Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
1 ... 47 48 49 50 51 52 53 54 55 ... 123
Перейти на страницу:

Dmący w trąbity wzięli drugi oddech i w grzbiet Starego Wołu uderzyła kolejna fala dźwięku. Porucznik przycisnął mocniej łoże do policzka. No dalej, prosił w myślach. Rusz się sukinsynu. Nacisnął spust. Bełt trafił najbliższego kuca w pierś, zwierzę kwiknęło, potknęło się i upadło, jakby ktoś podciął mu przednie nogi. Przetoczyło się przez grzbiet, przygniatając jeźdźca i, co było niemal niemożliwe, zaraz wstało. Bandyta wysadzony z siodła leżał nieruchomo, a kuc uniósł łeb w górę i wydał z siebie najbardziej przejmujące, pełne bólu i skargi rżenie, jakie Kenneth w życiu słyszał. I być może to ten dźwięk wreszcie poruszył Starego Wołu.

Nagle w ziemię uderzyła stopa olbrzyma. Tak to wszyscy odczuli, potężny wstrząs, a po nim zapadła chwila ciszy, aż świdrowało w uszach. Cwałujące kuce zatrzymały się niemal w miejscu, po czym zaczęły szaleć, wierzgając i próbując gryźć własnych jeźdźców. Psy przypadły do ziemi, chowając pod siebie ogony. Dźwięk trąbit urwał się w połowie. Był już niepotrzebny.

Wół się zatrząsł.

Wysoko, niemal pod samym szczytem, po białej pokrywie przebiegła ciemna linia, szczelina, poszerzająca się z każdym uderzeniem serca. Towarzyszył temu dźwięk, jakby darto olbrzymią płachtę płótna. I nagle, pomiędzy jednym a drugim mgnieniem oka, cała wielka, gładka do tej pory połać śniegu zmarszczyła się, zafalowała i runęła. Nie pędziła równo, pojawiały się na niej fale, guzy, wybrzuszenia, w górę i na boki tryskały fontanny śniegu i lodu, gdzieś zaczerniał jakiś porwany przez niepowstrzymaną moc głaz. Śnieżny potwór parł w dół, złakniony ofiar.

Ci na drodze nie mieli najmniejszych szans, nawet gdyby byli konno, nawet gdyby w chwili runięcia lawiny już cwałowali w stronę zbawczego wyjścia, dosiadając najszybszych koni ze stajni samego cesarza. W chwili gdy osiągnęło poziom traktu, czoło lawiny miało około piętnastu stóp wysokości i pędziło z prędkością wystrzelonej strzały. Droga biegła wąską rynną pomiędzy dwoma wznoszącymi się w górę zboczami i rynna ta podziałała jak zwężenie na rzece, nadając pędzącej masie śniegu kierunek i zwiększając prędkość. Porzucone wozy zostały porwane, jakby były dziecięcymi zabawkami i wciąż nabierająca pędu bestia runęła na uciekających. Wszystko przy wtórze ryku rozgniewanego bóstwa. Maleńkie figurki, rozpaczliwie biegnące przed siebie lub próbujące w ostatniej chwili uciec w bok, były po prostu pochłaniane, by na mgnienie oka pojawić się wśród śnieżnej kipieli, a potem zniknąć już na zawsze. To było tak, jakby któryś z Nieśmiertelnych, sama Anday’ya, Pani Lodu, wyciągnęła rękę i starła w pył wszystko, co znalazło się na jej drodze. Trzystu ludzi w mniej niż trzydzieści uderzeń serca. Gdy lawina wyrwała się z przełęczy, rzygnęła śnieżnym tumanem przed siebie i było po wszystkim. Nikt nie przeżył.

Cisza zapadła tak nagle, że Kenneth miał wrażenie, iż stracił słuch. Zadziałał kierowany odruchami, wieloletnim szkoleniem. Oparł kuszę o ziemię, pochylił, napiął, założył bełt. Jego ludzie robili to samo. Nikt nie zapomniał o konnych, którym udało się uciec z drogi białej śmierci. Pierwsza salwa położyła dziesięciu, spanikowane kuce i trudny teren wyeliminowały jeszcze kilku. Ostatni tuzin właśnie dochodził do siebie, przełamywał grozę, paraliżującą członki i odbierającą zdolność myślenia. Porucznik spojrzał na najbliższego z nich i wiedział, że nie będzie mowy o braniu jeńców. To dobrze. Odszukał wzrokiem tego w zielonym płaszczu. Nawer wciąż miał coś, co nie należało do niego.

—— • ——

Pułkownik Akeres Gewanr rozparł się na krześle i zabębnił palcami o blat biurka. Przed sobą miał dwa dokumenty, raport, złożony na piśmie przez dowódcę Szóstej Kompanii, i prośbę tego samego oficera skierowaną do niego, jako bezpośredniego przełożonego. Raport... Cholera. „Usiłowano nas sprowokować...” „rozkaz wydany przez dyplomatę pierwszego stopnia...”, „płaszcz z numerem kompanii...”. To było nic, bo potem stało jak byk „... Szybkim, nocnym marszem udaliśmy się na przełęcz, zwaną Żałobnym Przejściem...”, w kwadrans po wschodzie słońca, graniem na trąbitach...”, „... resztki bandy próbowały uciec...”, wszyscy zginęli...”, „... bez strat własnych”. I podpis. Wszystko na jednej karcie, zapełnionej równym, schludnym pismem. Gewanr podniósł wzrok na wyprężonego jak struna porucznika, regulaminowo usiłującego wywiercić wzrokiem dziurę w ścianie, gdzieś na lewo od jego głowy.

– Nawer Ta’Klaw? – rzucił cicho.

– Trafiony z kuszy i dobity mieczem.

– Siostrzeniec Syna Topora? Władcy Wynde’kann?

– Ten sam.

Pułkownik wziął głęboki oddech, wstrzymał powietrze i powoli je wypuścił.

– Poruczniku lyw-Darawyt, wieści o tym dotarły tutaj już wczoraj wieczorem, przywiezione przez kupców wracających z Rogu. Banda Nawera zniszczona. Nie rozbita i nie zdziesiątkowana, tylko zniszczona, starta z powierzchni ziemi, wybita do nogi przez jedną kompanię Górskiej Straży. A raczej przez jej cztery dziesiątki. A podobno bandytów było pięć setek?

– Nie więcej niż trzy i pół, panie pułkowniku.

– Nieważne. Wieść już poszła dalej. Zanim kupcy zaniosą ją do sąsiednich prowincji, bandytów będzie tysiąc, a was tuzin. I podobno osobiście obciąłeś głowę Nawerowi Ta’Klaw, bo napluł na płaszcz Straży. Wiesz, co powinienem teraz zrobić? – Pułkownik Akeres Gewanr był naprawdę zdenerwowany i nie dbał o formy grzecznościowe.

– Nie wiem, panie pułkowniku – wzrok oficera nie przesunął się nawet o cal.

– Za wybicie bandy, która od dwóch lat rosła nam coraz większym cierniem w boku, powinieneś dostać awans i odznaczenie. Ale za zabicie członka rodu panującego, nawet z niezbyt przyjaznego królestwa... Nasi dyplomaci i większość wyższych oficerów to arystokracja. Istnieje coś takiego jak – pułkownik zawahał się – świadomość przynależności do wspólnej kasty. Oni nie patrzą z wdzięcznością na zwykłych żołnierzy zabijających kogoś książęcej krwi. Najchętniej widzieliby cię zdegradowanego do zwykłego strażnika i wysłanego do najzimniejszej dziury. Rozumiesz?

– Tak, panie pułkowniku.

– Z drugiej strony, za miesiąc cała Północ będzie opowiadała sobie legendy o tej potyczce... – Pułkownik z wysiłkiem uspokoił się. Żeby ten skurczybyk okazał choć cień emocji, skrzywił się lub przełknął ślinę. – Więc nie mogę pana zdegradować, nawet o pół stopnia, bo to złamie morale całej Górskiej Straży. Na dodatek wraz z kupcami przyszło pismo skierowane osobiście do mnie. Jego autorką jest hrabina Isawa-kan-Lawerr, a pieczęć na liście jest pieczęcią, której nawet cesarz nie mógłby zignorować. Zyskał pan potężną przyjaciółkę, poruczniku, lub też uważa ona, że ma jakiś dług do spłacenia, bo prosi, by awansować pana na pełnego kapitana. Co oczywiście nie wchodzi w grę, lecz może narazić mnie na gniew Imperialnego Korpusu Dyplomatycznego. Co więc mam zrobić?

Porucznik wreszcie się ruszył, opuścił wzrok i spojrzał mu prosto w oczy. Dowódca Szóstego Pułku Górskiej Straży zamrugał ze zdziwienia. Spodziewał się wszystkiego, tylko nie spokoju i całkowitego opanowania.

– Sugeruję, żeby przychylił się pan do prośby Szóstej Kompanii. Moi żołnierze chcą w ten sposób kogoś uhonorować.

– To byłby pierwszy przypadek w historii, żeby tak krótko istniejąca kompania otrzymała prawo do tego rodzaju wyróżnienia. Własny symbol...

– Zamiast awansu – porucznik przerwał mu, uśmiechając się przepraszająco – lub degradacji, tylko ten drobiazg. To będzie nagroda dla kompanii, nie dla mnie, więc nie narazi pana na zatarg z tymi arystokratami – wymówił to słowo powoli, jakby coś przeżuwał. – I nikt nie powie, że kompania nie została doceniona. Wszyscy będą zadowoleni, panie pułkowniku...

1 ... 47 48 49 50 51 52 53 54 55 ... 123
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)