KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody Erasta Fandorina #8
- Язык: польский
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:
O czwartej w nocy, kiedy, ledwie żywy ze zmęczenia, szedłem korytarzem, przed drzwiami Fandorina spotkałem pana Masę w bardzo dziwnej pozie. Siedział na podłodze, założywszy nogi jedna na drugą, i kiwał się sennie.
Zatrzymałem się zaskoczony i wtedy dosłyszałem, że z pokoju dobiega niepowstrzymany szloch.
- Dlaczego pan tutaj, a nie w środku? - spytałem. - Kto jest, u pana Fandorina?
Straszne podejrzenie kazało mi zapomnieć o pozostałych przeżyciach.
- Pozwoli pan, muszę coś przekazać panu Fandorinowi - oznajmiłem zdecydowanie i złapałem za klamkę, jednak Japończyk szybko się podniósł i zagrodził mi drogę.
- Nie worno - rzekł, wpatrując się we mnie czarnymi oczyma. - Pan pracze. Baldzo przeżywa za chlopcyka. Patrzeć nie worno. Wstyd.
Łże, od razu zrozumiałem, że łże!
Nie mówiąc nic więcej, wbiegłem na bel etage i zastukałem do drzwi Kseni Gieorgijewny. Żadnej odpowiedzi. Ostrożnie otworzyłem zamek masterkluczem. Pusto. I pościel nieruszona.
Nogi się pode mną ugięły. Ona jest tam, sam na sam z tym uwodzicielem!
Boże, dopomóż. Na jakie próby wystawiasz dom Romanowów!
Pospieszyłem do pokoju odźwiernego, gdzie godzinę wcześniej umieściłem pułkownika Karnowicza, doprowadziwszy tam telefon z przedpokoju.
Naczelnik policji pałacowej otworzył mi w samej koszuli i bez nieodłącznych ciemnych okularów. Jego oczy okazały się małe, przenikliwe, z czerwonymi powiekami.
- No co, Ziukin? - Zmrużył powieki. - Jednak zdecydowaliście się powiedzieć, co planuje wasz przyjaciel?
- Jej wysokość spędza noc w pokoju pana Fandorina - zameldowałem szeptem. - Słyszałem jej płacz. I boję się... że sama tam poszła.
Karnowicz ziewnął rozczarowany:
- To oczywiście jest bardzo pikantne i ja, jako naczelnik policji pałacowej, mam obowiązek wiedzieć, z kim spędzają noce panny cesarskiego rodu, jednak moglibyście powiadomić mnie o tym rano. Ja, Ziukin, proszę sobie wyobrazić, zamierzałem trochę pospać.
- No, ale jej wysokość ma narzeczonego, księcia Olafa! A poza tym jest panną! Panie pułkowniku, może jeszcze nie jest za późno, by temu przeszkodzić!
- No, na pewno nie. - Znowu ziewnął. - Mieszać się w amory wielkich księżnych nie mam najmniejszego zamiaru. Takich rzeczy nigdy by nam nie wybaczono. A co do panny... no, dziewica była i się zmyła. - Skrzywił się w uśmieszku. - Od płaczu do pocieszenia niedaleko, wszyscy wiemy, że ta droga jest krótka, a wasz przyjaciel Fandorin ma reputację pożeracza serc. Księciu Olafowi nic nie ubędzie. Przecież żeni się nie z dziewicą, tylko z domem Romanowów. Niewinność to błahostka. Ale nie są błahostką Fandorinowe dziwactwa. Bardzo się boję samodzielnej działalności naszego Pinkertona. Jeśli chcecie mi pomóc, a zarazem i najjaśniejszemu panu, opowiedzcie wszystko, co wiecie.
I opowiedziałem - o Chitrowce, o Kikucie, o jutrzejszym bandyckim zlocie.
- Bzdura - podsumował Karnowicz, wysłuchawszy mnie do końca. - Kompletna bzdura. Zresztą, prawdę mówiąc, tego się spodziewałem.
O śnie nawet myśleć nie mogłem. Chodziłem tam i z powrotem korytarzem bel etage, wyłamując palce. Równocześnie bałem się, że rozbudzę swoim tupaniem Gieorgija Aleksandrowicza, choć tak naprawdę to tylko tego chciałem. Spytałby mnie wtedy, co tu robię o tej głuchej godzinie i dlaczego mam taką minę, a ja opowiedziałbym jego wysokości, co się dzieje.
Ale nadzieja była mała i niegodna. Po tym, co przeżył dzisiaj wielki książę, nie mogłem dorzucać na jego barki jeszcze i tego brzemienia. Dlatego przestałem chodzić i usiadłem na półpiętrze.
O świcie, kiedy wstydliwe nitki nowo narodzonego słońca ułożyły się na zwierciadlanym parkiecie, na schodach rozległy się lekkie kroki i zobaczyłem Ksenię Gieorgijewnę, okutaną w lekki, zwiewny szal.
- Afanasiju, to ty? - spytała, nie tyle się dziwiąc, ile jakby nie nadając żadnego znaczenia naszemu spotkaniu o tak niezwykłej porze.
Wyraz twarzy miała dziwny. Nigdy wcześniej takiego nie widziałem - jakby coś ją zupełnie odmieniło.
- Jak w to wszystko trudno uwierzyć - powiedziała Ksenia Gieorgijewna, siadając na schodku. - Życie jest takie dziwne. Koszmar i piękno obok siebie. Nigdy nie czułam się taka nieszczęśliwa i taka szczęśliwa zarazem. Jestem potworem, tak?
Jej wysokość miała spuchnięte oczy i usta. No, oczy to od płaczu. A usta?
Skłoniłem się tylko, ale nic nie odpowiedziałem, choć bardzo dobrze zrozumiałem sens jej słów. Jeślibym się ośmielił, to rzekłbym: „Nie, wasza wysokość, nie wy jesteście potworem, tylko Erast Piotrowicz Fandorin. Pani jeszcze jesteś młodziutką, niedoświadczoną panienką”.
- Spokojnej nocy, wasza wysokość - powiedziałem w końcu, choć noc już się skończyła, i poszedłem do siebie.
Nie rozbierając się, usiadłem w fotelu i przez jakiś czas tępo słuchałem szczebiotu jakichś porannych ptaków. Być może słowików, a może drozdów. Nigdy ich nie rozróżniałem. Słuchałem i słuchałem, nawet nie zauważyłem, kiedy zasnąłem.
* * *
Przyśniło mi się, że jestem lampą elektryczną i mam oświetlać salę, po której krążą walcujące pary. Z góry doskonale widziałem łunę epoletów, blask brylantowych diademów, złote iskierki na ozdobnych haftach mundurów. Grała muzyka, pod wysokim sklepieniem pobrzmiewało echo licznych głosów, zlewających się w jednolity szum. I nagle zauważyłem, że zderzyły się dwie pary. Potem jeszcze dwie, i jeszcze. Ktoś upadł, kogoś podniesiono za ręce, lecz orkiestra grała coraz szybciej i szybciej, a wirowanie par nie ustawało ani na sekundę. Nagle zrozumiałem, w czym rzecz - źle wypełniałem obowiązki, moje światło było zbyt słabe i to spowodowało chaos. Zdjęty paniką naprężyłem się, żeby płonąć intensywniej, ale nic z tego nie wyszło. Wręcz przeciwnie, z każdą chwilą w sali stawało się coraz ciemniej. Dwie znamienite pary, wirując, zdążały bezwiednie ku nieuchronnemu zderzeniu. Nie znałem tancerzy, ale sądząc po szacunku, z jakim rozstępowały się przed nimi pozostałe pary, nie byli to zwykli goście, lecz członkowie najjaśniejszej rodziny. Wytężyłem siły, aż zadźwięczała cienka szklana otoczka - i stał się cud: wszystko dookoła zalałem oślepiającym, jaskrawym światłem. W tym czarodziejskim momencie ogarnęła mnie taka błogość, że zatrzepotałem, zakrzyczałem z zachwytu - i obudziłem się.