KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody Erasta Fandorina #8
- Язык: польский
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:
Wtedy Freyby obrócił się ku mnie, otworzył jedno oko i powiedział:
- Live your own life.
Wyjął słownik, przetłumaczył:
- Żyć... swój... własny... życie.
A potem, widocznie uznając temat za wyczerpany, znowu zmrużył powieki.
Te dziwne słowa wymówił tonem, jakim udziela się dobrych rad. Zacząłem myśleć, co to może oznaczać: żyć swój własny życie. „Żyj swoim własnym życiem”? W jakim sensie?
Ale wtedy mój wzrok padł na klomb z zegarem kwiatowym, zobaczyłem, że już trzecia, i zadrżałem.
Chroń, Wszechmocny, mademoiselle Declique.
* * *
Minęła godzina, dwie, trzy. Guwernantka wciąż nie wracała. Karnowicz czuwał przy aparacie telefonicznym, ale oczekiwane wiadomości nie nadchodziły.
Trzykrotnie dzwoniono za to z pałacu Aleksandrowskiego od najjaśniejszego pana i dwukrotnie od Kiryła Aleksandrowicza.
O siódmej przybył Symeon Aleksandrowicz z adiutantem. Do domu nie chciał wejść, rozkazał podać zimny kruszon w altance ogrodowej. Towarzyszący generałowi-gubernatorowi kornet Gliński pragnął przyłączyć się do jego wysokości, ale wielki książę powiedział ostro, że zamierza pobyć w samotności, i młody człowiek z miną zbitego psa pozostał za balustradą.
- Jak wasi Anglicy? - spytał Symeon Aleksandrowicz, kiedy podawałem mu kruszon. - Pewnie czują się zupełnie porzuceni z powodu tego... - zrobił nieokreślony gest ręką - tego wszystkiego? Jak tam mister Carr?
Nie od razu odpowiedziałem na to pytanie. Uprzednio, przechodząc korytarzem, znowu słyszałem odgłosy gwałtownej kłótni między lordem Banville’em a jego przyjacielem.
- Sądzę, wasza wysokość, że milord i mister Carr są zdenerwowani tym, co się zdarzyło.
- Mmm, tak, to niegościnnie. - Wielki książę strzepnął z zadbanego wąsa wiśniową kropelkę, pobębnił palcami po stole. - Wiesz co, braciszku, zaproś no tutaj mister Carra. Chcę z nim o czymś porozmawiać.
Skłoniłem się i odszedłem wypełnić polecenie. Dostrzegłem tragiczny wyraz twarzy księcia Glińskiego - załamane brwi, pobladłe wargi, nieprzytomny wzrok. Ach, panie, chciałbym mieć tylko takie problemy! - pomyślałem.
Mister Carr siedział u siebie w pokoju przed lustrem. Na zadziwiająco żółtych włosach miał ażurową siateczkę, purpurowy szlafrok w smoki rozsunął się szeroko na białej, bezwłosej piersi. Kiedy przekazałem mu po francusku zaproszenie jego wysokości, Anglik zaróżowił się i polecił przekazać, że przybędzie natychmiast.
Tout de suite przeciągnęło się w dobry kwadrans, jednak Symeon Aleksandrowicz, znany z niecierpliwego i cholerycznego usposobienia, tym razem pokornie czekał.
Kiedy mister Carr przyszedł do altanki, wyglądał jak z obrazka: słoneczne promienie pobłyskiwały iskierkami na jego nieskazitelnej koafiurze, kołnierzyk niebieskiej koszuli idealnie podpierał zarumienione policzki, a śnieżnobiały smoking z zieloną niezapominajką w butonierce wprost oślepiał.
Nie wiem, o czym rozmawiali po angielsku jego wysokość i piękny dżentelmen, ale byłem zaszokowany, kiedy w odpowiedzi na jakąś uwagę Symeona Aleksandrowicza mister Carr melodyjnie się roześmiał i lekko uderzył wielkiego księcia dwoma palcami po nadgarstku.
Rozległ się nerwowy szloch. Odwróciłem się i zobaczyłem, jak książę Gliński pędzi na oślep, po dziewczyńsku wyrzucając przed siebie długie nogi w ułańskich rajtuzach.
Boże, Boże!
Mademoiselle wróciła za sześć ósma. Kiedy tylko Karnowicz zobaczył na końcu alei długo wyczekiwany pojazd, natychmiast polecił mi wezwać Fandorina, tak że ledwie zdążyłem zauważyć za szeroką sylwetką woźnicy znajomy biały kapelusik.
Truchcikiem przemierzyłem korytarz i chciałem zastukać do drzwi Erasta Piotrowicza, ale dźwięk dochodzący ze środka dosłownie mnie sparaliżował.
Znowu szloch, jak minionej nocy!
Nie wierzyłem własnym uszom. Czyżby Ksenia Gieorgijewna do tego stopnia straciła rozsądek, że przychodzi tutaj i za dnia? Przypomniałem sobie, że od rana w ogóle nie widziałem jej wysokości - nie wyszła ani na śniadanie, ani na obiad. Cóż tu się dzieje?!
Obejrzawszy się, przypadłem uchem do znanej mi już dziurki od klucza.
- No d-dobrze, dobrze - usłyszałem charakterystyczne jąkanie Fandorina. - Później pan p-pożałuje, że tak się przede mną wyżalił.
Cienki, rwący się głos odpowiedział:
- Nie, po pańskiej twarzy od razu widać, że jest pan szlachetnym człowiekiem. Dlaczego on mnie tak męczy? Zastrzelę tego podłego brytyjskiego wiercipiętę, a potem zastrzelę się sam! Na jego oczach!
Nie, to nie była Ksenia Gieorgijewna.
Uspokoiłem się i głośno zastukałem.
Otworzył mi Fandorin. Pod oknem, odwrócony plecami, stał adiutant Symeona Aleksandrowicza.
- Zechcijcie, panie, udać się do bawialni - powiedziałem spokojnym głosem, patrząc w nienawistne niebieskie oczy. - Mademoiselle Declique wróciła.
* * *
- Czekałam co najmniej czterdzieści minut w tej wielkiej, na wpół pustej cerkwi i nikt do mnie nie podchodził. Potem przybliżył się cerkiewny posługacz i podał mi notatkę ze słowami: „Polecono przekazać”. - Tę frazę mademoiselle wypowiedziała po rosyjsku.
- Nie spytała pani, kto polecił? - przerwał szybko Karnowicz.
- Gdzie notatka? - Symeon Aleksandrowicz władczo wyciągnął rękę.
Guwernantka z roztargnieniem przeniosła spojrzenie z pułkownika na generała-gubernatora. Zdaje się nie wiedziała, komu odpowiedzieć najpierw.
- Nie przerywać! - rozkazał groźnie Gieorgij Aleksandrowicz.
W bawialni byli jeszcze Paweł Gieorgijewicz i Fandorin, ale ci nie rzekli słowa.
- Tak, spytałam, od kogo notatka. A on rzekł: „Od mężczyzny”, i odszedł.
Zobaczyłem, jak Karnowicz zapisał coś w malutkim zeszyciku, i domyśliłem się: sługa zostanie odnaleziony i przesłuchany.
- Notatkę potem mi odebrali, ale jej treść zapamiętałam co do słowa: „Wyjdźcie na plac, idźcie na bulwar i okrążcie małą cerkiew”. Tekst był po francusku, litery nie drukowane, tylko zwykłe. Charakter pisma - drobny, pochylony w lewo.
Mademoiselle spojrzała na Fandorina, on skinął jej z uznaniem. Serce mi się ścisnęło.