KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody Erasta Fandorina #8
- Язык: польский
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:
Usłyszałem tępy dźwięk, jakby ktoś z rozmachem rozłupał polano, i Masa popchnął mnie: już czas.
Szybko pokonaliśmy otwartą przestrzeń i zbiegliśmy na dół. Fandorin, zgięty wpół, przyglądał się wyciętym we wrotach drzwiom. Obok, tuląc się do ściany, siedział chłopak z rozwichrzoną czupryną, wywróconymi oczyma i rozwartymi w grymasie ustami. Wyglądał jak wyjęta z wody ryba.
- Cwane d-drzwi - powiedział z troską Erast Piotrowicz. - Widzicie drut? Jak w dobrym sklepie - kiedy wchodzisz, dźwięczy dzwoneczek. A my przecież jesteśmy skromnymi ludźmi, prawda? I my ten drucik, o, tak, nożykiem. Po co innym w rozmowie przeszkadzać? Tym bardziej że pan Kikut już przybył albo, jak zwykł mówić tutejszy beau mond, „przytaskał się”.
Nie mogłem zrozumieć, dlaczego Fandorin jest taki rozradowany. Mnie z nerwów (mam nadzieję, że to było tylko zdenerwowanie, nie strach) szczękały zęby, a on niemal ręce zacierał i w ogóle zachowywał się tak, jakbyśmy szli na jakiś wesoły, choć nie w pełni stosowny wieczorek. Pamiętam, że podobnie cieszył się Endlung, kiedy zabierał Pawła Gieorgijewicza w jakieś nieprzyzwoite miejsce. Słyszałem, że jest taki typ ludzi, dla których niebezpieczeństwo to coś w rodzaju wina dla pijaka albo narkotyku dla opiumisty. Widać do tego gatunku zaliczał się były radca stanu. W każdym razie wyjaśniałoby to wiele jego postępków.
Fandorin cicho pchnął drzwi, które otworzyły się bez skrzypienia - najpewniej zawiasy były dobrze nasmarowane.
Zobaczyłem strome zejście, oświecone odblaskami płomieni. Gdzieś w dole palono ognisko albo pochodnie.
Pokonaliśmy odcinek długości około dwudziestu kroków, gdy idący z przodu Fandorin podniósł rękę. Słychać było głuche, odbite przez kamienne ściany głosy. Moje oczy już trochę przywykły do półmroku i zobaczyłem, że zejście jest zatarasowane dwoma stertami starych dębowych beczek, przegniłych od wilgoci i upływu czasu.
Erast Piotrowicz nagle schylił się i wślizgnął w szparę między beczkami. Poszliśmy jego śladem.
Okazało się, że ogromne drewniane kufy nie przylegają do siebie dokładnie i szczeliny tworzą coś w rodzaju labiryntu. Bezszelestnie skradaliśmy się tą krętą drogą, orientując się po odbłyskach na suficie i dźwięku głosów, które stawały się coraz wyraźniejsze, tak że wkrótce zacząłem rozróżniać poszczególne słowa, chociaż nie zawsze mogłem pojąć ich znaczenie.
- ...jutro... kiedy gwizdnę, wtedy i ty...
Erast Piotrowicz skręcił w wąskie przejście i zamarł. Wysunąwszy głowę zza jego ramienia, zobaczyłem złowrogą scenę.
Pośrodku otwartej wielkiej przestrzeni, ze wszystkich stron otoczonej rzędami ciemnych beczek, stał stół z desek. Wokół niego ustawiono kilka żelaznych trójnogów z wetkniętymi pochodniami. Ogień migotał i potrzaskiwał, ku sklepieniu unosiły się smugi dymu.
Za stołem siedziało sześciu mężczyzn: jeden u szczytu, pięciu po bokach. Prowodyra mogłem obejrzeć lepiej niż pozostałych, ponieważ był zwrócony w naszą stronę. Miał ordynarną twarz z wysuniętym czołem, ostre zmarszczki przy ustach, szeroką szczękę. Ale moją uwagę przyciągnęła prawa ręka bandyty, leżąca na stole, zakończona nie dłonią, tylko trójzębnym widelcem!
Kikut - bo był to bez wątpienia on - wetknął ową niewiarygodną rękę w stojący przed nim talerz, nadział kawałek mięsa i włożył go do ust.
- Nikt nie narzeka - powiedział jeden z odwróconych do nas plecami. - To bez sensu. Czy nie mamy własnego rozumu? Powiedz cokolwiek... co to za robota? Czemu tutaj siedzimy? Po co tracimy czas? Tylko portki przecieramy. Wina nie pij, w karcioszki nie graj. Zgłupieć można.
Pozostali zaszumieli, zahuczeli, jawnie wyrażając poparcie dla mówiącego.
Kikut spokojnie przeżuwał, spoglądając na nich głęboko osadzonymi, tonącymi w cieniu oczami - widać było jedynie migoczące iskierki. Dał się towarzyszom wyszumieć, a potem nagle, z rozmachu, uderzył widelcem w talerz. Rozległ się trzask i krzepkie gliniane nakrycie rozpadło się na połowę. Od razu ucichli.
- Ja ci dam wino i karcioszki - wyrzekł cicho prowodyr i wypluł na bok nieprzeżuty kawałek mięsa. - Taki skok raz w życiu się zdarza, a i to nie każdemu. Zawierzył nam wielki człowiek. I jeśli znajdzie się taka gnida, która mi gliny podsoli, to tym widelcem flaki jej wyciągnę i zeżreć zmuszę.
Po zastygłych twarzach zbójców poznałem, że dopiero co wypowiedziane słowa - to nie metafora, lecz realna groźba. Po moim ciele przeszedł dreszcz.
- Ty, Kikut, nie strasz - powiedział znowu ten sam, widać najśmielszy z szajki. - Tylko z głową rozrysuj. Co ty, za kundli nas trzymasz? Sterczeliśmy parę razy na świecy, popaśliśmy kilku baranów. To były skoki? My wilki, a nie jakieś psy.
- Nie wasz problem - uciął szef. - Będziecie ćwierkać, jak każę. - Pochylił się w przód. - To, Topór, taka sprawa, że im mniej będziecie wiedzieć, tym lepiej się wyśpicie. A po co was wezwałem na skok, jeszcze zdążę wyjaśnić. Zrobimy, co do nas należy, i chodu.
- Z Chitrowki? - spytał ktoś. - Czy z miasta?
- Dureń! Z Rusi - rzucił ciężko Kikut. - Za taki skok gliny nas na paseczki potną.
- Jak to z Rusi?! - wykrzyknął ten, którego nazywali Toporem. - A gdzie mamy żyć, co? W Turcji czy gdzie? Ja po ichniemu nie gadam.
Kikut wyszczerzył szczerbate usta.
- Nie ma zmartwienia, Toporek. Będziesz mieć taki szmal, że bisurmany same po twojemu się nauczą. Pamiętajcie, wiara, Kikut słów nie rzuca na wiatr. Tego, czym się obłowimy, każdemu do grobu starczy.
- A nie zrobi nas w konia ten twój wielki człowiek? - spytał z powątpiewaniem wciąż ten sam sceptyk.
- On nie z takich. Najuczciwszy szef na świecie. Nasz Król przeciw niemu trzyma.
- A jaki to człowiek? Orzeł?
Zauważyłem, że Fandorin w napięciu czeka na odpowiedź atamana.
Kikut wyraźnie był stropiony tym pytaniem. Podłubał widelcem w zębach, jakby się wahając - mówić czy nie. Jednak się zdecydował.
- Pleść nie będę. Nie wiem. To taki gość, że oko w oko się z nim nie spotkacie. Przywiózł ze sobą swoich fartownych - to są i orły, gdzie wam do nich... On po naszemu w ogóle nie mówi. Widziałem go jeden jedyny raz. W piwnicy podobnej do tej, tylko mniejszej i bez światła. Mówię wam, człowiek poważny, nie gada trzy po trzy. Siedzi w ciemności, wcale go nie widać. Szepnie tłumaczowi, a ten po naszemu przekazuje. To nasz Król wrzeszczy, gardło zdziera... A tu Europa. Szept silniejszy od krzyku.