KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody Erasta Fandorina #8
- Язык: польский
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:
Poczułem się głęboko obrażony i już zamierzałem powiedzieć, że doskonale obejdę się bez opieki (chociaż, przyznaję, samotny wieczorny spacer po Chitrowce wydał mi się niezbyt atrakcyjny), ale wtedy Fandorin zapytał:
- Powiedzcie, Ziukin, czy jest pan człowiekiem silnym?
Wyprostowałem plecy i z godnością odrzekłem:
- Miałem okazję służyć jako goniec dworu, jako foryś, a także podczas wyjazdów. Codziennie rano zajmuję się francuską gimnastyką.
- Dobrze, z-zobaczymy - powiedział Fandorin, a w jego głosie słychać było obraźliwe powątpiewanie. - Pójdziecie z nami. Tylko umowa: żadnej własnej inicjatywy, bezwar-runkowo słuchać się mnie i Masy. Dajecie słowo?
Co mogłem zrobić? Wracać, jak to się mówi, na tarczy? Zresztą, czy na pewno uda mi się stąd samemu wyrwać? Nieźle byłoby odnaleźć tego Kikuta. A jeśli Fandorin ma rację i cała ta policyjna operacja na Arbacie niczego nie da?
Przytaknąłem głową.
- Tylko wasz wygląd, Ziukin, do Chitrowki nie b-bardzo pasuje. Możecie mnie i Masę skompromitować. Kogo by z was zrobić? Najlepiej chyba zapijaczonego byłego lokaja z dobrego domu.
Mówiąc to, Fandorin nachylił się, zaczerpnął garść ziemi i sypnął mi na głowę, a brudną dłoń wytarł o moją koszulę, i bez tego z czerwonymi plamami.
- Taak - rzekł z zadowoleniem. - Już lepiej.
Przykucnął i oderwał z moich pantofli złote klamerki, potem niespodziewanie mocno złapał mnie za spodnie i szarpnął tak, że szew z tyłu trzasł i rozpruł się.
- Co robicie?! - krzyknąłem w panice, odskakując.
- No jak, Masa? - spytał oszalały radca stanu Japończyka.
Ten, schyliwszy głowę, zmierzył mnie wzrokiem.
- Biare bończochy - zauważył.
- Prawda. Pończochy trzeba zdjąć. I zbyt dobrze jesteście wygoleni, tutaj to nie jest comme il faut. Dajcie no...
Zrobił krok ku mnie i zanim zdążyłem zaprotestować, rozmazał ziemię z moich włosów po całej twarzy.
Było mi już wszystko jedno. Zdjąłem białe jedwabne pończochy i schowałem do kieszeni.
- Dobrze, ujdzie w ciemności - zlitował się Fandorin, a jego kamerdyner nawet obdarzył mnie pochwałą.
- Baldzo dopsze. Baldzo bieknie.
- Teraz dokąd? Do tego Kikuta? - spytałem, pragnąc jak najszybciej przystąpić do czynów.
- Nie tak sz-szybko, Ziukin. Trzeba poczekać na noc. Na razie opowiem wam, co mi wiadomo o Kikucie. Wśród przestępców z moskiewskiego kryminalnego półświatka znany jest jako osoba zagadkowa i wielce obiecująca. Coś w stylu Bonapartego z czasów Dyrektoriatu. Boi się go sam Król, chociaż między nim a Kikutem nie ma otwartej wojny. Szajka jednorękiego jest niewielka, za to doborowa - ani jednej „szóstki”. Sami fartowni, sprawdzeni. Mój człowiek z wydziału śledczego policji, profesjonalista o bezsprzecznym autorytecie, przypuszcza, że przyszłość rosyjskiego światka przestępczego należeć będzie do takich właśnie prowodyrów jak Kikut. W jego b-bandzie nie upijają się do nieprzytomności, nie ma drak. Za drobnicę się nie biorą. Pieczołowicie przygotowują napady i rozboje, zawsze dokładnie realizują plan. Wśród ludzi Kikuta policja nie ma ani jednego donosiciela. I melina tej bandy, jak już miałem honor wam powiedzieć, otoczona jest ścisłą ochroną, na sposób wojskowy.
Moim zdaniem wszystko to brzmiało niezbyt zachęcająco.
- Jak do niego dotrzemy, skoro jest taki ostrożny?
- Po dachach - odpowiedział Fandorin i pokazał, żebym szedł za nim.
Przez jakiś czas szliśmy przez ciemne, śmierdzące podwórka. W końcu pod ślepą, pozbawioną okien ścianą, niczym nieróżniącą się od sąsiednich, Erast Piotrowicz się zatrzymał. Złapał za rynnę, z całej siły potrząsnął, posłuchał, jak dźwięczy blacha.
- Wytrzyma - wymamrotał jakby do samego siebie i szybko, bez najmniejszego wysiłku zaczął się wspinać po wątłej konstrukcji.
Masa wcisnął melonik mocniej na głowę i poszedł za nim, podobny do jarmarcznego niedźwiadka, którego nauczono włazić na słup po głowę cukru.
Powiadają: „Kiedyś wziął się za popręgi, nie powiadaj, żeś nietęgi”. Splunąłem w dłonie, jak to czyni nasz lokaj kuchenny Siawkin, kiedy rąbie drwa, przeżegnałem się i złapałem za żelazną rurę. Tak, noga na podpórkę, teraz druga - och! - tylko dosięgnąć do obręczy, teraz drugą ręką za występ...
Żeby nie było mi strasznie, zacząłem podliczać straty poniesione w ciągu ostatnich dwóch dni. Wczoraj po zakładzie z Masą przepadło caluteńkie pięćdziesiąt rubelków, dzisiaj rano zapłaciłem fiakrowi dwa i pół, a wieczorem pięć, razem siedem pięćdziesiąt, a jeszcze „psy” z Chitrowki ukradły portmonetkę z czterdziestoma pięcioma rublami. Dodać do tego skradziony ubiór wyjściowy - choć państwowy, to mimo wszystko żal...
Wtedy przypadkiem spojrzałem w dół i od razu zapomniałem o stratach, ponieważ ziemia była znacznie dalej, niż przypuszczałem. Z dołu ściana nie wyglądała na tak wysoką, najwyżej ze dwa piętra, lecz kiedy popatrzeć z góry - serce zamiera.
Fandorin i Masa dawno już przeszli na dach, a ja ciągle jeszcze pełzłem po rynnie i starałem się już więcej nie patrzeć w dół.
Kiedy dotarłem do okapu, nagle zrozumiałem, że w żaden sposób przez niego nie przejdę - cała moja siła wyczerpała się podczas wspinaczki. Powisiałem tak, obejmując rurę, z pięć minut, zanim na tle fioletowego nieba ukazała się okrągła głowa w meloniku, Masa złapał mnie za kołnierz i raz-dwa wciągnął na dach.
- Dziękuję - powiedziałem, łapiąc ustami powietrze.
- Nie ma za co - ukłonił się na czworakach.
Poczołgaliśmy się na przeciwną stronę dachu, gdzie leżał na brzuchu rozpłaszczony Fandorin.
Położyłem się obok - bardzo chciałem zobaczyć, czego on tam wypatruje.
Najpierw ujrzałem purpurową łunę zachodu słońca, poprzecinaną czarnymi iglicami dzwonnic. Ale Fandorin przyglądał się nie niebu, tylko staremu, wykrzywionemu ze starości budynkowi z zabitymi deskami oknami, stojącemu po przeciwległej stronie ulicy. Widać było, że kiedyś, dawno temu, dom był ładny i krzepki, ale z braku opieki zmurszał i osiadł - taki to już łatwiej jest zburzyć niż wyremontować.