Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #1
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187080
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:
Oficer skinął głową. Nie było w tym ich winy, on sam nie przewidział takiej możliwości.
– Ustawić się dziesiątkami!
Oddział w kilka uderzeń serca stworzył cztery proste, idealnie równe linie. Mimo wszystko byli częścią armii Imperium.
– Czy to wszyscy twoi ludzie, poruczniku? – Kapłan uśmiechnął się jadowicie.
– Tak.
– A ten? – Palec wysunął się oskarżycielsko w stronę leżącego na ziemi ciała.
– Ten nie jest mój.
– Więc czyj? I dlaczego nosi znaki twojej kompanii? I dlaczego skrada się pod bramą, w nocy, tak by nikt go nie widział? I gdzie jest reszta tych „nie twoich” ludzi?
Każde zdanie ociekało ironią. Kenneth spojrzał w oczy Jawena i zobaczył w nich... oczekiwanie. Teraz twój ruch, zdawało się mówić to spojrzenie, przegrałem z hrabiną, lecz teraz ty jesteś moim przeciwnikiem. Spokojnie zszedł z podwyższenia, przykląkł przy leżącym, całkowicie ignorując narastający szum. Delikatnie obrócił go na wznak, sprawdził puls. Chłopak żył i wyglądało na to, że poza wielką śliwą na czole nie odniósł innych obrażeń. Kenneth wstał i zwrócił się do sali.
– Górska Straż oprócz numerów nosi na płaszczach własny symbol – powiedział, dotykając odznaki na piersi, na której widniał stylizowany psi łeb. – Wyszyć sobie dowolny numer może każdy, ale za sfałszowanie znaku Straży trafia się pod topór.
Nie musiał dodawać, że na płaszczu więźnia nie ma takiego znaku. Gwar ucichł i porucznik uświadomił sobie, że jest w centrum zainteresowania wszystkich na sali. Odchrząknął.
– Ten płaszcz należał do mojego dziesiętnika i w podarunku trafił do rąk pewnego dziecka, które bogowie dotknęli w specjalny sposób. – Pochylił się i wziął leżącego na ręce. – A Imperium nie przyjmuje do armii kogoś, kogo pocałowała Pani Losu.
Ruszył wzdłuż sali, od ławy do ławy. Chłopak był lekki, niemal za lekki na swój wiek, głowa zwisała mu bezwładnie. Płaska twarz, lekko skośne oczy, cofnięty podbródek były wyraźnie widoczne. Nikt przy zdrowych zmysłach nie mógł nadal sądzić, że to szpieg. Ludzie kiwali głowami, uspokajali się, większość przenosiła rozbawione spojrzenia na Jawena i Nawera. Stawało się jasne, że tych dwóch zrobiło z siebie głupców.
Kenneth obszedł salę dokoła i stanął przed kapłanem. Ten spojrzał mu w oczy i uśmiechnął się szeroko. Uśmiechnął!
– Dobrze, poruczniku. To wyjaśnia nasze małe nieporozumienie. – Skinął ręką, a dwóch przybocznych Nawera podeszło i odebrało Kennethowi chłopca. – Nadal jednak nie wiemy, co z nim zrobić, w końcu przekradł się przez granicę i kręcił koło zamku. Taka rzecz nawet idiocie nie może ujść płazem.
– Poruczniku – hrabina zawołała go ze szczytu stołu. – Proszę do mnie podejść.
Coś w jej głosie kazało mu powrócić na miejsce. Patrzyła na niego w napięciu, z twarzą nieruchomą jak maska. Zalotna, rozszczebiotana dziewczyna zniknęła całkowicie. Wyszeptała:
– Poruczniku, tutejsi ludzie nie uznają – zawahała się – osób takich jak ten chłopiec za dotkniętych przez Panią Losu. Nie wierzą, że przynoszą oni szczęście. W niektórych, co bardziej starożytnych odmianach kultu Setrena uważa się ich wręcz za naznaczonych przez ciemność. Są wioski, gdzie po urodzeniu się takiego dziecka i je, i matkę zakopuje się żywcem w ziemi. Rozumie pan?
Nie rozumiał. Pokręcił głową.
– Nikt i nic go tu nie chroni. Ale jeśli któryś z pańskich żołnierzy wyciągnie broń, nie wyjdziemy stąd żywi. Widziałam uzbrojonych ludzi w drzwiach i nie była to straż tahga.
Kenneth przeniósł wzrok na podoficerów i ledwo dostrzegalnie wskazał na wciąż stojących w idealnych liniach strażników. Zrozumieli. Poderwali się z krzeseł i podeszli do swoich dziesiątek. Zajęli miejsca w szeregu.
– Co teraz? – porucznik skierował to pytanie bezpośrednio do hrabiny.
– Teraz – opuściła wzrok i zaraz podniosła z powrotem. – Teraz go zabiją.
Zaskoczyła go, ale najwyraźniej mówiła serio.
– Nie... Tangu...
– Nie, strażniku, nie mogę. – Władca Wynde’kann nie spojrzał na niego, zacisnął tylko dłonie w pięści. – To jeniec Nawera, nawet ja nie mam takich praw, by mu go odebrać. To nie jest sprawa między mną a nim, lecz między nim a tobą.
– Przyjmie wyzwanie?
Słowa wyrwały mu się, jakby w ogóle ominęły część mózgu odpowiedzialną za myślenie.
– Zabraniam! – szept hrabiny zabrzmiał żelazem. – Oficer Imperium nie skrzyżuje miecza z bratankiem tahga! Jeśli przegrasz, on i tak go zabije. Jeśli wygrasz, jeśli przelejesz tu krew kogoś z rodu Syna Topora, będziemy mieli wojnę. Nie wolno wam nic zrobić. Nic!
Kenneth odwrócił się w stronę sali, gdzie trwały przygotowania do przedstawienia.
Chłopak stał, trzymany za ręce przez dwóch zbirów Nawera. Głowa nadal opadała mu na pierś, przybrudzony płaszcz sięgał ziemi, kryjąc stopy. Siostrzeniec tahga spojrzał na porucznika i uśmiechnął się. Skinął dłonią, ktoś chlusnął wodą w twarz jeńca. Szarpnięcie, zdławiony krzyk, opancerzone dłonie mocniej zaciskające się na ramionach. Kenneth nie widział twarzy dzieciaka, ale ruch barków, nagłe zesztywnienie całej postaci, paniczne kręcenie głową mówiły wszystko. Ból, szok, dezorientacja. Niezrozumienie.
– Wiesz, gdzie jesteś?
Głos Nawera był cichy i uprzejmy. Chłopak nie odpowiedział, jego głowa nadal poruszała się we wszystkie strony, jakby czegoś szukał. Od niechcenia, na odlew, bandyta uderzył go w twarz. Głowa więźnia odskoczyła w tył, wróciła na miejsce i znieruchomiała.
– Zadałem ci pytanie. Czy wiesz, gdzie jesteś?
Cisza. I po chwili:
– Nie, panie. Nie wiem.
– Dobrze, umiesz mówić. A słuchać?
– Nie... nie wiem, panie.
– Widzisz, ja powiem ci, gdzie jesteś, a ty powiesz mi, kim jesteś. – Nawer uśmiechnął się jeszcze szerzej i znów spojrzał na Kennetha. Porucznikowi pas z mieczem nagle zaciążył u boku, dłonie przeszło mrowienie.
– Jesteś w zamku Law-Deren, stolicy wolnego królestwa Wynde’kann. Zakradłeś się pod bramę i tam cię schwytaliśmy. Czy jesteś szpiegiem?
Znów cisza, jakby chłopak musiał przemyśleć sobie nawet tak proste pytanie.
– Nie wiem, panie.
– Nie wiesz? – Nawer złapał chłopaka za włosy. – Jak to, nie wiesz?
– Nie wiem... nie wiem, co to szpieg, panie.
Ktoś na sali parsknął śmiechem, krótkim, nerwowym, zduszonym zaraz.
– To ktoś bez honoru i godności. Czy wiesz, co to honor, chłopcze?
Nawer spokojnie czekał na odpowiedź.
– Nie kłamać, panie... I być dobrym dla innych...
– Dobrze. Nie kłamać. Powiesz mi więc, co tu robiłeś?
Sformułowanie odpowiedzi zajęło więźniowi kilka uderzeń serca. Przez chwilę wyglądało na to, że próbuje się wyszarpnąć z rąk przybocznych, wreszcie skinął tylko głową w stronę wyszytych na płaszczu dwóch szóstek.
– Ja teraz jestem żołnierzem, panie... Mój oddział szedł do was, to i ja szedłem.
Szum i zaraz cisza, kilku żołnierzy Górskiej Straży poruszyło się. Kenneth tylko spojrzał na dziesiętników i kompania znów stała jak na defiladzie.
– Żołnierzem? – Siostrzeniec tahga uśmiechnął się zachęcająco. – I kazali ci tu przyjść?
– Nie, panie. Sam przyszedłem.
– A czy wiesz, że za skradanie się pod zamkiem, za przepatrywanie murów, karą jest śmierć?
Chłopak szarpnął się, zesztywniał.
– Nie, panie... ja...
– Cicho! Jeśli nosisz płaszcz imperialnej armii i ukrywasz się nocą pod twierdzą w innym kraju, to nie pomogą ci wykręty. Karą za to jest zamurowanie żywcem w lochu i zostawienie cię tam, dopóki nie umrzesz z głodu. To surowa kara, lecz sprawiedliwa. Szpieg to najgorszy łotr. Ktoś, kto skrada się w nocy, żeby wbić ci nóż w plecy. Rozumiesz, chłopcze?