Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]
- Автор: Снегов Сергей Александрович
- Серия: Ludzie jak bogowie #1
- Год: 1972
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Tadeusz Gosk
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]». Краткое содержание книги:
Gdybym potrafił oglądać te sceny wzrokiem postronnego, beznamiętnego obserwatora, mogłyby mi się one wydać nawet w jakimś stopniu zabawne. Błyskawicznie rosnące kule nagle odskoczyły. Generowana przez dwa gwiazdoloty przestrzeń utworzyła w kosmosie jamę, spowodowała nieciągłość w jego metryce i kule szamotały się na granicy nieoczekiwanie rozwartej przepaści, odlatując coraz dalej. Krążowniki nadal pędziły ku nam ze wszystkich kierunków gwiezdnej sfery i na wszystkich osiach gwiezdnych odległość między nami rosła. Teraz nawet najgłupsi z nich powinni się zorientować, że nie uciekamy, lecz po prostu nie pozwalamy zbliżyć się do siebie: gdybyśmy uciekali przed jednymi, musielibyśmy zbliżać się do innych.
Deszyfratory milczały. We wściekłym wirze rozrywanej przestrzeni zaplątywały się i rwały najpotężniejsze fale grawitacyjne.
Po odparciu pierwszego ataku krążowników i odrzuceniu ich tak daleko, że nawet nastawiony na maksymalne powiększenie mnożnik z trudnością je identyfikował, Leonid i Allan zatrzymali anihilatory bojowe, aby nie zużywać bez potrzeby zapasów substancji aktywnej.
Po pewnym czasie kule znów ukazały się w strefie widzialności, a deszyfrator wreszcie wychwycił grawigramy rozmów między statkami przeciwnika. Jeden z krążowników był, jak się okazało, okrętem flagowym. Zasypywano go pytaniami, a on wydawał rozkazy. Niszczycieli oszołomiła nasza umiejętność generowania przestrzeni i na razie nie potrafili znaleźć sposobów walki z tym zjawiskiem. Ich dowódca zamierzał teraz przebić się przez zwały pustki na szybkościach ponadświetlnych. Wiedziałem, że Leonid otrzymuje bezpośrednio wszystkie dane z maszyn, ale na wszelki wypadek powtórzyłem mu tę informację.
— Raz już próbowali się przebić na nadświetlnej i nic im nie wyszło — odparł Leonid. — Tym razem też nic nie wskórają.
Zbliżywszy się na wystarczający ich zdaniem dystans, kule jedna za drugą nurkowały w niewidzialność. Nie mogłem wyzbyć się poczucia bezsilności, kiedy utraciłem z oczu okręty wroga. Znów usiłowałem rozwiązać dręczącą mnie zagadkę. Wokół nas rozpościerały się miliardy kilometrów przestrzeni i w tej rozjarzonej gwiazdami pustce mknęło ku nam osiemnaście niewidzialnych, śmiercionośnych kul. Co się stanie, jeżeli Leonid i Allan pomylą się i szybkość zbliżania się przekroczy intensywność „puchnięcia” przestrzeni? Jeżeli wrogie okręty pożerające pustkę wezmą górę nad naszymi statkami, rozrzucającymi pustkę dokoła siebie? Odpowiedź może dać jedynie doświadczenie, lecz doświadczenie jest kijem o dwóch końcach. Jeśli zwróci się przeciwko nam, błędu już nie będzie można naprawić.
Kiedy mnożnik wykrył pojawienie się kul na granicy widzialności, kamień spadł mi z serca. Ale zbyt wcześnie triumfowałem. Niszczyciele okazali się inteligentniejsi, niż przypuszczałem. Znaleźli jedyny skuteczny sposób walki: narzucili nam wielokrotne starcia, jakich długo wytrzymać nie mogliśmy. Aparaty rozszyfrowały rozkaz statku flagowego: „Atakować na zwykłych szybkościach, dopóki nie wyczerpie się ich możliwość wytwarzania przestrzeni”. Doskonale zrozumieli, że generacja przestrzeni odbywa się kosztem zapasów uprzednio zgromadzonej materii, a zapasy muszą się w końcu wyczerpać. Nie wiedzieli jednak, jak wkrótce tego dowiódł przebieg wydarzeń, że potrafimy włączać do reakcji niszczenia masy także ciała znajdujące się na zewnątrz statku, w tym również ich okręty.
I tak powtarzało się kilkakrotnie: odrzucaliśmy ich wytwarzając przestrzeń, oni zaś nurkowali w niewidzialność i przebijali się na szybkościach nadświetlnych. Ich ataki stawały się coraz niebezpieczniejsze. Teraz hamowali tak blisko, że jedynie użycie pełnej mocy wszystkich anihilatorów ratowało nas przed grawitacyjną salwą. Wrogowie nie wątpili, że w końcu „wezmą nas na muszkę”.
Leonid poprosił wszystkich członków załogi obu gwiazdolotów, aby zgłaszali swoje propozycje za pośrednictwem MUK.
— Mamy dwie możliwości wyjścia z walki. Pierwsza: przebić się z okrężenia i pozostawiając Plejady wrogowi uciekać w kierunku Słońca. Nie mogę gwarantować, że wyrwiemy się bez unicestwiającego starcia. Możliwe też, iż wróg będzie nas ścigał i narzuci decydującą walkę. Druga: przejść z obrony do natarcia. Jestem pewien, że uda się zanihilować kilka krążowników wroga. Wiem, że na jednym z nich może znajdować się nasz porwany towarzysz, ale mimo to sądzę, że należy atakować.
Każdy z nas myślał w owej groźnej chwili o Andre.
Nie spieszyliśmy się z podjęciem decyzji. Mieliśmy do spełnienia ważny obowiązek: musieliśmy wrócić na Ziemię i opowiedzieć o tym, co odkryliśmy w dalekich rejonach Galaktyki. Ale nie chcieliśmy również uchylać się od odpowiedzialności za śmierć naszego przyjaciela, któremu przydarzyło się nieszczęście, po prostu nie mogliśmy się od niej uchylać! Wiedzieliśmy, jaką należy podjąć decyzję, ale nikt nie spieszył się z jej wypowiedzeniem.
Później MUK zakomunikował, że nie ma przeciwnych ani wstrzymujących się. Trzeba przyjąć bój, który nam narzucono.
I znów, już po raz ostatni, na wszystkich osiach gwiezdnej sfery pojawiło się osiemnaście rozpędzonych kul. Krążowniki przeciwnika zorientowały się, że jesteśmy gotowi przyjąć walkę, zaczęły więc wyhamowywać i ustawiać się w szyku sferycznym, którego centrum stanowiły nasze dwa statki. Po chwili okręty Zływrogów wyrównały swoje wzajemne szybkości tak, aby znaleźć się jednocześnie w naszym pobliżu. Złowieszczy blask eskadry napastników gasił światło otaczających nas gwiazd. Od salwy wszystkich dział grawitacyjnych Niszczycieli dzieliły nas minuty. Wszystko teraz zależało od tego, kto pierwszy zdoła zadać cios.
Kiedy osiemnaście statków wroga, nie osiągnąwszy jeszcze sfery własnego skutecznego ognia, znalazło się w zasięgu naszego działania, Allan i Leonid równocześnie uruchomili anihilatory trakcyjne unicestwiające przestrzeń. Wrogowi mogło się wydawać, że my sami zaczęliśmy się gwałtownie zbliżać. Ale Niszczyciele nie dali się oszukać, spostrzegli bowiem, że odległość między nimi a nami maleje we wszystkich kierunkach. Ogarnęła ich panika. Cztery z osiemnastu krążowników wroga, zagarnięte stożkami znikającej przestrzeni, gwałtownie oderwały się od swoich. Rozszyfrowaliśmy ich rozpaczliwe depesze: „Pomóżcie, straciliśmy sterowność!” i paniczne rozkazy flagowca: „Dajcie całą wstecz i bijcie z dział grawitacyjnych, bo zderzycie się z nimi!” Roześmiałem się triumfalnie: wrogowie nawet w ostatniej chwili swego życia nie domyślali się, jaki los ich czeka.
Ani Allan, ani Leonid nie czekali na przedśmiertną salwę ginących piratów. To, co zobaczyliśmy i co niewątpliwie ujrzeli pozostali przy życiu wrogowie, było wspaniałe. Teraz Zływrogi poznały całą moc ludzkiej potęgi. Na gwiaździstym niebie oślepiająco zapłonęły cztery purpurowe słońca, które natychmiast zgasły tworząc mgliste obłoki. Pyłowe chmury wirowały, rozpraszały się i nikły — wszechświatowa pustka wzbogaciła się o cztery nowe otchłanie. Złowieszcze krążowniki stały się kilometrami, nie gazem, nie molekułami, nie atomami nawet, lecz milionami kilometrów bezcielesnej przestrzeni, milionami kilometrów pustego „nic”!
Pozostałe okręty wroga rzuciły się do ucieczki. Leonid próbował je gonić, lecz kule przeszły w obszar nadświetlny. Zdołaliśmy jednak przedtem odebrać rozkaz nadany z pokładu flagowca Niszczycieli: „Natychmiast opuścić gromadę gwiezdną! Wszystkie okręty opuszczają gromadę gwiezdną!”
Pobiegłem do Romera. Musiałem mu rzucić moją radość w twarz jak gryzący wyrzut.