Portier Nosi Garnitur Od Gabbany
- Автор: Weisberger Lauren
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Portier Nosi Garnitur Od Gabbany». Краткое содержание книги:
– Ależ odbierz, mną się nie przejmuj.
– Nie robię niczego ze względu na ciebie. Sądzę, że jestem w stanie podjąć decyzję, kiedy i gdzie odbieram telefony – oznajmiłam. Wypadłam jak burza i obejrzałam się tylko raz, żeby zobaczyć, jak mi się przygląda i kręci głową. Niezupełnie tak wyglądałaby ta scena w Czułym dotyku magnata, pomyślałam z wielkim żalem. Pewną pociechę znalazłam w rozsądnej myśli, że wszystkie nowe związki-nawet te fikcyjne – muszą z początku przezwyciężać przeszkody. Nie zamierzałam porzucać nadziei na ten związek. Jeszcze nie teraz.
13
Reszta dnia po scysji w Starbucks minęła mi w oszołomieniu, kiedy to na zmianę obsesyjnie rozważałam dziwaczną kłótnię z Sammym i nowiny Penelope, że się przeprowadza. Obie te rzeczy w połączeniu z faktem, że jestem całkowicie odpowiedzialna za zaplanowanie imprezy, która ma się odbyć za dwa i pół tygodnia sprawiły, że miałam ochotę zwinąć się w kłębek obok Millington i oglądać w kółko powtórki Kiedy Harry poznał Sally na TNT. Do czasu, kiedy dotarłam do domu, moja wytrzymałość na pogaduszki o niczym gwałtownie zbliżała się do zera, a wciąż jeszcze musiałam pokonać cały hol, żeby dotrzeć do windy, gdzie z pewnością zacznie mnie napastować mój wścibski portier. Udało mi się wcisnąć guzik i w duchu cieszyłam się swoim zwycięstwem, kiedy się zmaterializował, jak zwykle nie wiadomo skąd.
– Dobry dzień? – zapytał z szerokim uśmiechem.
– Eee, tak, chyba w porządku. A u ciebie?
– „W porządku” bardzo się różni od „dobry”, Bette! – prawie zanucił. Czy ja wysyłam jakieś fale, które zachęcają „Mów do mnie”?
– Przypuszczam, że się różni, ale uważam, że „dobry” to byłoby za mocne określenie. Zdecydowanie był „w porządku” – wyjaśniłam, zastanawiając się, czy nie warto pokonywać trzynastu pięter pieszo, zamiast czekać na windą i znosić tę rozmowę.
– Cóż, powiedzmy tylko, że mam przeczucie, że będzie lepiej – odparł. I wyraźnie puścił oko.
– Eee, naprawdę? – powiedziałam, rozpaczliwie wpatrując się w drzwi windy i marząc, żeby się otworzyły. – Byłoby miło.
– Tak jest, pamiętaj, że byłem pierwszy. Oficjalnie przepowiadam, że twój dzień znacząco się poprawi w czasie kilku najbliższych minut. – Mówił z taką pewnością – i tym szczególnie irytującym tonem „wiem coś, czego ty nie wiesz” – że na niego spojrzałam.
– Czy powinnam o czymś wiedzieć? Czy ktoś przyszedł? – zapytałam, jednocześnie przerażona i ciekawa, kto mógłby obserwować mieszkanie, czekając na mój powrót do domu.
– No dobrze, dość już powiedziałem, tego jestem pewien! – zanucił. – Oczywiście to nie moja sprawa. Muszę wracać do drzwi. – Dotknął brzegu kapelusza, odwrócił się na pięcie, a ja rozmyślałam, czy istnieje jakiś sposób, by ładnie go poprosić, żeby nigdy więcej się do mnie nie odzywał.
Kiedy tylko wysiadłam z windy i skręciłam za róg do swojego szczęśliwego numeru 1313, zorientowałam się, co miał na myśli. Obok drzwi stały najwspanialsze kwiaty, jakie w życiu widziałam, że nie wspomnę o otrzymaniu. Moja pierwsza myśl była taka, że zostawiono je przed moimi drzwiami przez pomyłkę i tak naprawdę przeznaczone są dla kogoś innego, ale kiedy podeszłam bliżej, zobaczyłam swoje nazwisko wypisane czarnym markerem na kopercie umieszczonej za celofanowym opakowaniem. Kiedy już przyjęłam do wiadomości, że nie chodzi o pomyłkę dostawcy, natychmiast pojawiła się druga myśclass="underline" są od Sammy'ego, który przemyślał wszystko, co wcześniej zaszło, i chciał przeprosić za swoje zachowanie. Tak! Wiedziałam, że nie był taki zły, a kwiaty to taki uroczy dżentelmeński sposób nawiązania kontaktu, żeby przeprosić. Mnie też jest przykro, zwróciłam się w duchu do kwiatów, które teraz zaczęły go uosabiać. Sama nie wiem, dlaczego zachowałam się jak wredna suka, szczególnie że od tamtej pory nie przestałam o tobie myśleć ani na sekundą. Tak, z rozkoszą zjem z tobą kolację i puśćmy tamtą głupią rozmowę w niepamięć. I, jeśli musisz wiedzieć, zaczynam już wyobrażać sobie ciebie jako ojca moich przyszłych dzieci, więc lepiej by było, żebyśmy się poznali. Nasze dzieci będą zachwycone, słysząc, że ta dozgonna miłość zaczęła się od kłótni i kwiatów na przeprosiny! To takie romantyczne, że ledwo mogę wytrzymać. Tak, kochanie, tak, wybaczam ci i sama stokrotnie przepraszam, i wiem, że to nas wzmocni.
Z trudem podniosłam kwiaty i otworzyłam drzwi, tak rozanielona niespodzianką, że ledwie zauważyłam Millington wijącą mi się między nogami. Kwiaty zawsze odgrywały ważną rolę w romansach, dzięki czemu otrzymanie bukietu takiej klasy było jeszcze bardziej rozkoszne. Składał się z trzech tuzinów róż w odcieniach jasnej purpury, gorącego różu i bieli. Zebrano je wszystkie razem w ciasną wiązankę i umieszczono w niskiej okrągłej misie, która została wypełniona czymś w rodzaju lśniących szklanych kulek. Kompozycja była zupełnie pozbawiona wszelkiego przybrania – żadnych wstążek, kokardek, zieleni czy paskudnej gipsówki; rzucała się w oczy jej prostota, elegancja i bardzo, bardzo wysoka cena. Kartka też nie należała do zwyczajnych – ciężki kremowy welin – i wyrwałam ją z obramowanej purpurowo koperty z szalonym pośpiechem. W ułamku sekundy moje oczy odnalazły podpis i kiedy to się stało, o mało nie zemdlałam.
Laleczko, abso-kurwa-lutnie zajmę się imprezą Blackberry! Zrobimy z tego najelegantsze przyjęcie roku. Jesteś boska. Duża buźka! Philip.
Co?! Przeczytałam kilkanaście razy, chcąc się upewnić, czy mój mózg poprawnie przetwarza słowa, a potem przeczytałam ponownie, bo wciąż nie mogłam uwierzyć. Skąd wiedział, gdzie mieszkam? Jakim cudem wiedział cokolwiek o imprezie, skoro nawet jeszcze o niej nie wspomniałam? Ale, co ważniejsze, gdzie jest Sammy ze swoją deklaracją wiecznej miłości? Cisnęłam kartką przez pokój, zostawiłam kwiaty na kuchennym blacie i dość dramatycznie rzuciłam się na sofę. Minęło kilka sekund i jednocześnie rozdzwoniły się moja komórka i telefon stacjonarny, a pobieżny rzut oka na każdy z nich przyniósł wysoce rozczarowujący rezultat: Elisa dzwoniła na komórką i wujek Will na domowy. Ani śladu Sammy'ego.
Pospiesznie włączyłam komórkę i kazałam Elise zaczekać, zanim zdążyła się odezwać, po czym pstryknięciem uruchomiłam przenośną słuchawkę i powiedziałam „cześć” Willowi.
– Kochanie, czy wszystko w porządku? Jesteś spóźniona i martwimy się z Simonem, że w samotności topisz smutki z powodu publicznego upokorzenia. Obaj uważamy, że na tym ostatnim zdjęciu w „Nowojorskiej Bombie” wyglądałaś wspaniale! Urżnijmy się wszyscy razem! Czy już jedziesz?
Cholera! Zupełnie zapomniałam o kolacji. Chociaż czwartkowe wieczory były stałym punktem programu od dnia, kiedy ukończyłam college, przez ostatnie tygodnie opuszczałam je z powodu służbowych wyjść, a dzisiejsze oczywiście wyleciało mi z głowy.
– Will! Przepraszam za spóźnienie, ale jeszcze dwie minuty temu byłam w biurze i właśnie wpadłam do domu nakarmić Millington. Dosłownie w tej chwili wychodzę.
– Jasne, kochanie, oczywiście. Kupuję tę uroczą opowiastkę, jeśli nie masz mi do zaoferowania niczego lepszego, ale dzisiaj ci nie odpuszczę. Niedługo się widzimy, tak?
– Oczywiście. Za parę minut…
Odłożyłam słuchawkę, nawet nie mówiąc do widzenia, i zajęłam się komórką.
– Hej, przepraszam. Właśnie dzwonił mój wujek i…
– Bette! Nigdy nie zgadniesz! Mam najlepsze wieści na świecie! Siedzisz? Omójboże, jestem taka podniecona.