Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #1
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187080
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:
Niebo przeszło od różu, przez czerwień, do głębokiego karminu starego wina. Za kilka chwil miała zapaść noc.
Wtedy coś błysnęło w ostatnich promieniach zachodzącego słońca i z głuchym brzękiem wbiło się w lód, ledwo stopę przed nim. Dziryt z żelaznym grotem, obwieszony piórami i kawałkami kości, do których przykuto duchy. Broń Ag’heeri.
Skoczył do przodu chwilę przed tym, zanim przez miejsce, w którym stał, przeleciały dwa następne. Zacisnął dłonie w rękawicach i rozprostował szeroko palce. Pierwsze kalhh, zewnętrzna warstwa, nałożyło się na niego jak druga skóra. Osoba ustąpiła nieco miejsca Stworowi.
Zmysły wyostrzyły się, kontury wszystkich rzeczy wokół zarysowały ostrymi krawędziami, nad szum wiatru wybił się odgłos kroków. Czterech. Zlokalizował ich bez problemu, już nie próbowali się kryć. Niewysocy, ciemnoskórzy, z długimi do ramion, czarnymi jak noc włosami. Wystające na górne wargi kły pomalowali na czerwono, znak wojny. Moc, której używali, spowijała ich bordowo-czerwonymi wstęgami, wśród których tańczyły duchy. Ich broń, dziryty, topory do rzucania o ostrzach z brązu i ciężkie noże wyglądały chwilami, jakby zrobiono je z rozpalonego do białości metalu. Czary aż z nich kapały. Szamani.
Runął przed siebie, na północ, jeszcze nie jako jaszczurka, lecz i tak sadząc olbrzymie susy. Teraz nie liczyła się ostrożność, tylko szybkość. Ciągle była szansa, oni nie potrafili poruszać się po lodzie tak dobrze jak ktoś, kogo ruchami kierował Stwór. Miał szansę, miał...
Wyhamował niemal w miejscu, widząc kilkunastu ludzi, którzy wyszli zza wielkiej jak dom, lodowej bryły pod przewodnictwem masywnie zbudowanego, czarnowłosego mężczyzny w średnim wieku. Nie miał szans, zrozumiała to ta część jego osoby, która potrafiła logicznie myśleć. Od samego początku, od chwili, gdy wszedł na lodowiec, nie miał szans. Nawet ten dziryt rzucono tylko po to, by zmusić go do biegu w odpowiednim kierunku. Czekali tu.
Stwór, ukryty w pojedynczej warstwie kalhh, zaczął miotać się jak szalony, żądając bezgłośnie przybrania kolejnych. Walczyć, walczyć, walczyć, wył bezgłośnie. Poskromił go z największym wysiłkiem, wyprostował się godnie, wyższy teraz nieco niż stojący pośrodku grupy mężczyzna. Założył ręce na piersi, dłonie chowając w rękawy.
Szmer z tyłu powiedział mu, że czterej szamani zamknęli pułapkę. Gdyby byli tu tylko oni, mógłby spróbować walki, lecz ten człowiek, bóg kryjący się w nim... Pokłonił się z szacunkiem.
– Chwała zwycięzcom.
Mówiąc to, nie odrywał wzroku od broni, trzymanej przez czarnowłosego. Potężny topór o dwóch ostrzach w oczach większości śmiertelników wyglądał zapewne jak zwykła broń. On widział go jako diament prześwietlony blaskiem wybuchającej gwiazdy. Trzymający broń człowiek wydawał się wypełniać sobą przestrzeń i mimo że w jego drużynie było kilku wyższych i potężniej zbudowanych wojowników, przyciągał wzrok, zasysał całą uwagę. Reszta była dla niego tłem. Włosy miał niemal tak czarne jak szamani Ag’heeri, lecz skórę białą niczym śnieg. Zupełnie, jakby płonęło w nim jakieś światło. Ozdobił ją tatuażami, które więziły moc boga w ciele śmiertelnika, lecz i to ledwo wystarczało, by pomóc ją okiełznać. Setren był potężny, a jego awenderi uchodzili za najgroźniejszych na świecie.
Słysząc pozdrowienie schwytanego w pułapkę intruza, mężczyzna jedynie się uśmiechnął.
– Ga’naaeh – mruknął. – Tylko tyle zostało. Ga’ruulee się rozpadł. Choć walczył dobrze. A teraz zakończymy wojnę w tych górach. Mam rację?
Pod warstwą Stwora po raz pierwszy spojrzał mu w oczy. Człowiek, zwykły człowiek, bóg, jeśli tam był, nie raczył się pokazać. Stwór zawył o więcej warstw kalhh i walkę. Lecz topór awenderi wciąż płonął w rękach wojownika. Nakazywał ostrożność.
– Jeśli Kaha’leeh się rozpadnie, nie wiesz, co powstanie potem.
W chwili, gdy to powiedział, z trudem dobierając obce słowa, pojawił się wstyd. To brzmiało prawie jak targowanie się o życie. Mężczyzna musiał to tak odebrać, bo pokręcił głową.
– Nie daruję ci istnienia. Trzy tysiące moich ludzi zginęło za lodowcem, żeby wciągnąć ga’ruulee w pułapkę. Pięć tysięcy poległo w bitwie. I tyle samo Ag’heeri. Wy, aherowie, musicie odejść. Jeśli będzie do tego potrzebne zniszczenie waszego władcy...
Przerwał mu gniewnym parsknięciem, zły na tę chwilową słabość.
– Aherowie? Nawet nie wiesz, jak naprawdę się nazywamy, dzikusie. Kaha’leeh to nie władca i nie można go zniszczyć. Cokolwiek zrobisz ze mną, odrodzi się.
– Przekonamy się o tym później. Zanim się odrodzi, wyrzucimy was z tego zakątka Wszechrzeczy. A teraz... – Dał znak ręką.
Pozostałe warstwy kalhh owinęły się wokół niego, zanim awenderi skończył ruch. Osoba niemal natychmiast zniknęła, pojawił się Stwór. Skoczył do tyłu, w powietrzu odwracając się przodem do szamanów. Z tym mężczyzną nie miał szans, z nimi – niewielkie. Bez wahania sięgnął po guon, otworzył się na niego, przekuł w broń. Jeśli Moc uwięziona w lodowcu eksploduje, tym lepiej.
Z obu rąk, z obu łap, wysunęły się granatowe, niemal czarne na krawędziach ostrza. Zamachnął się poziomo, z siłą zdolną rozpłatać najbliższego Ag’heeri wpół. Czerń trafiła na rozpaloną do białości klingę noża, uwiązane do broni duchy zawyły, przekuwając rodzimą Moc na coś, czego guon nie mogło przeciąć. Pozostali szamani uwolnili swoje duchy i te runęły na niego niczym śnieżna burza. Czuł uderzenia, szarpanie i drapanie, coś podcięło mu nogi. Gdyby był osobą, przewróciłby się natychmiast. Stwór uskoczył tylko, unikając ataków, i sięgnął po więcej.
I w tym momencie spadła na niego Moc boga.
To było tak, jakby na świecę powiał wicher. Mrugnął i już nie było nic, stracił kontakt z guon, zabrakło mu tchu, ciało ogarnęło obezwładniające znużenie. Upadł na lód. Z najwyższym wysiłkiem obejrzał się na człowieka. Niby wyglądał tak samo, ale jednocześnie zupełnie inaczej. Teraz był prawdziwym awenderi – objętym przez Nieśmiertelnego. Jego towarzysze niemal znikli, wobec nagle objawionej Mocy. Ga’naaeh, nawet tak zdolny jak on, nie miał najmniejszych szans.
Mężczyzna ruszył ku niemu, unosząc topór. Bóg nie mógł sobie odmówić satysfakcji osobistego zakończenia tej walki.
I wtedy lodowiec, wciąż tętniący Mocą, wciąż syczący i bulgoczący w swych trzewiach, pokazał, że na świecie istnieją siły, które krzyżują plany nawet bogom. Rozległ się trzask i cały teren poruszył się lekko. Leżący na lodzie przybysz poczuł, jak podłoże pod nim pęka na drobne kawałki. Na mgnienie oka poczuł cudowną lekkość, po czym runął w dół.
Lodowata woda zamknęła go w wyciskającym powietrze z płuc uścisku. Stwór, ciągle sprawujący kontrolę nad ciałem, wpadł w szał. Ponownie sięgnął po guon, gotów roznieść wszystko na strzępy – i nagle zapadła ciemność.
Na górze zapanowało zamieszanie. Szamani Ag’heeri zorientowali się pierwsi, że lód zaczął pękać, w końcu żyli w górach dłużej niż ludzie. Ich duchy służebne rzuciły się z powrotem do swoich właścicieli, otoczyły ich, uniosły w górę. Towarzysze awenderi mieli mniej szczęścia, rozpadający się na kawałki lodowiec pochłonął kilku z nich, zanim interweniował Setren. Objął wszystkich własną mocą, tych ginących wyrwał z paszczy śmierci i przyciągnął ku sobie. Ustabilizował grunt, powstrzymał tańczące lodowe bryły. Zanim woda, wypełniająca wypłukaną w lodowcu pieczarę, zamknęła się nad obcym, stał już na krawędzi otworu i patrzył w dół. W chwili, gdy ga’naaeh sięgnął po guon, bóg wyciągnął rękę i wszystko zamarło. Całą przestrzeń pieczary wypełnił lód.