KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody Erasta Fandorina #8
- Язык: польский
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:
- Postąpiłam, jak kazali. Koło cerkwi postałam z dziesięć minut. Potem jakiś wysoki, barczysty mężczyzna z czarną brodą, w opuszczonym na oczy kapeluszu, przechodząc obok, potrącił mnie ramieniem, a kiedy się obejrzałam, dyskretnie mi pokazał, że mam iść za nim. Poszliśmy w górę zaułkiem. Tam stała kareta, ale nie ta co wczoraj, chociaż też czarna i ze szczelnie zasuniętymi storami. Mężczyzna otworzył drzwi i podsadził mnie, równocześnie dotykając rękoma mojej sukni, pewnie szukał broni. - Wzdrygnęła się ze wstrętem. - Powiedziałam do niego: „Gdzie chłopczyk? Nigdzie nie pojadę, dopóki go nie zobaczę”. Ale on jakby nie słyszał. Popchnął mnie i zamknął drzwiczki od zewnątrz, a sam - pojęłam to, gdy przechyliła się kareta - wszedł na kozioł i ruszyliśmy. Odkryłam, że okna są nie tylko zasłonięte, ale jeszcze od środka zabite deseczkami, tak że nie pozostała nawet szczelinka. Długo jechaliśmy. W ciemności nie mogłam patrzeć na zegarek, ale myślę, że minęło ponad godzinę. Potem kareta się zatrzymała. Woźnica wszedł do środka, zamknął za sobą drzwi i zawiązał mi oczy gęstą tkaniną. „Nie trzeba, ja nie będę podpathywać”, powiedziałam do niego po rosyjsku, ale on znowu zignorował moje słowa. Pochwycił mnie w talii i postawił na ziemi, a dalej poprowadził mnie za rękę, niezbyt daleko - tylko osiem kroków. Skrzypnęły zardzewiałe zawiasy i poczułam zimno, jakbym weszła do domu o grubych kamiennych ścianach.
- Teraz możliwie najbardziej szczegółowo - polecił surowo Karnowicz.
- Tak, tak. Zmusili mnie, żebym zeszła po stromych, choć niewysokich schodach. Naliczyłam dwanaście stopni. Na dole stało kilku ludzi, sami mężczyźni - czułam zapach tytoniu, skórzanych butów i męskich perfum. Angielskich. Nie pamiętam, jak się nazywają, ale o to można spytać lorda Banville’a i mister Carra, używają dokładnie takich samych.
- „Hrabia Essex” - rzekł Fandorin. - Najmodniejszy zapach sezonu.
- Mademoiselle, widziała pani Mikę? - spytał zdenerwowany Paweł Gieorgijewicz.
- Nie, wasza wysokość.
- Co takiego?! - wykrzyknął Gieorgij Aleksandrowicz. - Nie pokazali pani mojego syna, a pani i tak im oddała brylantowy bukiet?!
Ten wyrzut wydał mi się jawną niesprawiedliwością. Jakby mademoiselle mogła walczyć z całą szajką zabójców! Zresztą można też zrozumieć uczucia ojcowskie.
- Nie widziałam Michela, ale go słyszałam - powiedziała cicho mademoiselle. - Słyszałam jego głos. Chłopczyk był gdzieś blisko. Spał i bredził przez sen, ciągle powtarzał: „Laissez-moi, laissez-moi* [Zostawcie mnie, zostawcie mnie (fr.).], ja już więcej nie będę...”
Szybko wyjęła chusteczkę i wytarła głośno nos, przy czym ta nieskomplikowana czynność zajęła jej bardzo dużo czasu. Pokój zaczął mi się rozpływać przed oczyma i nie od razu skojarzyłem, że to przez łzy.
- Oto i wszystko - głuchym, jakby przeziębionym głosem kontynuowała mademoiselle. - Ponieważ był to z pewnością Michel, uznałam warunek za wypełniony i oddałam torebkę. Jeden z mężczyzn powiedział mi głośnym szeptem: „Jego nie bolało. Palec odcięto po zastrzyku z opium. Jeśli gra będzie uczciwa, takie skrajności już się nie powtórzą... Jutro bądźcie w tym samym miejscu o tej samej porze. Przynieście brylantową agrafę cesarzowej Anny. Powtórzcie”. Powtórzyłam: „Brylantowa agrafa cesarzowej Anny”. To już wszystko. Potem znowu odprowadzili mnie do karety, wieźli długo i wysadzili przy jakimś moście. Wzięłam fiakra, dojechałam do świątyni Chrystusa, a tam na mnie czekała kolasa.
- Już wszystko nam pani powiedziała? - spytał po pauzie Gieorgij Aleksandrowicz. - Może są jeszcze jakieś drobiazgi? Niech pani pomyśli.
- Nie, wasza wysokość... Może jedynie... - Mademoiselle zmarszczyła czoło. - Michel nigdy wcześniej nie mówił we śnie. Podejrzewam, że wczoraj dostał bardzo silną dawkę opium i dotąd nie doszedł do siebie.
Paweł Gieorgijewicz jęknął, a moje pięści zacisnęły się bezwiednie. Trzeba jak najszybciej oswobodzić Michała Gieorgijewicza, dopóki ten diabelski Lind do końca nie zniszczy jego zdrowia.
- Agrafa Anny! Ten łajdak ma wyszukany smak. A co o tym wszystkim sądzi przenikliwy pan Fandorin? - rzekł Symeon
Aleksandrowicz sarkastycznym tonem, po raz pierwszy, odkąd pamiętam, zwracając się bezpośrednio do dymisjonowanego urzędnika do specjalnych poruczeń.
- Swoje rozważania będę gotowy z-zaprezentować po jutrzejszej eskapadzie panny Declique - odpowiedział Erast Piotrowicz, nawet nie odwracając głowy w stronę jego wysokości. I półgłosem, jakby sam do siebie, dorzucił: - Szeptem? To ciekawe... Proszę wasze wysokości o zgodę na odejście. - Szczęknął wieczkiem, bregueta. - Już dziewiąta, a ja mam dziś wieczorem jeszcze pewne ważne sprawy.
Tak, tak - przypomniałem sobie. Zlot szajki jednorękiego.
Udając, że wynoszę przepełnioną popielniczkę, dogoniłem Erasta Piotrowicza w korytarzu.
- Panie Fandorin - poprosiłem, zmuszając się do uniżonego uśmiechu. - Weźcie mnie ze sobą. Nie będę wam przeszkodą, a może nawet się przydam.
Chociaż ten chłystek był mi bardziej niż wstrętny, teraz takie drobiazgi nie miały żadnego znaczenia. Wiedziałem, że nocą i tak nie zasnę - wciąż tylko będę słyszał żałosny głosik majaczącego w malignie Michała Gieorgijewicza. Bardzo możliwe, że Karnowicz ma rację i plan Fandorina jest kompletną bzdurą, ale lepsze to niż bezczynność.
Erast Piotrowicz badawczo popatrzył mi w oczy.
- No cóż, Ziukin. Już wczoraj przekonałem się, że nie jesteście tchórzem. Jeśli chcecie, chodźcie z nami. Mam nadzieję, że zdajecie sobie sprawę, w jak niebezpieczną sytuację się pakujecie?
* * *
Zostałem z Japończykiem za zakrętem, naprzód poszedł sam Fandorin.
Ostrożnie wysunąłem się zza rogu, patrząc, jak Erast Piotrowicz, znowu przebrany za fartownego, idzie sprężystym krokiem środkiem jezdni. Na niebie świecił ostry i krzywy jak turecki jatagan miesiąc i nocną chitrowską ulicę widać było tak wyraźnie, jakby paliły się latarnie.
Fandorin zszedł do piwnicznych wrót i dosłyszałem, jak zapytał:
- Koda, to ty?
Odpowiedzi nie było słychać.
- Stryj, z warszawskich rysaków - odrzekł wesoło Erast Piotrowicz, zbliżając się do niewidocznego dla mnie wartownika. - My z Kodą kumim od dawna. Są wasi wszyscy? I Kikut się przytaskał?... Znam, znam hasło, znam. Zaraz...