KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody Erasta Fandorina #8
- Язык: польский
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:
Po długich wyjaśnieniach przy wejściu, które zakończyły się wezwaniem Somowa i poniżającą identyfikacją mojej osoby (trzeba było widzieć minę mojego moskiewskiego pomocnika, kiedy stanąłem przed nim w takim stroju), przepuszczono nas w końcu i podchodząc do domu aleją, dostrzegłem kilka zaprzęgów. Zdarzyło się widocznie coś zupełnie niesłychanego.
W przedpokoju czekało mnie jeszcze jedno trudne doświadczenie: spotkanie twarzą w twarz z guwernantką.
- Mon Dieu! - wykrzyknęła, trzepocząc rzęsami i ze zdumienia zapominając, że mieliśmy się porozumiewać wyłącznie po rosyjsku. - Monsieur Zyukin, qu’est-ce quis c’est passe? Et qui sont ces hommes? C’est le domestique japonais?* [Boże! Panie Ziukin, co się stało? I co to za ludzie? To japoński służący? (fr.).]
- To ja, mademoiselle - skłonił się Fandorin. - Z Afanasijem Stiepanowiczem właśnie zakończyliśmy niewielki wojaż po moskiewskich o-osobliwościach. Ale to nieważne. Powiedzcie lepiej, jak przebiegło wasze spotkanie. Widziała pani chłopczyka?
Dopiero wtedy poznałem okoliczności, w których najjaśniejsza pani straciła swój klejnot.
- Wstyd, że żandarmi rzucili się w pościg - rzekł z troską Erast Piotrowicz. - Tego w żadnym razie nie należało robić. Proszę opisać k-karetę.
Mademoiselle, zmarszczywszy czoło, rzekła:
- Czahna, zakurzona, okno z rideau... W kołach po osiem rais... iglic?
- Szprych - podpowiedziałem.
- Tak, tak, osiem szprych. Na drzwiach... nie, drzwiczkach... klamka z miedź.
- Racja! - wykrzyknąłem. - Klamka na drzwiach karety, którą widziałem, była w kształcie miedzianego kółka!
Fandorin skinął głową.
- Cóż, już drugi raz użyli tej s-samej karety. Lind jest zbyt pewny siebie i zbyt nisko ocenia rosyjską policję. To nieźle. Proszę opisać człowieka, który odebrał pani torebkę.
- Wysoki. Oczy bhązowe. Nos thochę krzywy. Wąsy i bhoda hude, ale moim zdaniem naklejone. Outre cela...* [Poza tym... (fr.).] - Mademoiselle zamyśliła się. - Ah, oui! Bhodawka na lewy szczęka, o tutaj. - I palcem dotknęła mojego policzka, od czego zadrżałem.
- Dobrze, zawsze coś - rzekł przychylnie Erast Piotrowicz. - A co tutaj się dzieje? Widziałem przed domem kolasy najjaśniejszego pana i w-wielkich książąt.
- Nie wiem - ze smutkiem powiedziała mademoiselle, już ostatecznie przechodząc na francuski. - Nic mi nie mówią. Patrzą na mnie tak, jakbym ja była wszystkiemu winna. - Złapała się za łokcie, przełknęła ślinę i mówiła już bardziej opanowanym głosem. - Wygląda na to, że zdarzyło się coś strasznego. Godzinę temu do domu dostarczono jakiś pakiet, malutki, i wszyscy zaczęli biegać, rozdzwoniły się telefony. Przed półgodziną przybył najjaśniejszy pan, a dopiero co przyjechali książęta Kirył i Symeon...
W tym momencie do przedpokoju zajrzał pułkownik: brwi miał zmarszczone, wargi ściśnięte.
- Fandorin, to pan? - spytał. - Oznajmiono mi o waszym przybyciu. Co to za idiotyczna maskarada? Ciągle pan się zabawia w dżentelmena detektywa? Czekają na was. Proszę doprowadzić się do przyzwoitego stanu i natychmiast przyjść do wielkiej bawialni. Pani także.
Erast Piotrowicz i mademoiselle wyszli, a Karnowicz, obejrzawszy mnie od stóp do głów, z obrzydzeniem pokiwał głową.
- Ale wyglądacie, Ziukin. Gdzie przepadliście? Czym zajmował się Fandorin? To akurat bardzo dobrze, że uważa was za druha. No, mówcie, przecież jesteśmy z tego samego urzędu.
- Nic ciekawego - skłamałem, sam nie wiedząc czemu. - Tylko niepotrzebnie zmarnowaliśmy czas. Kto usługuje najjaśniejszemu panu i ich wysokościom?
- Kamerdyner najjaśniejszego pana i sługa Symeona Aleksandrowicza.
Ach, jaki wstyd!
Nigdy jeszcze nie myłem i nie przebierałem się z taką szybkością. Już po dziesięciu minutach zdążyłem doprowadzić się do porządku i cicho wszedłem do bawialni, ukłonem podziękowałem Fomie Anikiejewiczowi i Dormidontowi.
Na stole nie było ani przekąsek, ani napojów - tylko popielniczki i jakiś rozpieczętowany pakiecik z brązowego kartonu. Na wszelki wypadek wziąłem z bocznego stolika tacę i zacząłem rozstawiać szklanice, ukradkiem przebiegając wzrokiem po twarzach obecnych i próbując się domyślić, co się stało.
Najjaśniejszy pan nerwowo palił papierosa. Kirył Aleksandrowicz ze znużeniem pocierał powieki. Generał-gubernator bębnił palcami po stole. Gieorgij Aleksandrowicz nieruchomym wzrokiem patrzył na pakiet. Paweł Gieorgijewicz wyglądał niezdrowo - usta mu drżały, w oczach miał łzy. Ale najbardziej wystraszyła mnie mademoiselle Declique: siedziała, zakrywając rękoma twarz, ramiona jej drżały, a przez ściśnięte palce przedostawał się nerwowy szloch. Nigdy jeszcze nie widziałem jej zanoszącej się płaczem i nawet nie przypuszczałem, że coś takiego jest możliwe.
Oberpolicmajster siedział obok beznamiętnego Karnowicza i bez przerwy wycierał chusteczką czoło. Nagle czknął, zalał się czerwienią i wymamrotał:
- Proszę o wybaczenie.
Potem czknął jeszcze raz. W zupełnej ciszy ten nieprzystojny dźwięk rozległ się donośnie.
Poczułem wielki strach. Tak wielki, że aż się zachwiałem. Boże, czyżby...?
- Można spojrzeć? - spytał Fandorin, przerywając milczenie. Erast Piotrowicz najwidoczniej wszedł do pokoju minutę lub dwie przede mną. Przebrał się w angielski surdut i nawet zdążył zawiązać krawat.
Na co on chce spojrzeć? Na kolejny list od Linda?
- Proszę - odparł ponuro Kirył Aleksandrowicz. Widać z przyzwyczajenia wziął na siebie rolę przewodniczącego. - Nacieszcie się.
Fandorin wyjął z pakietu zwitek wielkości lizaka. Rozwinął i zobaczyłem wewnątrz coś malutkiego, białoróżowego. Erast Piotrowicz szybko wyciągnął z wewnętrznej kieszeni lupę i pochylił się nad stołem. Miał taki wyraz twarzy, jakby nadgryzł cytrynę.
- T-to na pewno palec jego wysokości?
Srebrna taca wypadła mi z rąk, szklanice rozbiły się na kawałki. Wszyscy podskoczyli i obrócili się w moją stronę, a ja nawet nie przeprosiłem - ledwie zdążyłem uchwycić się brzegu stolika, żeby nie upaść.