Portier Nosi Garnitur Od Gabbany
- Автор: Weisberger Lauren
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Portier Nosi Garnitur Od Gabbany». Краткое содержание книги:
Teraz nie było już możliwości, żeby dyskretnie poprawić urodę, ponieważ całą energię poświęcić musiałam na wypracowanie pozy osoby jednocześnie zajętej i obojętnej, co okazało się niemożliwe. Wiedziałam, że udławiłabym się, próbując coś wypić, albo upuściłabym telefon, gdybym udawała, że rozmawiam, więc po prostu siedziałam, wpatrując się w notes z tak skupionym zainteresowaniem, że przez chwilę się zastanawiałam, czy aby się nie zapali z powodu intensywności mojego spojrzenia. Pospiesznie sporządzony przegląd własnego stanu fizycznego ujawnił cały szereg standardowych objawów – drżące ręce, walące serce, suchość w ustach – co mogło oznaczać tylko jedno: ciało mówi mi, że lubię Sammy'ego, a nawet, bardzo możliwe, uwielbiam. Co, jeśli ktoś by się potrudził, żeby przeprowadzić odpowiednie porównanie, dokładnie odpowiadało stanowi Lucindy tuż przed jej pierwszym spotkaniem w cztery oczy z Marcellem w Czułym dotyku magnata. Pierwszy raz w życiu drżałam w nerwowym oczekiwaniu, dokładnie tak, jak drżały kobiety w moich romansach. Poczułam, że stanął nade mną, zanim go zobaczyłam, amorficzną postać w czerni. I jak przyjemnie pachniał! Świeżo upieczonym chlebem albo słodkimi ciasteczkami czy czymś równie zdrowym. Stał tam pewnie ze trzydzieści sekund, wpatrując się we mnie wpatrującą się w notes, zanim w końcu zebrałam się na odwagę, żeby podnieść wzrok dokładnie w chwili, kiedy chrząknął.
– Hej – powiedziałam.
– Hej – odpowiedział. Nieświadomie pocierał na czarnych spodniach coś, co wyglądało jak plama z mąki, ale przestał, kiedy zauważył, że mu się przypatruję.
– Eee, masz ochotę usiąść? – wyjąkałam, zastanawiając się, dlaczego utraciłam zdolność wygłoszenia choć jednej inteligentnej czy spójnej wypowiedzi.
– Jasne. Ja, ee, po prostu uznałem, że łatwiej będzie to załatwić osobiście, skoro, mmm, byłem po drugiej stronie ulicy…
– Pewnie, stanowczo, całkowicie się zgadzam. Mówiłeś, że właśnie wracasz z lekcji? Robisz kurs barmana? Zawsze chciałam coś takiego zaliczyć! – Gadałam teraz bez ładu i składu, ale nic nie mogłam na to poradzić. – Bo wiesz, mam wrażenie, że to strasznie przydatna sprawa, wszystko jedno, czy się rzeczywiście pracuje w barze. Sama nie wiem. Miło by było umieć zmieszać porządnego drinka czy coś, no wiesz…
Uśmiechnął się po raz pierwszy, oślepiającym uśmiechem od ucha do ucha, i pomyślałam, że jeśli przestanie, być może po prostu ujdzie ze mnie życie.
– Nie, to nie kurs na barmana, uczą się pieczenia – wyjaśnił.
Fakt, że bramkarz interesuje się pieczeniem, nie miał za wiele sensu, ale uznałam, że to miłe z jego strony, że ma pozazawodowe zainteresowania. W sumie, nie licząc nocnego pompowania ego, którego dostarcza odprawianie ludzi wyłącznie na podstawie wyglądu, musi to być dosyć nudne zajęcie.
– Och, naprawdę? Ciekawe. Dużo gotujesz w wolnym czasie? – pytałam tylko, żeby okazać uprzejmość, co, niestety, głośno i wyraźnie dało się słyszeć w moim głosie. – To znaczy, czy to twoja szczególna pasja?
– Pasja? – Znów uśmiechnął się szeroko. – Nie jestem pewien, czy nazwałbym to „pasją”, ale tak, lubię gotować. I właściwie muszę, w pracy.
Omójboże. Nie mogłam uwierzyć, że wytknął mi użycie tego absurdalnego słowa „pasja”.
– Musisz? – Zabrzmiało to strasznie snobistycznie. – Przepraszam, nie to chciałam powiedzieć. Dla kogo gotujesz?
– Właściwie to się uczę, żeby zostać szefem kuchni – wyznał, unikając mojego spojrzenia.
– Szefem? Naprawdę? Gdzie?
– Cóż, tak naprawdę to na razie jeszcze nigdzie. Na razie skończyłem Amerykański Instytut Kulinarny i teraz wieczorami robię różne kursy. Na przykład pieczenia ciast. – Roześmiał się.
– Dlaczego się tym zainteresowałeś?
– Nie jestem specjalnie zainteresowany, ale dobrze to wszystko wiedzieć. Nie licząc omletów na kolację, kiedy jako nastolatek miałem dyżur w kuchni, właściwie nie gotowałem. W liceum mieszkałem przez lato w Ithaca, z kumplem, i pracowałem jako kelner w hotelu Statler w kampusie Comell. Któregoś dnia dyrektor zobaczył, jak nalewam jakiemuś gościowi kawy, trzymając dzbanek prawie cztery stopy nad filiżanką, i mało nie padł, był zachwycony. Przekonał mnie, że powinienem startować do szkoły hotelarskiej. Załatwił mi kilka stypendiów i cały czas pracowałem – jako konduktor, kelner, kierownik nocnej zmiany, barman, dowolnie – i kiedy zrobiłem dyplom, skusił mnie szkoleniem czeladniczym w restauracji we Francji, która trafiła do przewodnika Michelina. To była wyłącznie jego zasługa.
Miałam świadomość, że niezbyt atrakcyjnie opada mi szczęka, a to z powodu wstrząsu, jaki wywołały we mnie jego osiągnięcia, ale elegancko wyratował mnie z opresji, mówiąc dalej:
– Zastanawiasz się pewnie, dlaczego pracuję jako bramkarz w Bungalowie, hę? – Kolejny uśmiech.
– Nie, zupełnie nie. Jeżeli ci to odpowiada. Eee, no wiesz, przecież to tylko inny aspekt branży usługowej, prawda?
– Płacę w ten sposób rachunki, to wszystko. Pracowałem już chyba w każdej restauracji w mieście, jaką tylko sobie wyobrazisz. – Roześmiał się. – Ale to się przyda, kiedy otworzę własną knajpę. Mam nadzieję, że wcześniej niż później.
Musiałam chyba nadal wyglądać na zmieszaną, bo zaczął się śmiać.
– Cóż, oczywiście pierwszym i najważniejszym powodem są pieniądze. Można naprawdę nieźle zarobić, łącząc kilka posad ochroniarza i barmana, i mam kilka takich rzeczy nagranych. Dzięki temu nie wychodzę wieczorami i nie wydaję, więc tego się trzymam. Wszyscy mówią, że nie ma to, jak otworzyć tu restaurację. Słyszałem, że dobrze jest znać całe zaplecze towarzyskie, od tego, kto z kim sypia, do tego, kto się naprawdę liczy, a kto tylko udaje, że jest w grze. Niezbyt mnie to ciekawi, ale ponieważ nie bywam w tych kręgach, nie ma lepszego sposobu, żeby się uczyć, jak obserwować okazy w ich naturalnym środowisku.
Zatkał sobie usta dłonią i zerknął na mnie.
– Słuchaj, pewnie nie powinienem był tego wszystkiego mówić. Nie miałem zamiaru obrazić ciebie ani twoich przyjaciół, chodzi tylko o to, że…
Miłość. Pochłaniająca i wszechogarniająca miłość. Ze wszystkich sił starałam się nie ująć jego twarzy w dłonie i nie pocałować go w same usta… Wydawał się taki przerażony. Jednak najpilniej domagał się uwagi fakt, że uważał tych ludzi za moich prawdziwych przyjaciół, uważał, że naprawdę z wyboru zadaję się z kimś, kto płaci za prześcieradła więcej niż moi rodzice za swój samochód.
– Nie, poważnie, ani słowa więcej – powiedziałam, odruchowo wyciągając rękę, żeby uspokajająco dotknąć jego dłoni, ale w ostatniej chwili zabrakło mi odwagi i moje palce niepewnie zawisły w powietrzu nad stolikiem. Lucinda z Magnata potrafiłaby doprowadzić ten ruch do końca, ale ja najwyraźniej nie. – Uważam, że to, co robisz, jest naprawdę świetne. Mogę sobie wyobrazić, jakie sceny muszą ci się trafiać co wieczór. Śmieszne, prawda?
To mu wystarczyło.
– Chryste, to niesamowite. Wszyscy ci ludzie… mają tyle pieniędzy i tyle czasu, a wygląda na to, że nie zajmują się niczym innym, jak tylko błaganiem mnie, żebym co wieczór wpuszczał ich do tych klubów.
– W sumie musi to być trochę zabawne, co? To znaczy, że ludzie wychodzą ze skóry, tak się starają być dla ciebie mili.
– Och, daj spokój, Bette, oboje wiemy, że nie tak to wygląda. Wchodzą mi w tyłek, ponieważ mnie potrzebują, nie dlatego, że cokolwiek o mnie wiedzą albo lubią mnie jako osobę. Mój okres przydatności jest bardzo krótki – konkretnie tych kilka minut między czasem ich przyjścia i momentem, kiedy wchodzą do środka. Nawet by na mnie nie splunęli, gdyby zobaczyli mnie gdziekolwiek poza posterunkiem przy drzwiach. – Na jego twarz powrócił wyraz napięcia i zauważyłam, jak marszczy czoło, kiedy ściąga brwi, przez co wyglądał jeszcze bardziej uroczo. Westchnął i poczułam dziwaczne pragnienie, żeby go uściskać. – Ale mam długi język. Zapomnij o wszystkim, co powiedziałem. Naprawdę nie biorę tej pracy aż tak poważnie, więc nie powinienem gadać, jakby chodziło o coś więcej, niż rzeczywiście chodzi. To zwyczajny środek do celu i potrafię znieść wszystko, jeśli to mnie przybliży do otworzenia pewnego dnia własnej restauracji.