeby wpłacić ostatnią ratę - jakiś tam diadem z żółtych brylantów i opali.
Mimowolnie jęknąłem. Bezcenny diadem w kształcie girlandy kwiatów! To największy skarb w coffret najjaśniejszej pani!
- Rozumie się, musiałem d-dać cesarzowej słowo honoru, że diadem i wszystkie wcześniejsze klejnoty zostaną zwrócone w całości i w dobrym stanie - z absolutną pewnością siebie wyjawił Fandorin. - Nawiasem mówiąc, nie wspomniałem chyba o jednej ważnej okoliczności. Po tym, jak Karnowicz wlazł w sam środek chitrowskiej operacji niczym słoń do składu porcelany, ogólne kierownictwo d-działań przeciw Lindowi powierzono mnie, a naczelnikowi policji dworu i moskiewskiemu oberpolicmajstrowi zakazano się wtrącać pod groźbą sądu.
Niesłychane! Powierzyć dochodzenie, od którego bez przesady zależy los carskiej dynastii, osobie prywatnej! To oznaczało, że Erast Piotrowicz Fandorin w chwili obecnej jest najważniejszą osobą w państwie rosyjskim. Spojrzałem na niego zupełnie inaczej.
- Emilia zacznie liczyć od s-skrętu z Oboleńskiego w Ołsufjewski - rzekł już bez żadnych uśmieszków, z najpoważniejszym wyrazem twarzy. - I tu mademoiselle, ze swą wspaniałą pamięcią, w żadnym razie się nie zgubi.
- Wasza mość, ale jak mademoiselle Declique pozna, że jest właśnie w tym miejscu?
- Bardzo prosto, Ziukin. Kiedy zobaczę, do jakiej karety ją wsadzą tym razem, nie będę, rzecz jasna, jej śledzić, tylko od razu pojadę na Ołsufjewski. Dostrzegłszy, że kolasa podjeżdża, uderzę w dzwoneczek. To będzie sygnał dla Emilii.
- A woźnicy nie wyda się to podejrzane? Z jakiego to powodu porządnie odziany pan, w waszym typie, nagle zacznie dzwonić? A może po prostu aresztować tego woźnicę i niech opowie, gdzie skrywa się Lind?
Fandorin westchnął.
- Właśnie tak najprawdopodobniej postąpiłby policmajster Łasowski. Lind z pewnością przewidział podobną możliwość, jednak z jakiegoś powodu zupełnie się jej nie boi. Mam w tej kwestii pewne przypuszczenia, ale nie będę teraz się w nie wdawał. Co do przyzwoitego dżentelmena, to wy mnie naprawdę obrażacie. Przecież wszak widzieliście, że doskonale umiem się przebierać. Ja, Ziukin, będę nie tylko dzwonił, ale jeszcze i krzyczał.
I nagle, udając, że potrząsa dzwoneczkiem, zawył przeciągle z silnym tatarskim akcentem:
- Stare bierzemy - kopijki dajemy! Papierki, butelki bierzemy! Podarte portki i szmatki! Zardzewiałą łyżkę kucharki! Dajecie rupiecie - piniądze bierzecie!
Mademoiselle zaśmiała się - chyba po raz pierwszy w ciągu ostatnich dni. W każdym razie - w mojej obecności.
- No, monsieur Ziukin, pan niech odpoczywa, a my z Erastem pójdziemy na mały spacer: pochodzimy wokół Diewiczego Pola, Cahycyńskiej, Pogodinskiej, na Plusczyhu - starannie wymawiała nazwy moskiewskich ulic, a mnie w duszy pozostało tylko słowo „Erast”.
Jaki on dla niej „Erast”?!
- Jestem zupełnie zdrowy - zapewniłem - i chciałbym dotrzymać wam towarzystwa.
Fandorin podniósł się, pokiwał głową.
- Towarzystwo zapewni nam Masa. Boję się, że on wciąż jeszcze się na was gniewa. I raczej w-wątpię, żeby zmienił swoje nastawienie podczas pobytu w areszcie. Lepiej więc leżcie.