Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5 - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5

Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:

Najnowszy almanach fantastyki Kroki w nieznane prezentuje szesnaście różnorodnych opowiadań autorów z Australii, Argentyny, Rosji, Stanów Zjednoczonych, Ukrainy i Wielkiej Brytanii. Wśród nich nowa krew, niedawne debiutantki (McCarron, Swirsky) oraz autorzy rozwijający skrzydła (Bacigalupi, Kosmatka, Ostapenko). Są też stare wygi, z niemałym dorobkiem, których tekstów nie było nam dane posmakować dotychczas (Brown, Kaługin) lub spotykaliśmy się z ich twórczością okazjonalnie (Kessel, szczególnie Waldrop). Oczywiście są także wielkie nazwiska (Egan, Kress, Silverberg, czy Willis), a oprócz tego pisarze wyjątkowi, za sprawą wyobraźni (Ballantyne), poetyckiego stylu (McDonald), czy prozy o niesamowitym klimacie (Nielsen)…
1 ... 50 51 52 53 54 55 56 57 58 ... 146
Перейти на страницу:

Dzięki biotechnologii zwiększono też inteligencję; w ciągu ostatnich stu lat średni iloraz inteligencji zwiększył się o dwadzieścia punktów. Dla ludzi poddanych takim genomodyfikacjom oparta na kwantowych komputerach sieć SpanLink zapewniała niezliczone atrakcje, możliwości komunikacji i wyzwania. W takim świecie „kosmiczne jajo”, które gdzieś tam sobie spoczywało, nie było specjalnie atrakcyjne. Obojętne, nieplastyczne, nieinteraktywne, po prostu nie było wystarczająco interesujące.

Bez względu na to, skąd pochodziło.

Transmisja: Niczego tu jeszcze nie ma.

Aktualne prawdopodobieństwo wystąpienia: 94%

V

2295

Śmiejąc się uzgodnili datę inicjacji. Mogła być dowolna, bo SI można inicjować kiedykolwiek. Chiński Nowy Rok wydawał się jednak właściwą datą, gdyż wkład korporacji Wei Wu Wei z Szanghaju był ogromny. Na ceremonię przylecieli Amerykanie i Brazylijczycy: Karim DiBenolo, Rosita Peres, Frallie Subel i Braley Wilkinson. Chińczycy próbowali opanować wymawianie dziwnych nazwisk, mieląc dziwaczne sylaby w ustach, ale tylko Braley Wilkinson mówił po chińsku. Ale on się z tym urodził, jego stryjeczny pradziadek ożenił się z bogatą Chinką i od tego czasu rodzina mieszkała w obu krajach.

Braley nie wyglądał jednak na potomka przedstawicieli obu tych nacji. Oczywiście był poddany genomodyfikacjom, co powtarzali sobie Chińczycy, krzywiąc się z dezaprobatą. Genomodyfikacje nie były już w Chinach modne; uważano je za nieautentyczne. Ludzki genom znacząco się poprawił pośród wyedukowanych i cywilizowanych, a dobór naturalny zrobił swoje. Przy autentyzmie życia nie należy majstrować, a w przeszłości z tym przesadzano. Godne pożałowania, ale to już przeszłość. Cywilizacja wróciła do korzeni.

Nikt nie wyglądał bardziej nieautentycznie niż Braley Wilkinson. Miał ponad dwa metry wzrostu (czy tak się objawiało amerykańskie upodobanie do wysokich ludzi?), o włosach jasnych jak słońce i dziwacznych fioletowych oczach. Rzecz jasna był wyjątkowo inteligentny: nie miał jeszcze trzydziestu lat, a w dużym stopniu przyczynił się do powstania SI. Poza tym to rodzice wybrali mu ten wulgarny wygląd, nie on sam. Przydałoby się trochę tolerancji.

Nikt jednak nie miał ochoty na krytykowanie. To przecież przyjęcie.

Zheng Ma, mistrz przyjęć, zaprojektował latające baktory w całej sali bankietowej. Czerwone i żółte, łączyły się i rozdzielały jak w kalejdoskopie. Mieszanka powietrza było lekko oszałamiająca, ale tylko odrobinę. Jedzenie i napitki, podtykane przez bezgłośne, dyskretne roboty, które Chińczycy robili lepiej od innych, było doskonałym połączeniem kuchni regionalnych.

— Był pan tu już kiedyś? — zwróciła się do Braleya jedna z Chinek. Nie pamiętał jej nazwiska.

— W Chinach tak. Ale nie w Szanghaju.

— I jak się panu podoba miasto?

— Jest piękne. I bardzo autentyczne.

— Dziękuję. Staraliśmy się, żeby takie właśnie było.

Braley uśmiechnął się. Odbył tę samą rozmowę cztery razy w ciągu ostatniej półgodziny. A gdyby powiedział coś zupełnie innego? Nie, nie byłem w Szanghaju, ale moja niesławna ciotka, która raz o mało nie unicestwiła świata, była świętą mniszką w Harbinie. Czy może: Wie pani, że tak naprawdę jestem Braley2 i jestem klonem? To byłby wstrząs dla ich biokonserwatyzmu. Czy nawet: Czy ktoś pani powiedział, że jednym z głównych szablonów dla tej SI jest moja niekonserwatywna, amerykańska, za wysoka, sklonowana osoba?

Tylko że przecież i tak o tym wiedzieli. Jedyną szokującą rzeczą byłoby powiedzenie o tym publicznie, przypisanie sobie zasług. Tego się w Szanghaju nie robiło. To było dobrze wychowane miasto.

I piękne. Sala bankietowa, w której mieścił się także terminal SI, była najpiękniejszym pomieszczeniem, jakie widział w życiu. Doskonałe proporcje. Spokój emanował z ciemnych ścian pokrytych czerwoną laką, zdobionych subtelnymi, zmieniającymi się, ledwo widocznymi motywami feniksa, dostrzegalnymi na progu świadomości. Miejsce było podłączone do sieci SpanLink, gdyż wydarzenie miało charakter historyczny, ale nie widać było nigdzie urządzeń rejestrujących, by nie zakłócały zręcznego wykorzystania przestrzeni w pomieszczeniu.

Przez okno, które zajmowało całą ścianę, widać było równowagę i piękno miasta. Szanghaj był kiedyś jednym z najbrzydszych, najbardziej niebezpiecznych i najbardziej ponurych miast Chin. Teraz zapierał dech w piersiach. Rzekę Huangpu oczyszczono tak jak wszystko inne i teraz lśniła błękitem między parkami pełnymi idealnych, genomodyfikowanych drzew i kwiatów. Budynki użyteczności publicznej i świątynie, wybudowane z użyciem nanotechnologii, spoczywały między niskimi, zwieńczonymi kopułami domami mieszkalnymi. Nad rzeką przerzucono most Shih-Yu, także wybudowany przez nanoboty, wyglądający jak pozbawiona masy plątanina lśniących lin. Braley słyszał, że mówi się o nim jako najpiękniejszym moście świata i był skłonny w to uwierzyć.

Gdzie w tej idylli było miejsce na przedmieścia? Każde je miało: zamieszkiwali je zniechęceni buntownicy, którzy nie chcieli włączyć się do akcji ulepszania ludzkiego genomu czy gospodarki. Szanghaj w historii doświadczył szczególnie dużo anarchii, rewolucji, wyzysku i rozpaczy. A Chiny wcale nie były aż tak jedną całością, jak twierdzili ich przywódcy. Braley przypuszczał, że podstawowa przyczyna była biologiczna. Nawet w biokonserwatywnych Chinach — a może nawet szczególnie w biokonserwatywnych Chinach — genetyka nie planowała na dzikich rubieżach ludzkiego genomu. A właśnie tę dzikość Braley próbował włączyć do SI. Choć trzeba przyznać, że nie musiał się bardzo napracować, żeby to osiągnąć. SI istniała tylko dlatego, że istniał komputer kwantowy. Prawdziwa inteligencja wymagała elastyczności fizyki kwantowej.

W przypadku prehistorycznych, deterministycznych komputerów, zawsze uzyskiwało się tę samą odpowiedź na dane pytanie. W przypadku komputerów kwantowych tak już nie było. W przypadku stanów superpozycji mógł nastąpić kolaps do więcej niż jednego wyniku i okazało się, że to właśnie ten niepewny stan mieszany jest niezbędny do uzyskania samoświadomości. SI nie była programem. Podobnie jak ludzki mózg, była nieprzewidywalnym zbiorem sprzecznych stanów.

Przy oknie dołączył do niego jakiś mężczyzna. Jeden z Brazylijczyków. Naukowiec? Polityk? Trochę wyglądał na gwiazdę porno, ale na pewno nią nie był.

— Był pan tu już kiedyś? — odezwał się Brazylijczyk.

— W Chinach tak. Ale nie w Szanghaju.

— I jak się panu podoba miasto?

— Jest piękne. I bardzo autentyczne.

— Dziękuję. Słyszałem, że się starali, żeby takie właśnie było.

— Tak — odparł Braley.

Melodyjny głos, który zdawał się dobiegać równocześnie ze wszystkich miejsc pomieszczenia, oznajmił:

— Proszę państwa, zaczynamy. Proszę państwa, zaczynamy. Dziękuję.

Przepełniony wdzięcznością Braley przemieścił się jak najdalej od wielkiego okna.

Niska scena, pokryta czerwoną laką, rozciągała się na całej długości przeciwległej ściany. Na jej środku stał czarny obelisk o wysokości trzech metrów. Było to zupełnie zbędny wizualny symbol obecności SI, która tak naprawdę kryła się za pokrytymi laką ścianami. Reszta sceny była wypełniona — choć może nie jest to najlepsze słowo — trójwymiarowymi holograficznymi wyobrażeniami danych pobieranych przez użytkowników. Ci byli rozproszeni w tłumie i w sposób niezwracający uwagi trzymali swoje pady. Z tłumu wynurzyło się dziecko, śliczna dziewczynka, w wieku jakichś pięciu lat, z czarnymi włosami związanymi ciemnoczerwoną wstążką i nadnaturalnie błyszczącymi oczami.

1 ... 50 51 52 53 54 55 56 57 58 ... 146
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)