Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #1
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187080
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:
Przysunął chłopcu zaciśniętą pięść pod nos. Kenneth widział już, co cios ręki w takiej rękawicy może zrobić z twarzy. Odwrócił wzrok.
Uderzenie zabrzmiało obrzydliwie, mięsiście i mokro. I zaraz po nim rozległ się odgłos padającego ciała i głuche, zwierzęce ni to łkanie, ni skomlenie. Odgłos kroków, kopniak, szarpnięcie, dźwięk rozdzieranego materiału i dwa, nie, trzy szybkie ciosy, puste i dudniące, takie, które towarzyszą łamaniu żeber. Szloch, zdławiony kolejnym uderzeniem, coś, co musiało być lekceważącym, niemal obelżywym policzkiem, ale policzkiem zadanym dłonią w kolczej rękawicy, takim, który zdziera skórę z twarzy, zamieniając ją w krwawy placek. Krzyk, krótki krzyk i straszny, bulgotliwy odgłos, jaki wydaje ktoś, komu gardło miażdży stalowy uścisk. Szarpniecie. Uderzenie. Upadek. Łkanie. Kopniak.
Kenneth zamknął oczy, jego świat skurczył się, zwinął do punktu, w którym słuch staje się najważniejszym ze zmysłów. Żałował, że nie może zamknąć również uszu, zatkać ich palcami, odciąć się od sali i tego, co się na niej działo.
Był żołnierzem. Walczył i zabijał. Widział też wykonywane w majestacie prawa egzekucje, więcej, sam nieraz chwytał i dostarczał przed sąd zbójców, których później ścinano, ćwiartowano lub wieszano na hakach. To tutaj było, przez chwilę szukał odpowiedniego słowa, zwykłym bestialstwem.
– No już... – Nawer odezwał się po dłuższej chwili, dysząc ciężko. – No już, chłopcze... zrób to... zdejmij go i napluj... to nic, że z krwią. Tylko napluj i pójdziesz do domu... No już...
Kenneth otworzył oczy. Powiódł spojrzeniem po sali, wszyscy siedzieli jak sparaliżowani, gapiąc się na krwawe przedstawienie. Jakaś kobieta tuliła się do ramienia męża, ktoś był tak blady, jakby miał zaraz zwymiotować. Na większości twarzy malował się niesmak i obrzydzenie. Nawet jeśli wszyscy wiedzieli, o co toczy się gra, a na dodatek nie lubili Meekhańczyków, bandyta w zbroi masakrujący bezbronnego dzieciaka nie wzbudzał ich sympatii. Rozległo się kolejne mięsiste uderzenie.
Poczuł ruch z boku i z tyłu. Jeszcze chwila, a jego ludzie rzucą się do przodu.
– Kompania! – ryknął tak, że wtulona w męża kobieta podskoczyła. – Baczność!!!
Nie patrzył na nich, ale wyczuł wahanie, niepewność, pierwszy krok do buntu.
– Kompania! Do oddania honoru! Gotuj!
Szereg wyrównał się, wyprężył.
– Kompania! Na lewo patrz! Salut!
Huknął prawą pięścią o pierś i odszukał wzrokiem chłopaka. Chciał mu spojrzeć w oczy, chciał... przeprosić, ale krwawa miazga, w którą zamieniło się oblicze więźnia, w ogóle nie przypominała już ludzkiej twarzy.
Mimo wszystko chłopak musiał go usłyszeć. Nagle dzikim szarpnięciem uwolnił się z uchwytu Nawera i stanął prawie prosto. Jego prawa dłoń, zaciśnięta w pięść, dotknęła zakrwawionego płaszcza.
Salutował. Są rzeczy, które łamią nawet najtwardszych żołnierzy.
W następnej chwili rozległ się zgrzyt wyciąganego ostrza i chłopak zgiął się wpół, ze sztyletem wbitym w brzuch. Krzyknął krótko, strasznie, i powoli osunął się na kolana, ześlizgując z klingi. Nawer Ta’Klaw wyzywająco powiódł wzrokiem po sali i niespiesznym, teatralnym ruchem wytarł broń o koszulę więźnia. Pochylił się jeszcze i splunął na wyhaftowane na przodzie dwie szóstki, a potem jednym ruchem zerwał z chłopaka płaszcz i lekceważąco zarzucił go sobie na ramię.
– Mój koń będzie miał dobry pled na zimne noce. – Wyprostował się ze sztucznym uśmiechem, patrząc na porucznika. – A on chyba jednak myślał, że jest żołnierzem. A przecież prosiłem...
Przerwał mu odgłos odsuwanego krzesła.
– Nawerze Ta’Klaw – głos tahga niósł się po sali, mimo że władca zdawał się szeptać. – Wyciągnąłeś broń w mojej obecności, bez żadnego powodu. Zabierzesz swoich ludzi i opuścicie zamek, zanim wstanie słońce. Nie weźmiecie nic ponad to, co przynieśliście, i nie wrócicie tu przez rok, bez względu na to, jaki los napotkacie na swej drodze. Pod karą śmierci. Natychmiast.
Młody bandyta wykonał drwiący ukłon w stronę tahga.
– Oczywiście, wuju. I tak miałem już wyjeżdżać. Za trzy dni w Gaven’le ma odbyć się doroczny targ, uczty, tańce, zabawa. Będzie weselej niż tu, gdzie trochę krwi na płaszczu powoduje u niektórych mdłości – wykrzywił się tym razem bez udawania, paskudnym, okrutnym uśmiechem. – Mam nadzieję, że niektórych z was spotkam jeszcze kiedyś... W górach.
Ruszył do wyjścia, ciągnąc płaszcz po ziemi i nie spuszczając wzroku z żołnierzy. Przyboczni ruszyli za nim. Wyszli w całkowitej ciszy. Kapłan swoim zwyczajem gdzieś znikł.
Kenneth podszedł do chłopaka pierwszy. Za nim reszta kompanii. Od razu widać było, że rana jest śmiertelna. Ostrze weszło poniżej pępka i rozpruło brzuch prawie do mostka. Mimo wszystko żył jeszcze, krótkimi, chrapliwymi haustami zasysając powietrze. Porucznik ukląkł obok, bogowie wybaczcie mi, pomyślał, nawet nie wiem, jak on ma na imię.
– Dzielnie się spisałeś – szepnął wreszcie.
Wokół zgromadzili się jego ludzie. Niemal ich nie dostrzegał. Delikatnie dotknął twarzy umierającego, ktoś ściągnął swój płaszcz i mu go podał. Kenneth wsunął zwinięty materiał chłopakowi pod głowę.
– Jesteś prawdziwym żołnierzem, mały. Najprawdziwszym strażnikiem.
Wstał, przepchnął się przez żołnierzy i wszedł na podwyższenie. Stanął przy stole tahga.
– Proszę mi powiedzieć, hrabino, czy będziemy mieli pokój?
– Tak, poruczniku. Podpiszemy stosowne umowy – zdołała mu spojrzeć w twarz i zaskoczyć. Nie spodziewał się łez.
– To dobrze. Tangu, czy poselstwo dostanie odpowiednią eskortę na drogę powrotną?
– Oczywiście. Chcecie już wracać?
– Miałem rozkaz, żeby doprowadzić delegację tutaj. Wykonałem go. Jeden z moich ludzi... z moich żołnierzy powinien zostać jak najszybciej pochowany w domu. Przynajmniej tyle mu jestem winien. Przynajmniej tyle jest mu winne Imperium.
Odwracał się, gdy hrabina poruszyła się gwałtownie.
– Poruczniku, ja... Napiszę raport, w którym przedstawię dokładnie całą sprawę – wyszeptała, przełknęła ślinę i dodała głośniej – wszystkie... okoliczności. To nie musi się źle skończyć. Pańska kompania...
– Moja kompania to moja sprawa, hrabino. On skatował tego dzieciaka, a potem napluł na nasz płaszcz i wyszedł stąd żywy, zabierając go ze sobą. Co byś zrobił tahgu, gdyby nie był twoim siostrzeńcem?
– Urwałbym mu łeb, strażniku. Za hańbę, jaką ściągnął na mój dom – zderzyli się wzrokiem. Kenneth nie spodziewał się znaleźć w twarzy władcy Wynde’kann ponurego, pierwotnego w swojej głębi poczucia sprawiedliwości. – Obiecałem jego matce... – wyszeptał.
– Czy jego krew zostanie między nami?
Zaskoczenie. Oczy Aeryssa zrobiły się bardzo zimne.
– Obiecałem, że nie wystąpię przeciw niemu, nie, że będę go chronił na każdym kroku. Zwłaszcza gdy próbuje mi wydrzeć tron spod tyłka... On ma trzystu ludzi – dodał po chwili.
– Wiem. – Porucznik skinął głową i zszedł do swoich żołnierzy. Musieli się spieszyć.
—— • ——
Zebrali się w kwaterze. Ciało chłopaka zabrali ze sobą i nikt nie próbował ich powstrzymać. Gdy wychodzili z sali głównej, towarzyszyła im cisza. I wstyd. Znak kompanii został zhańbiony, a człowiek, który to zrobił, żył i miał się dobrze. Po powrocie do koszar zostaną osądzeni i najpewniej rozwiązani. Szósta Kompania przestanie istnieć.
Kenneth stanął pośrodku największego pomieszczenia i obserwował, jak jego ludzie się krzątają. Podnosili broń, zakładali zbroje, pakowali zapasy na drogę. Nikt nie patrzył mu w oczy. Nikt w ogóle na niego nie patrzył. Tchórz. To słowo wisiało w powietrzu, lepiło się do ścian, wypełniało przestrzeń. Nikt go głośno nie powiedział, ale... Zacisnął pięści i wtedy wyczuł ruch. Andan. Krępy dziesiętnik szedł ku niemu powoli, nie sięgał po broń, lecz nie musiał. Wystarczyło, że powie to, co większość myślała.