Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
1 ... 46 47 48 49 50 51 52 53 54 ... 123
Перейти на страницу:

Czasem próbowano zrzucić lawinę, dmąc w trąbity, długie na piętnaście, dwadzieścia stóp drewniane tuby, których używano w górach do przekazywania prostych informacji na duże odległości. Gdy to nie pomagało, zainteresowanym kupcom pozostawało tylko wynająć czarodzieja, kogoś władającego Ścieżką Ziemi, Wody lub Lodu, żeby zmusił Wołu do ryknięcia. Otwarcie szlaków handlowych było warte każdych pieniędzy. Choć czasami wydawało się, że natura umyślnie kpi sobie z ludzi, dokonując niemożliwych sztuczek. Teraz też nie wiadomo było, jakim cudem wielołokciowa warstwa śniegu, gromadząca się przez całą zimę, trzymała się jeszcze na skale.

Porucznik patrzył na zbliżającą się kolumnę. Trzystu ludzi, może nawet więcej, co najmniej trzydziestu konnych, dosiadających silnych, wytrzymałych górskich kuców, do tego dziesięć lekkich wozów. Wiedział, że go nie widzą, owinięty w szary płaszcz, ukryty w cieniu, nie wyróżniał się z tła, podobnie jak reszta Szóstej Kompanii. Spojrzał na północ, w miejsce, skąd nadchodziła banda, ciemność świtu rozpraszała tam łuna dwóch pożarów. Niezbyt dużych. Być może dopalał się jakiś pasterski szałas albo stojąca samotnie zagroda. Najwyraźniej Nawer nie mógł się powstrzymać od zaznaczenia swojej obecności.

Kenneth przeniósł wzrok na prawo, gdzie ukryte w zagłębieniach terenu, zamaskowane gałęziami, leżały trąbity. Długo naradzał się z dziesiętnikami, gdzie którą skierować i kiedy zacząć grać. Od tego zależało ich życie. I oczywiście od tego, czy lawina zejdzie tak, jak przewidywali, lekko po skosie, wpadając w rynnę, środkiem której biegła droga, a nie skieruje całego swojego impetu na wprost. Nie było jednak innego miejsca, skąd dałoby się skutecznie zadąć w trąbity, więc musieli liczyć na szczęście.

Spojrzał na wschód, gdzie lada chwila słońce miało wyjrzeć zza gór. To był odpowiedni moment, pora dnia, gdy szczyty najczęściej zrzucały zalegający na zboczach śnieg. Godzina grzmotów, tak niekiedy mówiono na pierwszą godzinę po świcie, choć mało kto kojarzył jeszcze tę nazwę z lawinami. To był czas, gdy temperatura powietrza rosła z minuty na minutę, gdy mróz, często towarzyszący wiosennym nocom, niemal w kilka chwil ustępował ciepłym promieniom słońca. Tafle lodu skuwające kałuże topniały w oczach, zmarznięta ziemia zamieniała się w błoto. Rozmarzał również gruby na wiele stóp płaszcz sprasowanego śniegu, zalegający górskie szczyty. Kennethowi pokazał to kiedyś jeden z kapitanów, z którym służył. Zaprowadził go na strome zbocze i kazał patrzeć. Warstwa śniegu urywała się tam jak nożem uciął, a w miejscu, gdzie niedawno część pokrywy odpadła i runęła, widział wyraźnie nagą ziemię, zamarzniętą i pokrytą zżółkłą trawą oraz szronem. I nagle, w kwadrans po wzejściu słońca, ziemia zaczęła tajać, szron znikł, a spod sprasowanego śniegu zaczęły wypływać strumyki wody.

– To ciężar śniegu powoduje, że spód się topi – wyjaśnił szeptem kapitan. – Lecz przez całą noc woda nie mogła się wydostać, bo blokował ją mróz. Teraz płynie, a całe zbocze jest w tej chwili śliskie, jakby ktoś posmarował je masłem. Wystarczy pierdnąć, a wszystko runie. Za godzinę słońce wysuszy ziemię, a większość uwięzionej pod śniegiem wody wydostanie się, i wtedy będzie bezpieczniej. Przynajmniej do następnego świtu. Pamiętaj, nigdy nie wprowadzaj swoich ludzi w takie miejsca, gdy słońce wstaje po mroźnej nocy. A jak nie będziesz miał pewności, to patrz na psy. One zawsze wiedzą.

Porucznik uśmiechnął się, słysząc ciche skomlenie. Psy wiedziały. Czuły, że to miejsce jest niebezpieczne. To był dobry czas na zasadzkę.

Konie bandytów także coś czuły. Gdy oddział zbliżył się do przełęczy, te na czele zastrzygły uszami, zaczęły parskać i boczyć się. Grupa stanęła. Kenneth czekał, nagle nad doliną rozległ się głęboki, dudniący dźwięk. Sygnał trąbity grającej na alarm. Burmistrz zrobił, co do niego należało. Porucznik spojrzał w stronę miasta, tak jak większość ludzi Nawera. Słońce właśnie wzeszło i Arberden, mimo że odległe o cztery mile, było widoczne jak na dłoni. Kenneth dostrzegł ruch na murach, otwierającą się bramę i wychodzących z niej ludzi. Burmistrz musiał postawić na nogi wszystkich pachołków miejskich i połowę mieszkańców, ale wyłaniająca się z bramy kolumna wyglądała imponująco. Oficer patrzył, czekając na ostatni element przedstawienia. Tak jak nakazał, nagle na czele wychodzącego z miasta fałszywego oddziału pojawił się drąg z czerwonym punktem. Uśmiechnął się bez wesołości. Wszystko sprowadzało się do odległości i sztuczek oraz do przekonania Nawera o własnej ważności.

Lardoss z czerwonym niedźwiedziem stojącym na tylnych łapach był symbolem Piątego Pułku Piechoty, dla młodego bandyty powinno więc być jasne, że Imperium zastawiło na niego pułapkę, której uniknął, omijając miasto, lecz teraz maszerująca szybkim tempem ciężka piechota w ciągu godziny dopadnie go na przełęczy. Z tej odległości nie mógł dostrzec, że to wojsko to gromada przerażonych kupców i rzemieślników, a lardoss to kawałek pomalowanego na czerwono drewna.

Na dole powstało zamieszanie, stojąca w luźnym szyku kolumna zafalowała, kilku ludzi próbowało wyrwać się do przodu. Porządek narzucono szybko i brutalnie, płazując panikarzy i spędzając ich na miejsce. Porucznik przez chwilę podziwiał sprawność przywódcy bandytów. Ludzi uspokojono, koniom zawiązano oczy, z wozów zaczęto wyrzucać ładunek, najpewniej, żeby mogły jechać szybciej. W parę minut cała grupa była gotowa do wejścia na przełęcz. To był przykład dobrej roboty, której nie powstydziłaby się żadna kompania Górskiej Straży. Nic dziwnego, że Nawer Ta’Klaw tak długo wodził wszystkich za nos. Ze zwykłej bandy uczynił zdyscyplinowany i sprawny oddział.

I ten oddział właśnie wyruszył po śmierć.

Bandyci wjechali na przełęcz w całkowitej ciszy. Nienaturalnej ciszy, stwierdził po chwili Kenneth. Z tej odległości strażnicy powinni przynajmniej słyszeć odgłos końskich kopyt na kamieniach, jakiś szczęk żelaza, skrzypienie osi wozów. Odszukał wzrokiem dziesiętników, Bergh pierwszy podniósł prawą dłoń do góry i wymownie poruszył palcami. Magia. Najpewniej z bandą był kapłan, w zamku pokazał już, że lubi sztuczki z dźwiękiem. Teraz jednak nie na wiele miało mu się to przydać.

Zamierzali czekać do chwili, gdy kolumna znajdzie się w połowie przełęczy, lecz zanim przebyła trzecią część drogi, psy strażników zaczęły szaleć. Skomlały, popiskiwały i z podkulonymi ogonami próbowały wyrwać się swoim przewodnikom i uciec. Jeszcze chwila, a zamieszanie na zachodnim zboczu zwróci uwagę tych na drodze. Kenneth wstał i uniósł dłoń, momentalnie szesnastu ludzi poderwało się z ziemi i dopadło instrumentów. Po dwóch na każdą trąbitę, jeden z przodu, drugi z tyłu. Ci ostatni nabrali powietrza i nagle nad przełęczą poniósł się potężny, głęboki, przypominający zawodzenie byka w rui ryk. I o to chodziło, to miał być dźwięk o sile gromu, zdolny ruszyć z posad całe górskie zbocze. Psy przerwały skomlenie i najpierw rozszczekały się na całe gardło, a potem, jeden za drugim, zaczęły wyć. Mały podarunek od losu.

Kolumna na drodze zatrzymała się natychmiast. Przez kilka uderzeń serca wszystko zastygło w bezruchu, jakby bandyci nie dowierzali własnym oczom i uszom. Potem do wszystkich dotarło, co się dzieje, bo nagle konni spięli wierzchowce i pogalopowali na spotkanie strażników. Kenneth spokojnie uniósł do oka kuszę, wycelował. Jeźdźcy mieli do przebycia trzysta jardów po nierównym, kamienistym i wznoszącym się terenie. Nie wiadomo było, czy bardziej szarżują na wroga, czy starają się uciec z zagrożonego miejsca. Zresztą ci na drodze też nie czekali na wynik starcia. Piesi rzucili się w stronę doliny, woźnice po kilku nieudanych próbach zawrócenia pojazdów zeskakiwali z kozłów i ruszali za nimi.

1 ... 46 47 48 49 50 51 52 53 54 ... 123
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)