Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]
- Автор: Снегов Сергей Александрович
- Серия: Ludzie jak bogowie #1
- Год: 1972
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Tadeusz Gosk
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]». Краткое содержание книги:
— Andre niczego nie powiedział, Pawle! Z rozkazu admirała wynika jasno, że do ostatniej chwili Niszczyciele obawiali się zwykłego zderzenia z nami, a nie anihilacji!
Romero długo patrzył na mnie bez słowa. Zauważyłem nagle, że zgarbił się i postarzał.
— Proszę mi wierzyć, że cieszę się wraz z panem powiedział zmęczonym głosem. — Chociaż, prawdę mówiąc, z czego tu się cieszyć?…
Nienawidziłem go, bo nie wierzył, że Andre mógł pozostać przy życiu i nie wydać naszych sekretów. Dla niego istniała tylko jedna możliwość: Andre dawno zginął.
15
Plejady zostały za nami.
To była bardzo smutna podróż.
Dzień za dniem i tydzień za tygodniem oblatywaliśmy kolejne układy gwiezdne. Na tych planetach, gdzie istniały warunki do powstania życia i gdzie jeszcze niedawno życie kwitło, teraz życia nie było.
Zjawiliśmy się w Plejadach zbyt późno.
Zdziwiłem się, kiedy WKA tłumacząc nazwę dziwnych istot używał infantylnego słowa „Zływrogi”. Teraz ze wzrastającą wściekłością przekonywałem się o precyzji przekładu. Tam, gdzie pojawiali się oni, zjawiało się zło. Nawet myśl o tym, że istnieją w tym samym świecie co my, budziła odrazę. Nie chodziło już o to, aby zatrzymać agresorów. Trzeba ich po prostu zniszczyć, znaleźć i unicestwić!
Dzień za dniem i tydzień za tygodniem w lornetach mnożników i na stereoekranach ukazywały się te same widoki: gęste chmury popiołu i pyłu kłębiące się nad planetami, lądy wymieszane z oceanami w jedną grząską masę…
Spróbowaliśmy wylądować na jednej ze zniszczonych planet. Było to w układzie Alcjony, wspaniałej, jasnej gwiazdy. W niedalekiej przeszłości z pewnością niczego tam nie brakowało, było pod dostatkiem światła i ciepła, wody i zieleni, powietrza, minerałów i strawy. W smutnej teraźniejszości był kurz, nic poza pyłem… Nad planetą kłębiły się czarne chmury delikatnej zawiesiny. Wpatrywaliśmy się w powierzchnię globu, domyślaliśmy się ruin miast pod górami popiołu. Po wylądowaniu omal nie utonęliśmy w pyle podobnym do sproszkowanego grafitu, który ciekł niczym woda. Musieliśmy wrócić.
Pewnego wieczoru w klubie pokładowym Wiera zapytała nas, co robić dalej. Wiemy teraz, że w Galaktyce buszują dziwne pół istoty, pół mechanizmy, tworzące wojowniczy naród o wysokiej kulturze technicznej — mówiła. Dotarliśmy do przestrzeni galaktycznych i przekonaliśmy się, że są opanowane przez piratów. Ale nie wszystko jeszcze jest jasne. Nie wiemy, gdzie oni mają swoją bazę. Po co dokonują swych niszczycielskich napadów? Gdzie mieszkają podobne do nas istoty? Widzieliśmy je w sennych majakach Aniołów, na obrazach Altairczyków i w rzeźbach mieszkańców Sigmy, ale nie widzieliśmy ich żywych. Może ten naród naszych potencjalnych przyjaciół już nie istnieje? Nie jest wykluczone, że staliśmy się świadkami ostatniej fazy kosmicznej wojny między Niszczycielami i pokojowo usposobionymi Niebianami, w której zginęli wszyscy przeciwnicy Zływrogów. To jeszcze należy wyjaśnić. Jednocześnie pora już wracać na Ziemię. Trzeba zapoznać całą ludzkość z zebranymi informacjami, aby jej decyzje były obiektywne.
Wiera zaproponowała podzielić flotyllę. Jeden gwiazdolot weźmie kurs na Ziemię, drugi zaś będzie kontynuował poszukiwanie gwiezdnych siedlisk wykrytych nieprzyjaciół i nieznanych sprzymierzeńców. W ciągu kilku miesięcy oddaliliśmy się od Słońca o pięćset lat świetlnych i wtargnęliśmy w Plejady. Kolejnym obiektem zwiadu powinno być chyba skupisko gwiezdne w Perseuszu, od którego dzieli nas cztery tysiące lat świetlnych. Wyprawa do tego roju potrwa co najmniej kilka lat, ale jest niezbędna. Dopóki nie dowiemy się, gdzie ukryła się flotylla wroga, nikt na Ziemi nie będzie mógł żyć w spokoju.
— Wracam na Ziemię — zakończyła Wiera. Wiecie, dlaczego: trzeba pokonać izolacjonistów.
— Jestem gotowa lecieć dalej — oświadczyła Olga. — „Pożeracz Przestrzeni” jest lepiej przystosowany do dalekich podróży niż „Sternik”. Weźmiemy część zapasów substancji aktywnej ze „Sternika”. Załogę skompletujemy z tych, którzy zgłoszą się na ochotnika.
Powiedziała to tak spokojnie, jakby chodziło o podróż z Ziemi na Syriusza lub Alfę Centauri. Inni nie spieszyli z odpowiedzią.
Myślałem o Ziemi i Orze, o gwiazdach rozsianych wokół nich. Nic mnie szczególnie nie ciągnęło na Ziemię, wabił mnie raczej Pluton, ale i bez Plutona mogłem żyć. Wprawdzie na dalekiej Wedze, pięknej, błękitnawobiałej Wedze, gdzie nigdy nie byłem i chyba nie będę, pozostało to, co choć trochę wiązało mnie z przeszłością. Ale cóż się zmieni, jeżeli zawrócę? Łączy mnie z Fiolą jedynie czcze pragnienie jedności. Nasza miłość nie ma sensu, jest przedwczesna, jak to uczucie określił Lusin. Natomiast tam, do dalekiego Perseusza, rwę się całą pasją swojej duszy, wszystkimi argumentami rozumu. Gdzieś tam jest mój przyjaciel, który wzywał mnie na pomoc w chwili niebezpieczeństwa. Może też uda mi się rozwikłać niektóre zagadki Zływrogów, bo gdzie szukać ich rozwiązania, jeśli nie wśród przeciwników?
— Lecę do Perseusza — powiedziałem.
Romero i Lusin postanowili wrócić na Ziemię. Zabierali ze sobą Truba.
Później nadszedł dzień rozstania. Pożegnanie było smutne. Wiera objęła mnie i ucałowała. Nie wiedziałem, czy ją kiedykolwiek jeszcze zobaczę. Przed nią nie musiałem ukrywać smutku.
— Wiero, w tak dalekiej podróży wszystko może się zdarzyć — powiedziałem. — Zapamiętaj moje ostatnie życzenie: Romera trzeba pokonać. Jeżeli ludzie nie przyjdą z pomocą Niebianom, będą niegodni siebie.
Patrzyła na mnie przez łzy.
— Ludzie pomogą wszystkiemu co dobre, rozumne i wymagające pomocy. Mogę cię o tym zapewnić.
Ostatni żegnali się ze mną Groman i Kamagin. Odważni kosmonauci, nasi przodkowie, byli również wzruszeni.
— Trzy lata temu, pięćset dwadzieścia lat planetarnych, rozstaliśmy się z Ziemią — powiedział Kamagin. Niewiele się przez ten czas zmieniliśmy, choć Ziemia i ludzie zmienili się nie do poznania. Z całego serca życzę wam w dalekiej podróży większego szczęścia, niż nam przypadło w udziale.
— A wam życzymy dobrego spotkania z Ziemią odparłem. — I dobrego nowego życia na naszej zielonej staruszce, na wiecznie młodej kolebce ludzkości!
— Masz tu podarunek na drogę = powiedział Allan i dał mi największy swój skarb, książki i czasopisma z dwudziestego wieku.
Siedzieliśmy wraz z Olgą w sali obserwacyjnej. Kontury „Sternika” szybko nikły na tle gwiazd i wkrótce nie można było go dostrzec gołym okiem, chociaż Allan włączył wszystkie reflektory statku.
— No i zostaliśmy sami — powiedziałem. — Jak długo potrwa ta samotność?
— Nie boję się samotności — odparła Olga. Mogę lecieć chociażby na tamten świat, ale nie wiem, gdzie tamten świat się znajduje.
Popatrzyłem na nią ze zdumieniem. Olga uśmiechała się do mnie. Poczułem się tak, jakbym zrobił coś złego i w zmieszaniu znów obróciłem się ku gwiazdom.
16
Zgodnie z programem opracowanym przez MUK mieliśmy do rojów gwiezdnych w Perseuszu lecieć ponad rok z szybkością równą pięciu tysiącom prędkości świetlnych. Podobnych szybkości nikt przed nami nie osiągał, ale Leonid i Osima byli pewni, że nam się to uda.
— Dotychczas Allan nas hamował — dowodził Leonid — bo jego statek jest znacznie wolniejszy.
Po wejściu w obszar nadświetlny Leonid dał upust swoim zamiłowaniom do pędu. Wszyscy wiedzą, że przestrzenie galaktyczne są puste. Co innego jednak wiedzieć, a co innego czuć. W czasie przelotu z Ziemi na Orę nie poczułem pustki, gdyż ciała niebieskie zbliżały się i oddalały, zmieniał się też kształt gwiazdozbiorów. Tchnienie ogromnej pustki dosięgło nas w locie do Plejad: mijał dzień za dniem, tydzień za tygodniem, pędziliśmy tysiąckrotnie szybciej od światła, a na zewnątrz statku wszystko pozostawało bez zmiany. Dopiero jednak po wyjściu z Plejad zrozumiałem, jak bezdennie pusty jest Wszechświat. Już po tygodniu wspaniała gromada gwiezdna przekształciła się w taki sam kłębuszek waty, na jaki wygląda z Ziemi.