Portier Nosi Garnitur Od Gabbany
- Автор: Weisberger Lauren
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Portier Nosi Garnitur Od Gabbany». Краткое содержание книги:
Nie znalazłam w sobie dość siły, żeby znieść kolejną nowinę o zaręczynach, więc po prostu opadłam na poduszki i cierpliwie czekałam, wiedząc, że Elisa niedługo będzie w stanie wytrzymać.
– Cóż, nigdy nie zgadniesz, z kim właśnie rozmawiałam… – Jej milczenie wskazywało, że powinnam zareagować, więc zebrałam nieco sił na pytanie.
– Z nikim innym, jak z naszym ulubionym wspaniałym i już-nie-do-wzięcia kawalerem panem Philipem Westonem. Dzwonił, żeby zaprosić całą ekipę na imprezę, i tak się złożyło, że odebrałam i… och, Bette, nie wściekaj się, po prostu nie mogłam wytrzymać… zapytałam go, czy zgodzi się podjąć roli gospodarza na twojej imprezie BlackBerry i powiedział, że z przyjemnością. – W tym momencie dosłownie piszczała.
– Naprawdę? – zapytałam, udając zaskoczenie. – To wspaniale. Oczywiście, że nie jestem zła, oszczędziłaś mi konieczności proszenia go. Czy wyglądało na to, że jest za-chwycony, czy tylko się zgadza? – Nie obchodziło mnie to, ale nie udało mi się wymyślić niczego innego, co mogłabym powiedzieć.
– Cóż, technicznie rzecz biorąc, to z nim nie rozmawiałam, ale na pewno jest absolutnie zachwycony.
– Co masz na myśli, mówiąc „technicznie”? Powiedziałaś, że zadzwonił i…
– Och, tak powiedziałam? Ups! – Zachichotała. – Chciałam powiedzieć, że dzwoniła jego asystentka i przepuściłam całą sprawę przez nią i oznajmiła, że oczywiście Philip zrobi to z rozkoszą. To zupełnie to samo, Bette, więc nie martwiłabym się ani przez sekundę. Czy to nie wspaniale?
– Cóż, pewnie masz racje, bo właśnie dostałam od niego kwiaty z kartką, na której napisał, że to zrobi, więc chyba wszystko wyszło jak należy.
– Oooooooch, mój Boże! Philip Weston przysyła ci kwiaty? Bette, musi być zakochany. Ten chłopak jest po prostu niesamowity. – Długie westchnienie.
– Tak, no tak, Eliso, muszę zmykać. Poważnie, dzięki, że to z nim załatwiłaś, naprawdę to doceniam.
– Dokąd się wybierasz? Macie dzisiaj jakąś gorącą randkę?
– Eee, nie. Idę do wujka na kolację, a potem prosto do łóżka. Odkąd zaczęłam tę pracę, nie byłam w domu przed drugą nad ranem i jestem gotowa, żeby…
– Wiem! Czy to nie cudowne? To znaczy, jaka inna praca mogłaby wymagać wychodzenia wieczorami i imprezowania po nocach? Mamy wielkie szczęście. – Kolejne westchnie-nie, po którym każda z nas miała chwilę, by zastanowić się nad tą prawdą.
– Tak, rzeczywiście. Jeszcze raz dziękuję, Eliso. Baw się dobrze.
– Jak zwykle – zanuciła. – Bette, nawet jeśli dostałaś tę pracę ze względu na swojego wujka, to uważam, że jak na razie świetnie sobie radzisz.
Auć. Cała Elisa: złośliwe stwierdzenie, które miało zabrzmieć całkowicie szczerze i pozytywnie. Nie miałam energii, żeby się w to wikłać, więc powiedziałam:
– Naprawdę? Dzięki, Eliso. To wiele dla mnie znaczy.
– No tak, wiesz, umawiasz się z Philipem Westonem i, no, planujesz sama całą imprezę. Kiedy ja zaczynałam, trwało prawie rok, zanim do tego doszłam.
– Umawiania czy planowania?
– Jednego i drugiego.
Roześmiałyśmy się i pożegnały. Odłożyłam słuchawkę, zanim Elisa zdążyła nakazać mi udział w kolejnej imprezie. Przez ten bardzo krótki moment rzeczywiście czułam, jakbym miała w niej przyjaciółkę.
Szybko pogłaskałam Millington i jeszcze szybciej przebrałam się w dżinsy oraz marynarkę, rzuciłam pełne goryczy spojrzenie na kwiaty i pognałam na dół, złapać taksówkę. Simon i Will akurat się kłócili, więc zaczekałam cichutko w supernowoczesnym foyer, przysiadając na czymś w rodzaju granitowej ławy pod jaskrawym Warholem, którego omawialiśmy na historii sztuki – pamiętałam omawianie, ale absolutnie nie mogłam przypomnieć sobie żadnych szczegółów.
– Po prostu nie rozumiem, jak mogłeś go zaprosić do nas do domu – mówił Simon w gabinecie.
– A ja nie jestem pewien, czego nie rozumiesz. To mój przyjaciel, jest w mieście i nieuprzejmie byłoby się z nim nie spotkać – odparł Will ze zdumieniem w głosie.
– Will, on nienawidzi gejów. Żyje z tego, że nienawidzi gejów. Płacą mu za to, że nienawidzi gejów. Jesteśmy gejami. Co tak trudno tu zrozumieć?
– Och, to szczegóły, kochany, szczegóły. Wszyscy mówimy publicznie rzeczy, w które nie do końca wierzymy, żeby wzbudzić nieco kontrowersji, to służy karierze. I wcale nie znaczy, że naprawdę w nie wierzymy. Do licha, nie dalej jak w zeszłotygodniowym felietonie przeżyłem moment słabości albo może coś w rodzaju halucynacji i napisałem tę schlebiającą pospolitym gustom linijkę, jak to rap jest odrębną formą sztuki czy coś równie bezsensownego. Poważnie, Simonie, nikt tak naprawdę nie uważa, że w to wierzę. Z Rushem sytuacja wygląda tak samo. Ta nienawiść do Żydów, gejów i czarnych jest tylko na pokaz i z całą pewnością nie stanowi odbicia jego osobistych opinii.
– Jesteś taki naiwny, Will, taki naiwny. Nie mogę już ciągnąć tej rozmowy. – Usłyszałam trzaśnięcie drzwiami, długie westchnienie, odgłos kostek lodu wrzucanych do szklanki. Nadeszła pora.
– Bette! Kochanie! Nie słyszałem, jak weszłaś. Miałaś dość szczęścia, by być świadkiem naszej scysji?
Ucałowałam go w gładko wygolony policzek i zajęłam swoje zwykłe miejsce na limetkowym szezlongu.
– Oczywiście. Naprawdę zapraszasz tu Rusha Limbaugh *? – zapytałam z lekkim niedowierzaniem, ale bez specjalnego zaskoczenia.
– Owszem. Byłem u niego w domu kilkanaście razy, to przeuroczy człowiek. Oczywiście nigdy nie wiedziałem z całą pewnością, jak bardzo był zaprawiony podczas tych wieczorów, ale w jakiś sposób to czyni go jeszcze sympatyczniejszym. – Wziął głęboki wdech. – Dość o tym. Powiedz, co nowego w twoim wspaniałym życiu?
Zawsze mnie zdumiewało, że potrafi być taki zrelaksowany i tak spokojnie wszystko przyjmować. Pamiętam, kiedy jako dziecku mama wyjaśniła mi, że wujek Will jest gejem, a Simon to jego chłopak i jeśli dwie osoby są ze sobą szczęśliwe, kwestie w rodzaju płci, rasy czy religii nic nie znaczą (oczywiście nie miało to zastosowania do problemu mojego wyjścia za mąż za nie-Żyda, ale to się rozumiało samo przez się. Moi rodzice należeli do ludzi jak najbardziej liberalnych i otwartych, z którymi dało się dyskutować o wszystkim – oprócz ich własnego dziecka). Kilka tygodni później Will i Simon odwiedzali Poughkeepsie i kiedy siedzieliśmy przy kolacji, usiłując przełknąć porcje kiełków i czegoś w rodzaju wegetariańskiego dahlu, czego ilość najwyraźniej się nie zmniejszała mimo naszych wysiłków, zapytałam słodkim głosikiem dziesięciolatki:
– Wujku Willu, jak to jest być gejem?
Uniósł brwi, spoglądając na moich rodziców, zerknął na Simona, a potem spojrzał mi prosto w oczy.
– Cóż, kochanie, całkiem miło, jeśli mam mówić za siebie. Oczywiście byłem też z dziewczynami, ale człowiek szybko zdaje sobie sprawę, że po prostu nie są, ach, cóż, nie działają, jeśli rozumiesz, co mam na myśli.
Nie rozumiałam, ale z całą pewnością bawiły mnie zbolałe miny, które robili moi rodzice.
– Czy ty i Simon śpicie w jednym łóżku jak mamusia i tatuś? – ciągnęłam najsłodszym i najbardziej niewinnym głosem, na jaki umiałam się zdobyć.
– Tak, kochanie. Jesteśmy dokładnie tacy jak twoi rodzice. Tylko inni. – Pociągnął łyk szkockiej, którą rodzice trzymali pod ręką na wypadek jego odwiedzin, i uśmiechnął się do Simona. – Jak zwykła para małżeńska, kłócimy się i godzimy i nie boję się mu mówić, że nawet on nie może nosić białego lnu przed Memoriał Day. Niczym się nie różnimy.
– No tak, była to pouczająca konwersacja, prawda? – Ojciec odchrząknął. – Ważne, żebyś pamiętała, Bette, że zawsze należy traktować wszystkich tak samo, bez względu na to, jak odmienni są od ciebie.
* Rush Litnbaugh – komik i prezenter radiowy.