KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody Erasta Fandorina #8
- Язык: польский
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:
Przeniosłem z niej wzrok na Fandorina i poczułem, że powinienem go o coś zapytać.
- Co to takiego uragirimono? - powtórzyłem zapamiętane dźwięczne słowo, które, jak sądziłem, przed chwilą zabrzmiało.
- Po japońsku oznacza „z-zdrajca” - odpowiedział spokojnie Erast Piotrowicz, nachylając się nade mną i z jakiegoś powodu odciągając palcami moje dolne powieki (co za bezceremonialność!). - Cieszę się, Ziukin, że żyjecie. Po takim uderzeniu mogliście się nigdy nie obudzić. Macie grube ścianki puszki mózgowej, nawet wstrząśnienia mózgu nie ma. Leżeliście bez czucia prawie czterdzieści godzin. Popróbujcie no usiąść.
Usiadłem bez specjalnego wysiłku i nagle się zawstydziłem, ponieważ zauważyłem, że mam na sobie tylko podkoszulek, a i ten rozpięty na piersi. Mademoiselle, spostrzegłszy moje zażenowanie, delikatnie odwróciła wzrok.
Fandorin podał mi szklankę wody i takim samym spokojnym głosem przekazał informacje, które już ostatecznie przywróciły mnie do rzeczywistości:
- Wy, Ziukin, mocno zaszkodziliście sprawie, powiadamiając Karnowicza o naszym planie. Wielce obiecująca nić została przerwana. Kikut nie żyje. Czterech z jego bandy, włączając w to ogłuszonego przeze mnie wartownika, wzięto żywcem, ale nie ma z tego żadnej korzyści. Jeden z nich był wykorzystywany d-do śledzenia Ermitażu. Drugi był woźnicą karety, której próbowaliście się uczepić. To on was uderzył batem, pamiętacie? Ale kto siedział w karecie, nie wie, nawet nie słyszał dziecięcego krzyku. Kikut polecił mu wejść na kozioł na Nikoło-Jamskiej, przejechać określoną trasą i potem zsiąść przy monasterze Andronikowa. A tam ustąpił miejsca drugiemu woźnicy, z wyglądu nie-Rosjaninowi. To wszystko. Kikut chociaż wiedział, gdzie jest melina Linda. A tak zostaliśmy z pustymi rękami. Tak więc gniew Masy można zrozumieć. Teraz, kiedy już wiadomo, że żyjecie i jesteście prawie nietknięci, mojego pomocnika wypuszczą wreszcie z aresztu. Przecież bez niego jestem jak bez rąk.
Dotknąłem czoła i namacałem wielkiego guza. Dobrze mi tak.
- I co, nie ma już zupełnie żadnych śladów? - Mój głos zadrżał, gdy uświadomiłem sobie wagę popełnionego błędu.
- Teraz cała nadzieja w m-mademoiselle Declique. Moja wyobraźnia, niestety, wyczerpała się. Pani, opowiedzcie Afanasijowi Stiepanowiczowi o waszej wczorajszej i dzisiejszej wyprawie.
- Co? Już zdążyliście od tej pory być u niego dwukrotnie? - zdziwiłem się i odwróciłem ku szaremu oknu. - Która teraz jest godzina?
- Tak, dzisiaj spotkanie było wcześnie hano - odpowiedziała mademoiselle. - Pozwolicie mi mówić po fhancusku? To będzie bahdziej szybko.
I, rzeczywiście, w ciągu pięciu minut zrelacjonowała mi wydarzenia, do których doszło podczas mojej wymuszonej nieobecności.
Wczoraj, w sobotę, znowu podali jej w cerkwi liścik. Kareta (nie ta co poprzedniego dnia, ale bardzo do niej podobna i także z zabitymi oknami) czekała w sąsiednim zaułku. Woźnica był ten sam - brodaty, milczący, w nisko opuszczonym kapeluszu. Po pięćdziesięciu czterech minutach (tym razem mademoiselle otrzymała od Fandorina zegarek z fosforyzującymi wskazówkami) znowu zawiązano jej oczy i sprowadzono do znanego podziemia. Na kilka chwil zdjęto jej przepaskę, żeby mogła spojrzeć na Michała Gieorgijewicza. Chłopczyk leżał z zamkniętymi oczyma, ale żył. Rozglądać się guwernantce zakazano, i zobaczyła jedynie nagą kamienną ścianę, słabo oświetloną świeczką, i kufer, który zastępował jego wysokości łóżko.
Dzisiaj rano wszystko się powtórzyło. Doktorowi Lindowi dostała się egreta z brylantów i szafirów. W ciągu tych kilku sekund, kiedy została bez opaski, mademoiselle zdążyła lepiej się przyjrzeć małemu jeńcowi. Był jak poprzednio nieprzytomny, mocno zmizerniał, lewą rękę miał zabandażowaną. Mademoiselle dotknęła jego czoła i wyczuła silną gorączkę.
W tym miejscu przerwała opowieść, lecz szybko znowu wzięła się w garść.
- Oby to jak najszybciej się skończyło! - powiedziała z zachwycającym opanowaniem. - Długo takiej egzystencji Michel nie zniesie. Jest silnym, zdrowym dzieckiem, ale wszystko ma swoje granice.
- Widzieliście Linda? Choćby kątem oka? - z nadzieją spytałem.
- Nie. Przepaskę zdejmowali mi na najwyżej dziesięć sekund i najsurowiej zabronili się odwracać. Tylko czułam, że za moimi plecami stoi kilku ludzi.
Boleśnie ścisnęło mnie w dołku.
- To znaczy, że poszukiwania nie posunęły się ani o krok?
Mademoiselle i Fandorin spojrzeli na siebie - jak mi się wydawało, z minami spiskowców - i poczułem ukłucie prawie fizycznego bólu: oni byli we dwoje, razem, a ja zostałem na boku, sam jeden.
- Coś niecoś jeszcze mamy - rzekł z zagadkową miną Fandorin i zniżywszy glos, jakby oznajmiał jakiś ważny sekret, dorzucił. - Nauczyłem Emilię słuchać skrzypienia kół.
W pierwszej chwili dotarło do mnie tylko jedno: on nazwał mademoiselle Declique po imieniu! Czyżby ich przyjaźń zaszła tak daleko? Dopiero potem spróbowałem pojąć znaczenie wypowiedzianych słów. Nie udało mi się.
- Skrzypienia kół?
- No tak. Każda oś, nawet idealnie wysmarowana, wydaje skrzyp, który, jeśli się p-przysłuchać, jest cyklicznym powtórzeniem jednego, tego samego zestawu dźwięków.
- No i co?
- Jeden cykl, Ziukin, to jeden obrót. Wystarczy policzyć, ile razy obróciło się koło, i dowiecie się, jaką odległość przejechała kareta. Koła w karetach typu faeton, w których lubują się p-porywacze, mają standardowy rozmiar - metr czterdzieści centymetrów średnicy. Zatem długość okręgu, zgodnie z prawami geometrii, wynosi cztery metry osiemdziesiąt centymetrów. Reszta jest już prosta. Mademoiselle liczy i zapamiętuje ilość obrotów od rogu do rogu. Zakręty łatwo można odczuć po nachyleniu pojazdu w prawo albo w lewo. Nie śledzimy karety, żeby nie wystraszyć przestępców, widzimy jednak, w jakim kierunku odwożą Emilię spod cerkwi. D-dalszy ciąg zależy od jej spostrzegawczości i pamięci. W taki sposób - kontynuował Fandorin głosem nauczyciela wyjaśniającego zadanie - jeśli znamy liczbę i kierunek zakrętów, a t-także odległość między nimi, możemy określić miejsce ukrycia chłopczyka.