Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #1
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187080
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:
Wszyscy? I ty również?, pomyślał Akeres Gewanr. Nie powiedział tego jednak głośno. Skinął głową, przyłożył pieczęć i podpisał dokument.
Gdy tylko młody oficer wyszedł, jego dowódca stanął przy oknie i zapatrzył się na zgromadzonych na dziedzińcu żołnierzy. Szósta Kompania, cztery dziesiątki strażników, tuzin psów. Jego ludzie... Rozmyślania przerwało mu skrzypienie drzwi do sypialni.
– Więc naprawdę zrzucił na nich lawinę?
– Myślałem, że Szczury wszystko wiedzą pierwsze. – Pułkownik nie odwrócił się, zbyt dobrze znał tego wysokiego, szczupłego mężczyznę, który od wielu dni zatruwał mu życie.
– Wiemy, lecz zawsze staramy się potwierdzać informacje z różnych źródeł. Ech, ten porucznik to niezwykły młody człowiek. Gdyby zażądał, mógłby być w tej chwili kapitanem.
– Wybrał najlepsze wyjście dla wszystkich. I nie wygląda na to, żeby żałował.
Ciche parsknięcie zza pleców było jedyną odpowiedzią.
– Pomyśleć, że mieli tylko zabrać się z prowincji.
– Znaleźliście, czego szukacie?
– Nie. Ale jeśli gdzieś tu jest, znajdziemy.
Pułkownik Akeres Gewanr wzruszył ramionami. To nie była jego sprawa. Patrzył, jak Kenneth-lyw-Darawyt wychodzi z budynku i idzie w stronę swoich ludzi. Cholera, widząc, jak wstają na widok Kennetha wiedział, że teraz to naprawdę byli „jego ludzie”. Porucznik skinął głową i żołnierze jak jeden mąż założyli płaszcze. Na każdym numer kompanii, dwie szóstki, jedna nieco powyżej drugiej, wyszyto krwistoczerwoną nicią.
Górska Straż nie zapomina o swoich.
Krew naszych ojców
Stwór sunął nad ziemią jak wielka jaszczurka, ciemny kształt wyginający się na boki wężowymi ruchami, niemal szorujący brzuchem po śniegu. Gdyby ktoś ujrzał go z góry, takie właśnie byłoby jego pierwsze skojarzenie: olbrzymi gad, mieszkaniec rozpalonego słońcem Południa, który przez kaprys losu lub żart jakiegoś bóstwa trafił w ośnieżone góry. Tylko ogona mu brakowało i szyję też miał za krótką. Szeroko rozłożone na boki łapy popychały go do przodu, nadając całkiem przyzwoitą prędkość, zważywszy, że poruszał się po terenie, gdzie nie dalej jak wczoraj spadł świeży śnieg.
Poza tym był ranny. Znaczył swój trop nie tylko dziwacznymi śladami, lecz przede wszystkim plamami szkarłatu, czarnymi niemal w świetle zachodzącego słońca, parującymi przez chwilę na nieskazitelnej bieli rozległej hali. Jeśliby ktoś przyglądał mu się przez chwilę, mógłby dostrzec, że jego ruchy wcale nie są takie płynne i precyzyjne, jak mogło się wydawać na pierwszy rzut oka. Potykał się co chwilę, lewa strona wrzecionowatego ciała najwyraźniej nie chciała go słuchać, pracowała wolniej od prawej, co kilkanaście kroków musiał brać poprawkę na swój kurs, co kilkadziesiąt przewracał się, ryjąc łbem w miękkim puchu. Szlak jego wędrówki przypominał ślad pijanego, zygzakujący, naznaczony historią żałosnych upadków. Gdyby nie krew, można by się było uśmiechnąć.
Stworzenie dotarło wreszcie do celu swojej wędrówki. Pionowa ściana z lodu, wysoka na sto stóp, ciągnęła się ze wschodu na zachód. Zatrzymał się, na kilka chwil zwinął w kłębek, odpoczął. Potem bez najmniejszego ostrzeżenia wybił w górę, wczepił w niewidoczne szczeliny, przykleił do lodowca i ruszył powoli na jego grzbiet. W miejscu, gdzie nabierał sił, została czerwona, parująca kałuża.
Dotarcie na szczyt zajęło mu kilkadziesiąt uderzeń serca, prześlizgnął się przez krawędź i znieruchomiał. Panika, która gnała go naprzód przez pół dnia, powoli ustępowała, prześladowcy nie zdołają wspiąć się na lodowy mur tak szybko, zyskał teraz sporo czasu. Mógł zwolnić.
Lodowiec w tym miejscu marszczył się, burzył szałem skamieniałej rzeki. Garby, wzniesienia, na pół przejrzyste, prześwietlone szkarłatem, znieruchomiałe fale, zastygłe wiry i szczeliny. Niedawno przetoczyła się tu bitwa, wezwano potężne moce, orzące skałę na równi z lodem oraz rzeźbiące przestrzeń i czas. W trakcie starcia zamarznięta woda, ciało stałe, odzyskała na kilka chwil swoją plastyczność, zamieniając się w pędzącą rzekę i rozdzielając walczące armie, by później, w mgnieniu oka, ponownie znieruchomieć. Ci, którzy nie zdążyli uciec, zostali pochłonięci przez lodowiec. Na głębokości kilku, kilkunastu stóp nadal było widać zastygłe w najróżniejszych pozach ciała. Większość ofiar stanowili miejscowi, ale rozpoznawał także własnych wojowników. Śmierć zrównała wszystkich.
Wydawało się wtedy, że to desperacki krok miejscowego boga, ci z jego ludzi, którzy zostali po północnej stronie przeoranego czarami lodowca, nie mieli szans. Zginęli co do jednego. Wyglądało na to, że tubylcy nie zdołali powstrzymać gniewu Kaha’leeh, dziecka ich rozpaczy i bólu. Oddali lodowiec i wycofali się na południe. Odpowiedzialny za walkę ga’ruulee poszedł za nimi, ścigać i mścić, nieświadomy, że całe to zwycięstwo było pułapką. To było coś, czego jego panowie nadal nie mogli zrozumieć – jak można poświęcać istnienie Wiernych, jak można skazywać ich na śmierć, by osiągnąć własne cele? Z armii wysłanej za lodowiec ocalał tylko on – ga’naaeh, tylko tyle zostało z ga’ruulee, i tylko w jego powrocie do leeh była nadzieja, że zostanie zachowana jedność. Oni już wiedzieli, wiedzieli, kogo należy zabić, by rozbić wspólnotę. Bardzo się dziś starali, góry za nim wciąż dymiły i spływały potokami lawy, gdy trzy z siedmiu części tutejszego boga rzuciły się do walki. Gdyby było ich więcej, gdyby Setren przybył w pełni swych sił... A przecież szpiedzy mówili, że walczy na wschodzie... Tu powinien być tylko jeden z jego awenderi. Potężny mężczyzna z czarnymi włosami.
Stwór podniósł się na dwie nogi. Powoli zdejmował z siebie warstwy kalhh, instynkty cofały się, zastępowane przez intelekt. Teraz potrzebował ostrożności i rozwagi, a nie szybkości. Powierzchnia lodowca przypominała tor przeszkód dla samobójcy, a w jego wnętrzu wciąż szalała uwięziona rzeka. Jeden nieostrożny krok i czekała go śmierć.
Wyprostował się wreszcie, wyrównując oddech. Stwór znikł, zastąpiony przez Osobę. Właściwie przypominał człowieka, szczupłego, ciemnowłosego, z nieco zbyt długimi rękami i stawami umieszczonymi w niewłaściwych miejscach. Opuścił w dół rękawy i spód luźnej szaty, osłaniając kończyny. Grube, białe rękawice skutecznie kryły nietypowy kształt dłoni. Gdyby nie dziwna, zbyt płaska twarz, każdy mógłby teraz pomylić go z człowiekiem. Zresztą, nawet ta twarz mieściła się jakoś w normie rasy. Tylko oczy i usta były za duże, a nos zbyt mały. Drobiazg. Trudno uwierzyć, że ta istota jeszcze kilka minut temu sunęła przez halę jako przerośnięta jaszczurka.
Wyciągnął spod ubrania małe zawiniątko i szybko obwiązał sobie ranę na boku. I tak stracił już zbyt dużo krwi. Westchnął głęboko i ruszył naprzód, ostrożnie wybierając drogę. Przestrzeń wciąż trzeszczała od Mocy. Nie potrafił, nie ośmielił się sięgnąć teraz do własnych umiejętności, lód pod jego stopami wciąż dygotał od wewnętrznych naprężeń. Otwarcie się na guon byłoby szaleństwem. Ale to nic, nadzieja pojawiła się jak pierwszy kwiat, nieśmiało kiełkujący spod śniegu. Jak tylko zejdzie z lodowca, będzie bezpieczny. Ułoży nowe taktyki i strategie. Wygrają to starcie.
Stawiał kroki miękko, badając powierzchnię przed sobą. W większości zagłębień leżała już warstwa śniegu, nie wiedział, czy stoi na solidnym podłożu, czy na wypełnionym powietrzem bąblu, zamykanym od góry przez kilka cali zamarzniętej wody. Rozglądał się uważnie, lustrując teren, starając się po kształcie lodowych fal odgadnąć, co kryje się głębiej. Nie mógł teraz pozwolić sobie na błąd.