KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody Erasta Fandorina #8
- Язык: польский
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:
Ta uwaga, choć wyszła z ust skończonego łajdaka, poraziła mnie trafnością psychologiczną. Rzeczywiście, im mniej człowiek podnosi głos, tym bardziej go słuchają i lepiej słyszą. Na przykład nieboszczyk najjaśniejszy pan nigdy nie krzyczał. I oberprokurator Synodu, wszechmocny Konstanty Piotrowicz, też cichutko szemrze. Zresztą, by nie szukać daleko - Fandorin, człowiek cichy, ale jak zacznie mówić, najjaśniejsze osoby uważnie go słuchają...
- Też mi szyszka! A ty gdzie się z nim spotykałeś?
Fandorin nieco się uniósł, ja także wstrzymałem oddech. Powie czy nie?
W tym samym momencie rozległ się ogłuszający huk, powtórzony artyleryjskim echem u sklepienia powały, i z kamiennego sufitu wprost na stół posypał się pył.
- Nie ruszać się z miejsc, łajdaki! - dał się słyszeć wrzask, wielokrotnie wzmocniony przez pogłos. - Jestem pułkownik Karnowicz. Wszystkich was mamy na muszce. Następna kula temu, kto choćby drgnie.
- Mmmm - usłyszałem cierpiętniczy jęk Fandorina.
Pułkownik rzeczywiście pojawił się całkiem nie w porę, ale z drugiej strony aresztowanie całej szajki i samego Kikuta powinno naprowadzić śledztwo na właściwy trop, wiodący do Linda. Ach, ten Karnowicz, jak on zgrabnie udawał, że uzyskane ode mnie informacje wcale go nie interesują!
Wszyscy bandyci się odwrócili, ale nie zdążyłem się im nawet przyjrzeć, ponieważ Kikut krzyknął: „Światła gaś!” - i rozbiegli się, przewracając kozły z pochodniami.
W piwnicy zapanowała ciemność, ale nie na długo. Po chwili przecięły je długie języki ognia, a hałas tak się wzmógł, że aż bolały uszy.
Fandorin pociągnął mnie za rękę i obaj upadliśmy na podłogę.
- Leżcie spokojnie, Ziukin! - krzyknął. - Teraz już nic nie można zrobić.
Wydawało się, że strzelanina bardzo długo nie cichła, zagłuszana od czasu do czasu krzykami bólu i gromowładnymi komendami Karnowicza:
- Korniejew, ty gdzie?! Dawaj swoich na prawo! Miller, dziesięciu ludzi na lewo! Latarnie, latarnie tutaj!
Po piwnicy zaczęły się prześlizgiwać snopy światła - po beczkach, przewróconym stole, dwóch nieruchomych ciałach na podłodze. Palba ucichła tak samo nagle, jak się zaczęła.
- Wychodzić z podniesionymi rękoma! - krzyknął Karnowicz. - I tak nigdzie nie uciekniecie. Dom jest otoczony. Kikut pierwszy!
- Masz Kikuta!
Z odległego kąta znowu buchnął język płomienia i wszystkie światła skierowały się w to miejsce. Zobaczyłem przewróconą beczkę, a nad nią zarys głowy i ramion.
- Zabiją g-go bałwany - wycedził ze złością Fandorin.
Gruchnęła ogłuszająca salwa i z beczki poleciały szczapy, potem znowu i znowu. Z kąta nikt się już nie ostrzeliwał.
- Poddajemy się! - ktoś krzyknął z ciemności. - Naczelniku, nie strzelaj!
Jeden po drugim, wysoko podnosząc ręce, na otwartą przestrzeń wyszli trzej mężczyźni. Dwaj z nich ledwie trzymali się na nogach. Kikuta wśród nich nie było.
Erast Piotrowicz wstał i wyszedł z ukrycia. Ja z Masą poszliśmy za nim.
- Dobry wieczór - ironicznie powitał Fandorina pułkownik, otoczony rosłymi zuchami w cywilnej odzieży. - Jakie nieoczekiwane spotkanie!
Nawet nie spojrzawszy na naczelnika pałacowej policji, Erast Piotrowicz skierował się do przewróconej beczki, zza której wysuwała się ręka, przykucnął i natychmiast się wyprostował.
W piwnicy, nie wiadomo skąd, zjawiło się mnóstwo ludzi. Jedni zakładali kajdanki bandytom, którzy się poddali, inni lustrowali przejścia między beczkami, jeszcze inni szukali czegoś na podłodze. Wszędzie pełzały światła latarek elektrycznych. Powietrze cierpko pachniało spalenizną i prochem. Mimowolnie spojrzałem na zegarek. Była za siedem dwunasta, a to oznaczało, że odkąd weszliśmy do piwnicy, minęło tylko szesnaście minut.
- Wszystko zepsuliście, Karnowicz - rzekł Fandorin, stając przed pułkownikiem. - Kikut naszpikowany k-kulami, a on jeden wiedział, gdzie szukać Linda. Skąd, u diabła, się tutaj wzięliście?! Szpiegowaliście mnie?
Karnowicz miał zawiedzioną minę. Spojrzał krzywo w moją stronę, nic nie powiedział, ale Fandorin i tak zrozumiał.
- To wy, Ziukin? - rzekł cicho, patrząc na mnie, i pokiwał głową. - Jak głupio...
- Kare da! - piskliwie wykrzyknął pan Masa, który stał w pewnej odległości ode mnie. - Uragirimono!
Niczym we śnie, ujrzałem, jak bierze rozbieg, wyskakuje wysoko i wyrzuca do przodu nogę.
Widać mój wzrok pracował znacznie szybciej niż myśl, ponieważ zdążyłem dobrze się przyjrzeć bucikowi Japończyka (malutkiemu, z żółtego juchtu, ze zdeptaną zelówką), błyskawicznie zbliżającemu się do mojego czoła.
I wtedy dziesiąty maja dla mnie się zakończył.
11 maja
Soboty jakby nie było, ponieważ noc, dzień i jeszcze jedną noc przeleżałem nieprzytomny.
12 maja
Ocknąłem się od razu, bez błąkania się między snem a jawą - to jest tak, jak się wraca ze zwykłego snu. Dopiero co widziałem oświetlone pełzającymi światłami podziemie i sunący w powietrzu żółty bucik, a potem z jakiegoś powodu zamknąłem oczy i otworzyłem je już w zupełnie innym miejscu: światło dnia, biały sufit, z boku, na skraju pola widzenia, dwie twarze - mademoiselle Declique i pana Fandorina. W pierwszej chwili nie przydałem temu zjawisku żadnego znaczenia, po prostu stwierdziłem: siedzą, patrzą na mnie z góry, a ja leżę w łóżku. I dopiero później odczułem dziwną martwotę całego ciała, usłyszałem jednostajny szum deszczu za oknem i otrząsnąłem się: dlaczego oni dotykają się ramionami?
- Grace a Dieu - rzekła mademoiselle. - Il a retrouve sa conscience. Vous aviez raison*. [Dzięki Bogu. Odzyskał przytomność. Miał pan rację (fr.).]