KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody Erasta Fandorina #8
- Язык: польский
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:
- Tu na początku wieku mieściła się faktoria kupców winnych, braci Mobiusów - zaczął objaśniać mi szeptem Erast Piotrowicz, a ja zauważyłem, że zupełnie przestał się jąkać. - W piwnicy mieszczą się bardzo głębokie składy wina. Mówią, że przechowywano w nich do tysiąca beczek małmazji. W dwunastym roku Francuzi czego nie wypili, to wylali. Podobno cały potok wina spływał do Jauzy. Dom się wypalił wewnątrz, dach zapadł. Ale podziemia ocalały. Tam jest rezydencja Kikuta. Widzicie tego zucha?
Zauważyłem, że z ulicy dodatkowy zjazd prowadzi do wrót, usytuowanych znacznie poniżej poziomu jezdni. Plecami do bramy stał jakiś chłopak, ubrany tak samo jak Fandorin, i łuskał pestki.
- Wartownik? - domyśliłem się.
- Tak. Poczekamy.
Nie wiem, jak długo trwało nasze wyczekiwanie, ponieważ mój chronometr pozostał w liberii (to też należy dopisać do listy strat: srebrny breguet, który otrzymałem w nagrodę - właśnie jego najbardziej było mi żal), ale z pewnością nie godzinę czy dwie, tylko o wiele dłużej - nawet zaczynałem podrzemywać.
Nagle poczułem, że Fandorin napiął całe ciało, i senność od razu mnie opuściła.
Z dołu dobiegły przytłumione głosy.
- Szydło - rzekł jeden.
- Łuski - odpowiedział drugi. - Przejdź. Z cedułką?
Odpowiedzi na to dziwne pytanie nie dosłyszałem. Uchyliły się i zamknęły wycięte we wrotach odrzwia, i znowu zapadła cisza. Wartownik zapalił papierosa, lakierowany daszek czapki słabo błysnął w księżycowej poświacie.
- To wszystko, już schodzę - szepnął Fandorin. - Czekajcie tutaj. Jeśli machnę ręką, też schodźcie.
Po dziesięciu minutach przybliżyła się do domu rozkołysanym krokiem szczupła sylwetka. Obejrzała się i sprężyście podbiegła do wartownika.
- Witaj, moskwa. Ścianki pilnujesz?
Rozumie się, był to Fandorin, ale nie wiadomo czemu w jego wymowie pojawił się wyraźny polski akcent.
- Spadaj tam, dokąd szłeś - odpowiedział nieprzyjaźnie wartownik, wsuwając rękę do kieszeni. - Abo brzuch ci piórem połaskotać?
- Dlaczego piórem? - zaśmiał się Fandorin. - Do tego jest szydło. Szydło, zrozumiałeś?
- Tak byś i pedział - wywarczał wartownik, wyjmując rękę. - Łuski. Czyj jesteś, Polaczku? Z tych, no, warszawskich?
- Z tych. Ja do Kikuta.
- A nie ma go. I nie zjawiał się. Jutro, nadał, pod wieczór czekajta. - Bandyta zniżył głos (ale w ciszy i tak wszystko było słychać) i z ciekawością spytał: - Mówią, że legawi ukatrupili waszego szefa?
- Dokładnie - westchnął Fandorin. - I Bliznę, i jeszcze trzech naszych chłopców. Ale gdzie Kikut, słyszysz? Sprawa jest do niego.
- On mi raportów nie składa. Sam wiesz, Polaczek, jakie tera zamieszanie. Niucha gdzieś, od rana nosa nie wyściubił. Ale jutro będzie na pewniaka. I naszych wszystkich wezwać kazał... Was, warszawskich, wielu zostało?
- Ta trzech - Fandorin machnął ręką. - Krzywy Wacek za urkę. A waszych?
- Z Kikutem licz siedmiu. Co za robota jutro, nie wiesz?
- Nie. Nam niczego nie sypią, za kundli mają... Pseudo twoje jakie, moskwa?
- Koda. A ty kto?
- Stryj. Daj grabę.
Uścisnęli sobie ręce i Fandorin, rozejrzawszy się na boki, rzekł:
- Wacek o jakimś doktorze coś plótł. Nie słyszałeś?
- Nie, o doktorze gadki nie było. Kikut mówił coś o jakiejś ważnej szyszce. A kto ja dla niego? Od niego coś się dowiesz? A o doktorze nie gadał. Co to za doktor taki?
- Diabli go wiedzą. U Wacka też język krótki. Tak, Kikuta nie ma?
- Powiedziałem, jutro pod noc. Ale ty właź, pobaw się z naszymi. Tylko u nas, Stryj, nie tak jak na drugich metach. Wina nie nalewają.
- A w karcioszki?
- Nie ma takiego zwyczaju. Za karcioszki Kikut z marszu jabłkiem w gardło. Słyszałeś o jego jabłku, co?
- A kto nie słyszał... Nie, nie pójdę. U nas weselej. Jutro przyjdę. Wieczorem, mówisz?
Wtedy z daleka - od niemieckiego zboru, który smętnie ciemniał w oddali - doleciało bicie zegara. Naliczyłem dwanaście uderzeń.
10 maja
- Właśnie o tej porze - rzekł Koda, wskazując głową w stronę zboru. - Kikut kazał zebrać się równo o północy. Dobra, Polaczek, jeszcze się zobaczymy.
Fandorin, kołysząc się, zawrócił, a mnie Japończyk kuksnął w bok, pokazując gestem, że czas złazić z dachu.
O tym, jak, teraz już w zupełnej ciemności, spuszczałem się po rynnie, opowiadać nie będę. Lepiej czegoś takiego sobie nie przypominać. Otarłem ręce, do końca rozdarłem moje biedne spodnie, a na koniec jeszcze zeskoczyłem prosto w środek kałuży... Ale najważniejsze, że sobie nie połamałem rąk ani nóg, i za to dzięki Tobie, o Panie!
Długo, nawet kiedy już opuściliśmy Chitrowkę, nie mogliśmy złapać dorożki. Przyjrzawszy się naszej kompanii, nocne „wańki”, nie mówiąc ani słowa, poganiały koniki i znikały w mroku. W dodatku odniosłem wrażenie, że największy niepokój woźniców budził nie Fandorin ani nie Masa, tylko właśnie moja oberwana i ubrudzona persona.
W końcu jakiś dał się namówić - już przy samym murze Kitaj-gorodu. Całą drogę denerwowałem się, że Erast Piotrowicz odmówi zapłaty, a ja sam nie miałem ani grosza.
Ale nie, tym razem zapłacił, i to nawet szczodrzej, niż należało, jakby za oba przejazdy razem.
Wchodzić przez bramę w moim obecnym stroju wydało mi się niestosowne i nie bez skrępowania zaproponowałem, byśmy znowu przeszli przez ogrodzenie, choć Bóg wie, że minionego dnia dość się nałaziłem po płotach i dachach.
Jednak Fandorin, patrząc na przeświecające przez drzewa jasno oświetlone okna Ermitażu, pokiwał głową:
- Nie, Ziukin, chodźmy lepiej p-przez bramę. Bo, nie daj Boże, jeszcze nas p-postrzelą.
Dopiero teraz pojąłem, że płonące światła w oknach o tak późnej godzinie to oznaka niezwyczajna i niepokojąca. Przy bramie oprócz zwykłego odźwiernego stało jeszcze dwóch po cywilnemu. A przyjrzawszy się, zauważyłem, że w ogrodzie majaczą jakieś postaci. Pewnie panowie z policji dworu, nikt inny. A to mogło oznaczać tylko jedno: do Ermitażu w środku nocy przyjechał z jakiegoś powodu najjaśniejszy pan.