Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
1 ... 51 52 53 54 55 56 57 58 59 ... 123
Перейти на страницу:

Ledwo opuścili koszary, porucznik skinął na dziesiętników.

– Narada – rzucił krótko.

Bergh był pierwszy, Andan po nim, Velergorf na końcu. Kolejność była lepsza niż pół roku temu, gdy Andan podchodził zawsze ostatni, z demonstracyjną powolnością. Teraz jego ludzie nosili płaszcze z czerwonymi szóstkami z czymś w rodzaju dumy.

– Pierwsze pytanie. – Kenneth nie zamierzał tracić czasu. – Co słyszeliście o Byrt?

– Dziura, jakich mało, panie poruczniku – stwierdził Bergh. – Byłem tam ze dwa razy, gdy jeszcze służyłem w Dwunastym. Tak z pięć lat temu. To właściwie nie wioska, tylko jak powiadał kapitan Madderg, szlam wyrzucony na brzeg. Miejscowi są dziwni. Zawzięci, ponurzy, mściwi, małomówni i śmierdzący rybami...

– Coś jak mój wuj.

– Jeśli tak twierdzisz, Varhenn – Bergh się uśmiechnął. – Ich tak zwana wioska to właściwie rząd chałup przyklejonych do jeziora. Tak ją zbudowali. Każda rodzina okupuje kawałek brzegu o długości jakichś sześćdziesięciu stóp. A ponieważ żyje tam z pięćdziesiąt rodzin, więc całe Byrt ma jakieś pół mili długości. Wadzą się o każdy cal tego swojego gruntu i jeden drugiemu nic nie odpuści. Poza tym są bardzo samodzielni. Sami naprawiają swoje łodzie, sami robią sieci, sami wędzą i suszą ryby. Na obcych patrzą wilkiem, ale żeby mieli jakieś większe zatargi z prawem, to nie słyszałem. Ryby wymieniają na mąkę, sól, wełnę, mięso i tak dalej. Wioskę zbudowali niemal naprzeciw miejsca, gdzie Stary Gwyhren wpada do jeziora, więc wszystkie chałupy stoją na palach.

– Bo?

– Fale, panie poruczniku. Doranth ma w tym miejscu jakąś milę szerokości. Dopiero potem ucieka na zachód. Z Gwyhrena, zwłaszcza latem, lubią odrywać się lodowe bryły, niektóre większe niż kilkupiętrowa kamienica. Fala, gdy dociera do drugiego brzegu, potrafi mieć trzy stopy wysokości. Widziałem to na własne oczy. I to wszystko, co wiem.

– Jakieś bandy w okolicy?

– Nie było ich wtedy i nie sądzę, żeby pojawiły się teraz. Poza Byrt, w promieniu dziesięciu mil, nie ma tam żadnych ludzkich siedzib. Ani dróg, ani wiosek. To jałowa okolica, same skały i lód.

– A po drugiej stronie?

– Jeszcze gorzej, panie poruczniku. Cały północny brzeg to jedna wielka pionowa ściana, a zaraz za nią zaczyna się Wielki Grzbiet. Podobno żyje tam kilka plemion aherów, ale oni nie lubią tak dużej wody, więc unikają jeziora. Jeśli coś rzeczywiście rozerwało tych ludzi na strzępy, pochodziło z naszej strony.

– W takim razie – Velergorf wyszczerzył wytatuowane oblicze – znajdziemy to coś, damy po głowie i postawimy przed sądem.

Kenneth skinął głową.

– Niech ci będzie. Przynajmniej mam ochotnika, gdyby trzeba było wystawić kogoś na przynętę... – Klepnął najstarszego dziesiętnika w ramię.

Uśmiech tylko się poszerzył.

– Zawsze wierni Straży, panie poruczniku.

—— • ——

Woda była zimna jak lód. Czuł to mimo warstwy skór i futer. Wykonany z kości i kawałków drewna, obciągnięty skórą szkielet małej łódeczki wydawał się po stokroć bardziej kruchy tu, na środku jeziora, niż na lądzie. Coś musiało być w tym, że jego lud nie lubił otwartej wody, szerokie rzeki, wielkie jeziora, na wpół mityczne morze, to były rzeczy, które przerażały ich na wskroś. A przecież mimo wszystko nauczyli się budować lekkie łodzie, z tego, co mieli pod ręką. Nabyli tę wiedzę od swoich mieszkających za Wielkim Grzbietem kuzynów, którzy budowali schronienia ze śniegu i polowali na morskie stworzenia. Ta odnoga jego ludu oddzieliła się od głównego pnia Ag’heeri tak dawno, że niechęć do wody znikła u nich, wyparta śmiertelną koniecznością. W krainie lodowatych wysp i wiecznej kry miało się tylko dwa wyjścia: nauczyć się pływać lub umrzeć. A teraz on wykorzystywał wiedzę odległych krewnych, żeby dotrzymać złożonej przed niezliczonymi pokoleniami przysięgi.

Przez chwilę smakował tę myśl, obracał ją w głowie. Tak powiedział wodzom, gdy zapytali, po co chce przepłynąć jezioro. To potrafili zrozumieć, przysięga, złożona obietnica, takie rzeczy były oczywiste i proste. Zresztą powtarzał to sobie tak długo, że niemal sam w to uwierzył, jeśli nagła fala wywróci teraz jego łupinkę, idąc na dno, będzie mógł udawać, że zginął w słusznej sprawie.

Uśmiechnął się szeroko.

Od trzech dni żuł intensywnie mieszankę ziół i kilku sproszkowanych minerałów. Teraz nie tylko zęby, ale i język, a także dziąsła miał czerwone jak tętnicza krew. Pochylił się i przejrzał w wodzie. Twarz pokryta kolorowym tatuażem, dolne kły, wystające z ust jak dwie świeże rany, oczy skryte głęboko pod wałami czołowymi. Można się było przestraszyć. Wyszczerzył się jeszcze raz, kłapnął zębami. Wojna to wojna.

Pierwszy raz poczuł to dziesięć dni temu. Szarpnięcie ścieżek duchów. Nie wędrował nimi wtedy, polował, ale i tak odczuł to, jakby ktoś przywiązał mu kilka strun do kręgosłupa i zagrał. Moc wygięła się, Mrok... zabrzęczał, tak, właśnie zabrzęczał, do wtóru jej jęku. Duchy wędrujące pod nim i przez niego rozpierzchły się na wszystkie strony, uciekając z miejsca, gdzie pojawiło się to Coś. A potem... Wciąż pamiętał, co zobaczył, gdy w końcu wkroczył na ścieżki duchów. Ciemność, chaos i głód.

Pamiętał takie emocje. To nie były jego wspomnienia, lecz pamiętał je jak własne, jak wspomina się czasem różne rzeczy tuż po obudzeniu. To było wspomnienie wspomnień innych szamanów, czasem tylko bladych duchów, które spotykał niekiedy, wędrując ścieżkami tych, którzy nie wybrali Domu Snu. Wspomnienie cudzych wspomnień – a jednak tylko głupiec zlekceważyłby takie ostrzeżenie. Cokolwiek próbowało się przebudzić, musiało zostać powstrzymane, zanim narobi kłopotów.

Ale mimo wszystko, gdy budował łódkę, gdy prosił wodza szczepu mieszkającego najbliżej jeziora o pomoc w dostarczeniu jej nad wodę, i nawet teraz, gdy płynął powoli, wiosłując tak, by nie mącić gładkiej jak szkło tafli wody, gdy już nie mógł się wycofać, ciągle miał wątpliwości. To nie była jego przysięga ani jego wspomnienia. Ci szamani żyli i walczyli w czasach, nim ludzie postanowili wygubić Lud Gór. Zanim młode Imperium uplotło swoją historię z domysłów, mitów i bajek, w których Ag’heeri mogli odgrywać tylko rolę stworów chaosu i ciemności.

A jednak pewne sprawy należało dokończyć, zanim przyjdzie kolej na resztę.

—— • ——

Choć znał ją z opisu Bergha, to jednak Kenneth nie sądził, że okolica ta będzie aż tak jałowa. Przez ostatnie dwie godziny przy drodze nad jezioro nie napotkali nawet mizernego krzaczka, widzieli tylko skały i skryte w ich cieniu połacie śniegu z poprzedniej zimy. Zupełnie jakby lato postanowiło nie zawracać sobie głowy ożywianiem tej okolicy. Albo jakby najpotężniejszy z górskich lodowców naznaczył te strony swym władztwem na zawsze. Fakt, że wyrosła tu ludzka osada, zakrawał na cud.

Gdy dotarli wreszcie na brzeg, Kennetha uderzył majestat okolicy. Jezioro miało barwę głębokiego granatu, a w jego wodach odbijały się wyrastające na północy szczyty, przedmurze Wielkiego Grzbietu. Pokryte wiecznym śniegiem góry przeglądały się w głębinach od niezliczonych tysiącleci. Teraz nawet najmniejszy podmuch wiatru nie mącił tafli wody. Całość wyglądała tak, jak musiała objawić się oczom pierwszych ludzi, którzy tu przybyli. Można było ulec urokowi tego miejsca, surowej potędze, którą ludzka obecność obchodziła tak, jak schodzącą lawinę obchodzi los mrowiska leżącego na jej drodze. Jeśli ktokolwiek chciałby poczuć, czym właściwie są góry Ansar Kirreh, powinien koniecznie odwiedzić to miejsce, pomyślał porucznik, stojąc nad brzegiem jeziora.

Kenneth wiedział, że Doranth ciągnie się szesnaście mil na zachód, dając początek rzece Kewynell, rwącej, spienionej i dzikiej. Gwyhren wpadał do jeziora z północno-wschodniej strony i to on głównie zasilał je w wodę. Południowy brzeg stanowiła kamienista plaża, wypełniona niezliczoną ilością otoczaków. Szło się po niej łatwo, prawie jak po imperialnej drodze. Ruszyli szybkim marszem w kierunku wioski, żeby zdążyć przed zmrokiem.

1 ... 51 52 53 54 55 56 57 58 59 ... 123
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)