KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody Erasta Fandorina #8
- Язык: польский
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:
Otworzyłem oczy i natychmiast je zmrużyłem przed rażącym światłem, które widocznie właśnie teraz dotarło do mojej twarzy.
Zachwyt ze snu zamienił się w przestrach: sądząc po tym, jak wysoko na niebie wznosił się świecący dysk, było już późno. W każdym razie pora śniadania już z pewnością minęła.
Jęknąłem, podskoczyłem i dopiero wtedy przypomniałem sobie, że nadal jestem wolny od codziennych obowiązków - tymczasowo przejął je Somow. A potem nadstawiłem ucha i stwierdziłem, że w pałacu panuje cisza.
No tak, jasne. Wszyscy położyli się tak późno, że zapewne nikt jeszcze nie wstał.
Umyłem się, zmieniłem odzież i poszedłem skontrolować służbę. Upewniłem się, że przynajmniej ona nie śpi, a stół jest już dawno nakryty do śniadania.
Wyszedłem na dwór sprawdzić, czy ekwipaże są gotowe do wyjazdu, a przy okazji zajrzałem do ogrodu, żeby narwać tulipanów dla Kseni Gieorgijewny i bratków dla mademoiselle Declique.
Na polance spotkałem pana Fandorina. Ściśle mówiąc, dostrzegłem go pierwszy i zupełnie nieodpowiedzialnie schowałem się za drzewo.
Erast Piotrowicz zdjął białą koszulę, wykonał ramionami jakieś wymyślne ruchy i nagle podskoczył, zawisając na dolnej gałęzi rozłożystego klonu. Chwilę pohuśtał się i rozpoczął jakieś zupełnie fantastyczne ćwiczenie - przeskakiwał z gałęzi na gałąź, zręcznie przebierając rękoma. Takim sposobem okrążył cały klon i powtórzył tę procedurę raz jeszcze.
Nie mogłem oderwać oczu od smagłego, muskularnego ciała, czując palące, zupełnie obce mojej naturze uczucie bezsilnej wściekłości. O, gdybym był czarnoksiężnikiem, natychmiast przemieniłbym tego mężczyznę w małpę - wtedy mógłby skakać sobie po drzewach, ile tylko zechce.
Z wielkim wysiłkiem odwróciłem się i dostrzegłem, że w jednym z okien parteru odsunęła się zasłona. Wydaje się, że był to pokój mister Carra. W tej samej chwili dostrzegłem samego Anglika. Nie odrywał wzroku od ćwiczącego Fandorina: warga przygryziona, palce pieszczotliwie głaszczą szkło, a na twarzy wyraz rozmarzenia.
Dzień, który rozpocząłem tak późno, ciągnął się z męczącą powolnością. Próbowałem się zająć przygotowaniami do planowanych przyjęć, rautów i ceremonii, ale szybko wymówiłem się od wszystkich odpowiedzialnych zadań, ponieważ wymagały powagi i pełnego skupienia, gdy tymczasem moje myśli dalekie były od rozważań nad menu, polerowania sreber i wietrzenia mundurów paradnych i sukien.
Nie udało mi się zamienić ani jednego słowa z mademoiselle, ponieważ nie odstępował jej Karnowicz, cały czas udzielając instrukcji w związku z kolejnym spotkaniem z porywaczami. O drugiej po południu guwernantkę wsadzili do kolaski i uwieźli - widziałem tylko jej plecy, kiedy z podniesionym czołem schodziła po schodkach werandy. W ręku miała torebkę, a w niej zapewne brylantowy bukiecik, przepiękne arcydzieło lejbjubilera Pfistera.
Kiedy mademoiselle wyjeżdżała, siedziałem na ławeczce w towarzystwie mister Freyby’ego. Kilka minut wcześniej, zatrwożony, wyszedłem na przechadzkę wokół pałacu i zobaczyłem na polance angielskiego butlera. Tym razem był bez książki. Po prostu siedział i z rozkoszą pławił się w promieniach słońca. Wyglądał tak spokojnie i beztrosko, że zatrzymałem się, ogarnięty nagłym atakiem zawiści. Oto jedyny w tym oszalałym domu człowiek, który zachował normalność i zdrowy rozsądek - pomyślałem. I wtedy poczułem niepowstrzymaną chęć, by tak jak on porozkoszować się pogodnym dniem, posiedzieć na nagrzanej słońcem ławeczce, wystawić twarz na podmuchy lekkiego majowego wietrzyka i o niczym nie myśleć.
Widać Brytyjczyk w jakiś tajemniczy sposób odgadł moje pragnienie. Otworzył oczy, grzecznie uniósł melonik i wykonał zapraszający gest: może zechcielibyście się przyłączyć? Nic w tym złego - pomyślałem. Przynajmniej nerwy trochę się uspokoją.
Podziękowałem („tenk ju”), usiadłem. Rzeczywiście na ławeczce było cudownie. Mister Freyby skinął mi głową, ja jemu, i ten rytuał świetnie zastąpił towarzyską pogawędkę, na którą, umęczony fatalnym samopoczuciem, raczej nie znalazłbym sił.
Kiedy kolaska powiozła mademoiselle Declique na Wołchonkę, do świątyni Chrystusa Zbawiciela, znowu się zdenerwowałem i zacząłem wiercić się na ławeczce. Wtedy butler wyjął z obszernej kieszeni płaską, skórzaną manierkę, odkręcił srebrną zakrętkę, nalał do niej jakiegoś bursztynowego napoju i wyciągnął ku mnie. Sam zaś gotował się pić wprost z manierki.
- Whisky - wyjaśnił, dostrzegając moje niezdecydowanie.
Wiele słyszałem o tym anglosaskim trunku, nigdy jednak nie udało mi się go skosztować. Muszę powiedzieć, że w ogóle nie spożywam mocnych napojów alkoholowych, a i nawet niezbyt mocne - kieliszek małmazji - wypijam tylko dwa razy do roku, na Wielkanoc i w dzień imienin Gieorgija Aleksandrowicza.
Jednak Freyby pociągnął z taką przyjemnością, że przestałem się wahać - odchyliłem głowę i wypiłem do dna, tak jak lejtnant Endlung zwykł czynić z rumem.
Gardło jakby mi ktoś przejechał pilnikiem, z oczu pociekły łzy i zupełnie nie mogłem zaczerpnąć powietrza. Z przerażeniem spojrzałem na podstępnego Anglika, a on mrugnął do mnie przychylnie, jakby był rad ze swojego okrutnego żartu. Po co ludzie piją takie świństwo?
Ale wewnątrz zrobiło mi się gorąco i błogo, trwoga zniknęła. Zastąpił ją spokojny smutek - zadumałem się nad ludźmi, którzy pozbawiają swoje życie sensu i tworzą wieczny chaos, a potem sami się przez to męczą i cierpią.
Świetnie się nam milczało. Oto kto mógłby mi doradzić w sprawie Kseni Gieorgijewny - pomyślałem nagle. Od razu widać, że to człowiek roztropny, nietracący głowy w żadnej sytuacji. Pana ma takiego, że nie pozazdrościć, a z jaką godnością się zachowuje! Jednak rozmowa z Anglikiem o tak drażliwej sprawie była zupełnie niemożliwa. Westchnąłem ciężko.