Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
- Автор: Браун Эрик, Иган Грег
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo „Solaris”
- Переводчик: Jolanta Pers
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:
Programowany replikator, w przeciwieństwie do swoich poprzedników, nie miał ograniczać się do nanotworzenia jednej określonej cząsteczki. Miał być na tyle dobry, by tworzyć dowolną cząsteczkę, jaka była potrzebna, lub jakiej się zapragnęło. Ocalałe replikatory, ukształtowane przez chińską technologię, zmieniły oblicze Ziemi. Teoretycznie teraz każdemu, kto żył na Ziemi, można było zapewnić pożywienie, odzież i dach nad głową dzięki nanotechnologii. Jednak poza nieuniknionymi politycznymi i ekonomicznymi problemami z dostępem, istniejące procesy nanotechnologiczne były kosztowne. Konieczne było tworzenie asemblerów i ich malutkich, samowystarczalnych programów; użycie asemblerów do tworzenia cząsteczek; użycie innych technik, chemicznych albo mechanicznych, do łączenia molekuł w produkty.
A teraz to wszystko miało się zmienić. Nowy programowalny replikator KimWorks nie miał trwale wpisanych instrukcji montażowych. Zawierał raczej programowalne komputery, które mogły zbudować wszystko, czego tylko się zapragnęło, także powielać siebie, z materiałów powszechnie spotykanych na Ziemi. Wszystkie laboratoria badawcze na świecie próbowały osiągnąć ten cel. Ale to zespołowi Leili udało się go osiągnąć.
Usiadła na ławce położonej najbliżej jaja. Spojrzała na niebo nad sobą — kopuła elektromagnetyczna chroniąca siedzibę KimWorks była niewidzialna. Dookoła obiektu pozostawiono wolną przestrzeń, jeśli nie liczyć małego, płaskiego kamienia widocznego z ławki Leili. Na kamieniu wyryto sentencję z księgi „Tao Te Ching”, po chińsku i angielsku.
NAUKA BEZ SŁÓW
ZYSK W POWSTRZYMANIU SIĘ OD DZIAŁANIA
NIEWIELU TO ROZUMIE
Rzecz jasna, mimo całej swej pokory, Leila nie rozumiała. Kto miałby wysłać to jajo gdzieś z otchłani kosmosu, by tkwiło tu, nie robiąc nic, od dwóch i pół wieku? W tym jednak właśnie tkwiła tajemnica, potęga jaja. Dlatego właśnie kontemplowanie go napełniało ją spokojem.
Pozostali znajdowali się w budynku laboratorium nanotechnologicznego. Nie było ich wielu, rutynowe prace wykonywały roboty, tylko David, Chunquing i Rulan pracowali przy komputerach i urządzeniach. Pokonanie wszystkich zabezpieczeń laboratorium zajęło Leili dziesięć minut, lecz nagle znużyło ją świętowanie, chilijskie wino i holograficzne gratulacje od dyrektora generalnego z Szanghaju, który był jej stryjecznym dziadkiem. Chciała usiąść spokojnie w słodkim, chłodnym powietrzu ogrodu, patrząc na jajo na tle nieba, zabarwionego na fioletowo przez długi wieczór w Minnesocie. Cień i krzywa, prawie jak wiersz.
Laboratorium wyleciało w powietrze.
Podmuch rzucił Leilę na ziemię obok ławki. Krzyknęła i zasłoniła oczy ręką. Nie było to jednak konieczne; jajo znajdowało się w prostej linii między nią a laboratorium i osłoniło ją. Jakaś część jej umysłu wiedziała, że nie ma żadnego promieniowania, tylko ciepło, i żadnych latających odłamków, bo laboratorium implodowało: tak je skonstruowano. Coś pokonało zewnętrzną warstwę czujników i warstwa zapalająca zareagowała, wytwarzając tlenki metali w postaci gazowej, na tyle gorące, że wszystko wewnątrz laboratorium wyparowało. Nie wolno dopuścić do wydostania się jakiegokolwiek niekontrolowanego replikatora. Obrócić wszystko w parę. Laboratorium. Projekt. David, Chunquing, Rulan.
Otoczenie stygło. Leila wstała niepewnie i natychmiast wstrząs wtórny rzucił ją na ziemię. To musiało być trzęsienie ziemi, najmniej prawdopodobne z zagrożeń, ale przecież takie zabezpieczenia też mieli. David, Chunquing, Rulan!
— Doktor Kim! Nic pani nie jest? — Keesha Ali biegła w jej stronę od budynku ochrony. Gdy słuch powrócił, Leila usłyszała wycie syren i alarmu.
— Nie… Keesho?
— Wiem — odparła ponuro kobieta. — Kto był w środku?
— David. Chunquing. Rulan. Projekt replikatora i trzęsienie ziemi! Ze wszystkich możliwych pechowych wydarzeń…
— To nie był pech — rzekła Keesha. — Zostaliśmy zaatakowani.
— Zaatakowani?
— To nie było naturalne trzęsienie ziemi. Ochrona wykryła ładunek kilka sekund przed wybuchem. Tunel pod laboratorium, bardzo głęboki i długi. Nie tylko przedarli się pod laboratorium, zniszczyli też urządzenia kopuły. Uruchamiamy właśnie zapasowy system. Za pięć minut spotkamy się w sali rekreacyjnej, pani doktor.
Leila gapiła się na Keeshę. Ta kobieta była oczywiście Amerykanką, bez chińskich przodków. Ale nawet tacy ludzie najpierw opłakiwali zmarłych. Tak. W normalnych warunkach tak robili. Ale tu działo się coś niezwykłego.
Leilę poddano genomodyfikacjom zwiększającym inteligencję.
— Dane się wydostały — rzekła wolno.
— W ułamku sekundy między przebiciem się a zapłonem — odparła Keesha ponuro — kiedy wyłączono kopułę, klatkę Faradaya oczywiście też. Zabrali cały projekt związany z replikatorem, doktor Kim.
Leila zrozumiała, co to oznacza, i jej umysł ugiął się pod ciężarem. Oznaczało to, że ktoś sprzątnął im nagrodę sprzed nosa. Dane dotyczące replikatora były silnie szyfrowane i było ich bardzo dużo. Tylko inny komputer kwantowy mógł być na tyle szybki, by przejąć taką liczbę danych w ułamku sekundy między przebiciem się a wybuchem — czy też w ogóle dawać nadzieję na ich rozszyfrowanie. Komputer kwantowy, mogący wykonywać biliony operacji na sekundę, już od pokolenia był rzeczywistością. Mógł on jednak działać tylko w obrębie ograniczonych parametrów: pola magnetyczne. Kable optyczne.
Dane kubitowe, zapisywane za pomocą cząstek o nieokreślonym spinie, łatwo ulegały zniszczeniu w kontakcie z innymi cząstkami, na przykład fotonami — czyli zwykłym światłem słonecznym. Nikomu nigdy nie udała się kradzież z włamaniem danych kwantowych bez zniszczenia ich. Nie spoza komputera i na pewno nie na odległość wielu mil otwartej przestrzeni.
Aż do teraz. A ktoś, kto dysponował komputerem kwantowym zdolnym do czegoś takiego, już był rywalem.
Albo rewolucjonistą.
Pierwszy wykwit replikatora pojawił się w KimWorks trzy tygodnie później.
To Leila go zauważyła: matowa, czerwonobrązowa plamka na jasnozielonej trawie przy budynku rekreacyjnym. Gdyby znajdowała się na samej ścieżce, Leila wzięłaby ją za krew. Ale na trawie… stanęła spokojnie i pomyślała: nie. To śnieć, jakiś dziwny, zmutowany grzyb, zbuntowany organizm…
Za długo pracowała w wysadzonym w powietrze laboratorium, żeby nie wiedzieć, co to jest.
Ostrożnie, jakby nagle kości jej ręki stały się kruche, Leila uniosła nadgarstek do ust i przemówiła do wszczepionego komunikatora:
— Kod niebo. Powtarzam, kod niebo. Wydostanie się replikatora w miejscu o następujących współrzędnych. Ochrona, nanozespół jeden…
Nie musiała wymieniać wszystkich, którzy powinni zostać powiadomieni. Ludzie zaczęli się wysypywać z budynków: niektórzy z twarzami pozbawionymi wyrazu, niektórzy z pięściami przyciśniętymi do ust, niektórzy biegli, jakby pośpiech mógł coś zmienić. Ludzie, pomyślała obojętnie Leila, wyrażają strach na dziwne sposoby.
— Doktor Kim?
Był to inżynier robotyk czwartego stopnia, ciemnoskóry Amerykanin w oliwkowym uniformie. Z obnażonymi zębami, nagle pobladłą twarzą.
— To jest to? Tutaj?
— To jest to — odparła Leila i natychmiast chciała się poprawić na „To są one”. Teraz, skoro plama była widoczna, musiały tam być miliardy replikatorów.
Pracowały zawzięcie; budowały same siebie z trawy, ziemi, porannej rosy i wszystkiego, co stanęło im na drodze; każdy powielał się co pięć minut, jeśli pracowały w trybie podstawowym. A dlaczego miałoby być inaczej? Nie budowały niczego użytecznego, w każdym razie nie teraz. Ktoś, kto zaprogramował replikatory Leili, ustawił je tak, by się po prostu powielały, pożerając wszystko, co stanie im na drodze w charakterze budulca, przekształcając asemblery w małe rozkładające maszynki zagłady.