Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
1 ... 50 51 52 53 54 55 56 57 58 ... 123
Перейти на страницу:

Na kilka chwil zapadła cisza.

– Czy to wystarczy?

Pytanie padło z ust najwyższego z szamanów, ubranego w skóry srebrnych lisów. Malunki na twarzy upodabniały jego oblicze do trupiej czaszki.

– A co mówią duchy? – odpowiedział pytaniem awenderi. Teraz znów był człowiekiem, choć nadal najbardziej ze wszystkich mężczyzn w grupie przyciągał uwagę. Sugestia, cień obecności boga wciąż tańczył w głębi jego oczu.

Ag’heeri uśmiechnął się ponuro.

– Ten lodowiec sam jest na wpół duchem. Obudziłeś go, rozpętując tu taką Moc, więc odpędza moje sługi, nie wpuszcza ich w głąb. Czy on umarł?

– A nie słyszysz? Skieruj uszy na północ, szamanie. Usłysz, co niesie wiatr.

Przez dłuższą chwilę wszyscy Ag’heeri zdawali się nasłuchiwać.

– Lament – stwierdził wreszcie wytatuowany.

– Lament – zgodził się awenderi. – Kaha’leeh się rozpada. Jedność ginie. Teraz nie zdołają się utrzymać się po tej stronie. Właśnie skończyliśmy wojnę na północy.

Czwórka szamanów uśmiechnęła się, błyskając czerwonymi kłami. Odziany w skóry lisów spoważniał pierwszy.

– A teraz co, Setrenie? Pójdziesz na południe? Chcesz wspomóc Szarowłosą?

– Laal sama była wśród tych, co rozpętali wojnę, więc niech sama ją kończy. Ja będę miał dość roboty tutaj. A wy?

– My? Jak powiedziałeś, jest dużo roboty. Osady czekają na odbudowanie, przeklęte miejsca na oczyszczenie, wiele lat upłynie, nim doprowadzimy góry do porządku.

Awenderi skinął poważnie głową, po czym skłonił się głęboko. Jego towarzysze również.

– Nie zapomnimy – zapewnił. – Nigdy nie zapomnimy wspólnej walki i razem przelanej krwi. Gdyby Lud Gór opowiedział się po innej stronie, nie pokonalibyśmy najeźdźców.

Najwyższy z szamanów uśmiechnął się kpiąco.

– Moja matka mawia, że jedyną rzeczą krótszą niż kuśka jej męża, jest ludzka pamięć. A on ma naprawdę małe przyrodzenie. Tak powiadają wszystkie moje ciotki ze strony matki, he, he. Więc niech po prostu będzie pokój między nami. I niech nasze duchy zawsze pamiętają, że jeden dzień pokoju jest wart stu lat wojny.

– Tak będzie, szamanie, póki wspólna pamięć będzie nas łączyć.

—— • ——

– Poruczniku lyw-Darawyt, może pan wejść.

Kenneth wstał, poprawił pas z mieczem, obciągnął pikowaną kurtkę i wszedł do środka.

– Witam, panie poruczniku – Pułkownik stał przy oknie i patrzył gdzieś w przestrzeń. – Może pan już przestać salutować.

Kenneth zrobił „Spocznij”.

Starszy oficer odwrócił się i ruszył do biurka. Niewysoki, szczupły i ciemnowłosy, nie wyglądał na wojskowego, dowódcę pułku Górskiej Straży. Wyglądał jak... porucznik za każdym razem szukał właściwego słowa. Drwal, rzemieślnik, dzierżawca, usiłujący utrzymać żonę i szóstkę dzieci z kawałka kamienistego gruntu. Trudno było określić, co właściwie narzuca takie skojarzenia, choć od pewnego czasu miał wrażenie, że już wie. Nawet nie chodziło o to, że pułkownik Gewanr nie poruszał się i nie zachowywał jak wojskowy. Bardziej rzucał się w oczy brak odpowiedniej, hm... aury. W każdym człowieku, przywykłym do przelewania cudzej lub własnej krwi, pojawia się po pewnym czasie jakaś twardość, wewnętrzny, stalowy rdzeń, ostrzegający innych, że z tym kimś nie warto zadzierać.

Pułkownik tego nie miał – albo chował go głęboko, jak najcenniejszy skarb.

– Szósta Kompania miała dobry rok, poruczniku.

– Jeśli dowództwo tak to ocenia...

– Ja to tak oceniam. Najpierw obława na Shadoree, przejście lodowca i zniszczenie tej bandy, potem schwytanie szpiega. Nie wspominając już o sprawie poselstwa do Wynde’kann i zniszczeniu bandy Nawera Ta’Klaw sprzed dwóch miesięcy. Ludzie mówią, że zostaliście pobłogosławieni przez Panią Losu. Potraficie znaleźć się we właściwym miejscu o właściwym czasie.

– Taka służba, panie pułkowniku.

Dowódca po raz pierwszy od początku rozmowy spojrzał mu w oczy. Nie uśmiechnął się.

– Służba, tak? Umiem odróżnić zdolnego oficera od zwykłego karierowicza, który szuka tylko ciepłej posadki i stałego żołdu.

– Nie sądziłem, że tacy trafiają do Straży, panie pułkowniku – wymknęło mu się, zanim zdołał się ugryźć w język. To był jeden z głównych problemów z dowódcą Szóstego. Jego niewojskowy sposób bycia i postawa sprawiały, że ludzie, zwłaszcza młodsi oficerowie, zapominali się i mówili coś, czego nigdy nie ośmieliliby się powiedzieć przy innym pułkowniku. A nawet przy kapitanie czy starszym poruczniku.

– Nie, nie trafiają – Akeres Gewanr nawet się nie skrzywił, choć powinien zrugać go za impertynencję. – A jeśli nawet, to bardzo szybko proszą o przeniesienie. Reszta pana kompanii miała dwa dni temu wyjść na patrol. Zatrzymałem ich. Z pewnością zastanawiał się pan dlaczego.

Owszem, zastanawiał się, podobnie jak inni. I martwił. Zmiana w codziennej rutynie zawsze zwiastowała kłopoty.

– Tak, panie pułkowniku.

– Słyszał pan o Byrt?

– Nie, panie pułkowniku. A powinienem?

Znów się zapomniał i padło o jedno pytanie za dużo. Nawet w Górskiej Straży porucznicy nie zadają pytań pułkownikom. Tym razem dowódca odczekał chwilę, patrząc Kennethowi w oczy. Nie musiał nic mówić.

– To wioska nad jeziorem Doranth. Tym samym, do którego wpada Stary Gwyhren. Tak z trzysta głów, sami rybacy. Niewiele się dzieje w Byrt, więc prawie nie zaglądamy w tamte strony. Jezioro jest zbyt duże i głębokie, żeby dało się przez nie przeprawić, stanowi naturalne przedłużenie lodowca.

– Ale łodzie po nim pływają?

– Tylko rybackie łódki. To spokojna okolica.

Dowódca zamilkł. Czekał.

– Więc... – Kenneth wreszcie wpadł na to, że teraz jest czas na zadanie pytania – dlaczego powinienem słyszeć o tej wiosce?

– Bo osiem dni temu zabito tam sześciu ludzi. Podobno rozerwano na strzępy. Wieści dotarły do nas przedwczoraj, zanim wrócił pan z ludźmi z patrolu. Wiemy tylko tyle, że najprawdopodobniej nie był to atak bandytów, sąsiedzkie porachunki czy wypadek. Osobą, która przyniosła wieść, był jeden z kupców, który akurat przebywał w wiosce, kupując suszone ryby czy coś takiego. Opowiedział o wszystkim po powrocie do Lencherr. Nie oglądał zajścia na własne oczy, lecz widział ciała. Zgodnie z jego opisem, zostały one rozszarpane na kawałki. Sześciu dorosłych mężczyzn.

Kenneth skinął głową.

– Rozumiem, panie pułkowniku.

– W pierwszej chwili miałem wysłać tam tylko te dwie dziesiątki z pana kompanii, które odpoczywały tu przez ostatnie dni. Ale potem stwierdziłem, że chcę mieć na miejscu oficera, a nie zwykłego dziesiętnika. Dowie się pan, co tam zaszło, znajdzie winnych i doprowadzi przed sąd. Wiem, że dopiero co wróciliście z patrolu i należy się wam odpoczynek, ale jak sam pan ujął, taka służba. Po powrocie z tego zadania cała kompania spędzi dziesięć dni w koszarach.

Porucznik zasalutował.

– Tak jest!

Zadanie jak zadanie, stwierdził Velergorf, gdy Kenneth przedstawił rozkazy dziesiętnikom. Ludzie Andana i Bergha i tak mieli ruszać w drogę, a że towarzyszyć im będą pozostałe dwie dziesiątki, tym lepiej.

1 ... 50 51 52 53 54 55 56 57 58 ... 123
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)