Portier Nosi Garnitur Od Gabbany
- Автор: Weisberger Lauren
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Portier Nosi Garnitur Od Gabbany». Краткое содержание книги:
12
– Chciałabym zacząć dzisiejsze spotkanie toastem za Bette – powiedziała Courtney, unosząc nad głową swoje mojito.
Czytałam właśnie SMS-a od Kelly z uprzejmą prośbą (czytaj: poleceniem), żebym się „pojawiła” na premierze Hitcha, organizowanej przez Skye i Leo. Film miał się skończyć dokładnie o jedenastej, co oznaczało, że mogłabym wpaść na popremierową imprezę w Bungalowie, wrócić do domu o wpół do pierwszej i położyć się spać przed pierwszą-co oznaczałoby znalezienie się w łóżku co najmniej o godzinę wcześniej niż od tygodni. Właśnie zakończyłam te kalkulacje, kiedy padło moje imię i gwałtownie wróciłam do rzeczywistości.
– Za mnie? A co takiego zrobiłam, że zasłużyłam na toast? – zapytałam roztargniona.
Grupa zagapiła się na mnie, jakby nie mogła pojąć mojej głupoty. Pierwsza odezwała się Janie.
– Przepraszam, myślisz, że żyjemy w próżni? Że nasze życie przestaje istnieć poza klubem?
Tylko na nią patrzyłam, ale z dość silnym przeświadczeniem, że wiem, dokąd to zmierza, ale wciąż jeszcze usiłując zapobiec takiemu rozwojowi sytuacji.
Jill rozgniotła w misce limonki z cukrem, po czym łyżką naładowała więcej mętnej mieszaniny do mojego drinka.
– Bette, wszystkie czytamy „Nowojorską Bombę”, wiesz… Cholera, wszyscy to czytają. A wygląda na to, że codziennie jesteś tematem dnia. Kiedy, u licha, zamierzałaś wspomnieć, że przypadkiem twoim chłopakiem jest Philip Weston? – Wymówiła jego nazwisko z powolną pieczołowitością i wszystkie się roześmiałyśmy.
– Ooo, dziewczyny, zaczekajcie minutkę. On nie jest moim chłopakiem.
– Cóż, Wtajemniczona Ellie najwyraźniej uważa inaczej – zaświergotała Alex. Jej włosy miały dziś wieczorem ohydny kolor zielonkawych wymiocin i zdumiała mnie myśl, że nawet artyści z East Village czytają tę potworną kolumnę.
– Tak, to prawda – z namysłem dodała Vika. – Wydaje się, że dość często się z nim pokazujesz. A dlaczego nie? Jest szaleńczo, niezaprzeczalnie, cudownie rozkoszny.
Zastanowiłam się nad tym przez chwilę. W rzeczy samej był rozkoszny i każda kobieta w wieku między piętnaście a pięćdziesiąt wydawała się rozpaczliwie go pragnąć, więc co by się stało, gdybym pozwoliła wszystkim myśleć, że się umawiamy? Jeżeli im nie powiem, nikt się tak naprawdę nie dowie, że nie byłam w mieszkaniu Philipa, odkąd za pierwszym razem przypadkowo się tam obudziłam. Właściwie prawdopodobnie nawet by nie uwierzyły, gdybym im wyjaśniła, że widywaliśmy się (i jednocześnie byliśmy razem widywani) tylko dlatego, że oczekiwano ode mnie przynajmniej pokazania się na każdej imprezie Kelly & Company – wszystko jedno, czy nad nią pracowałam, czy nie. Od tygodni „przypadkowo” wpadałam na Philipa niemal co wieczór. Ostatecznie urządzanie najlepszych imprez należało do moich powinności, a Philip sam sobie narzucił obowiązek bywania na nich wszystkich, co do jednej.
Po co miałam im wyjaśniać, że chociaż na tych imprezach tylko przelotnie wymienialiśmy parę słów, zawsze obejmował mnie (albo kładł mi rękę na tyłku, drinka na biuście czy przyklejał usta do mojej szyi) dokładnie w chwili, gdy pojawiał się jakiś przypadkowy fotograf? Każdemu, kto śledził tę plotkarską kolumnę, wydawało się, że jesteśmy nierozłączni. To, co doczekało się etykiety „masa namiętnego migdalenia”, było nacechowane seksem w takim samym stopniu jak moje wieczorne pieszczotki z Millington. Dlaczego, zastanowiłam się, ktokolwiek miałby chcieć o tym usłyszeć?
Znałam odpowiedź. Ponieważ on był bohaterem dnia, a ja się z nim obściskiwałam.
– Jest słodki, prawda? – zapytałam. I taka była prawda. Philip Weston zaliczał się być może do grona najbardziej aroganckich facetów, jakich w życiu poznałam, ale byłoby śmieszne zaprzeczać, że czuję do niego absurdalny pociąg.
– Uhm, tak. I nie pomijajmy faktu, że jest najbardziej idealnym facetem z harlequina, jakiego można sobie wyobrazić w rzeczywistym świecie – westchnęła Courtney. – Chyba będę na nim wzorowała bohatera mojej kolejnej powieści.
– Na Philipie? – Trudno mi było wyobrazić sobie jakiegokolwiek bohatera romansu, który jęczy i klnie z powodu liczby nitek w osnowie prześcieradła, ale biorąc pod uwagę rozpoczęcie nowego milenium, nasz ulubiony gatunek literacki mógł tylko skorzystać na pewnym uaktualnieniu.
– Bette! Jest wysoki, przystojny, elegancki i wpływowy. Jest nawet cudzoziemcem, na litość boską – wytknęła, wymachując egzemplarzem Słodkiej barbarzyńskiej miłości * i wskazując na potężnie zbudowanego mężczyznę w przepasce biodrowej na okładce. – Wygląda nawet lepiej od Dominicka, co jest znamienne, ponieważ Dominick został narysowany, żeby wyglądać najbardziej rozkosznie jak to możliwe.
Dziewczyna miała rację. Philip pasował do ideału romantycznego bohatera bardziej niż każdy inny facet, którego wcześniej poznałam – nie licząc tego małego irytującego problemu z osobowością.
Przez resztę klubowego wieczoru nie mogłam się skupić, zastanawiałam się, czy później, na popremierowym przyjęciu, spotkam Philipa i co się może wydarzyć.
Wymknęłam się ze spotkania wcześnie i poszłam się przebrać przed pójściem do nowego klubu o nazwie Kołdra. Gdzie, oczywiście, pierwszą osobą, którą zobaczyłam po wejściu, był pan Weston we własnej osobie.
– Bette, kochanie, chodź się przywitać z kilkoma kumplami, którzy przyjechali z wizytą z Anglii – powiedział, składając przelotny, lecz trzeba przyznać, rozkoszny pocałunek dokładnie na moich ustach.
Nie mogłam się opanować, spojrzałam przez ramię. Obiecałam sobie, że będę bardziej uważała na fotografów, ale nie zobaczyłam niczego niezwykłego, tylko ten co zwykle piękny wijący się tłum.
– Cześć – rzuciłam, konstatując, że a) kiedy tak stoi przede mną, wygląda na jeszcze bardziej podobnego do fikcyjnego Dominicka i b) Courtney miała rację: Philip jest przystojniejszy. – Mogę się tam z tobą spotkać za minutkę? Muszę znaleźć Kelly i upewnić się, że wszystko w porządku.
– Jasne, kochanie. Przyniesiesz mi koktajl, kiedy wrócisz? Byłoby genialnie! – I czmychnął bawić się z przyjaciółmi, szczęśliwy jak mały chłopiec na placu zabaw.
Udało mi się skontaktować z Kelly, zapytać Leo i Skye, czy czegoś nie potrzebują, pokiwać do Elisy, która obściskiwała się z Davide'em, przedstawić się dwóm potencjalnym klientom (podziwianemu projektantowi Alvinowi Valleyowi i komuś, o kim wcześniej nie słyszałam, ale został opisany przez Kelly jako „najbardziej poszukiwany stylista w Hollywood”) i przynieść Philipowi wódkę z tonikiem, a wszystko to w czasie krótszym niż godzina. To tyle, jeśli chodzi o potencjalny rozwój sytuacji z Philipem. Był zajęty zabawianiem swoich „kumpli”. Tępy ból głowy, który udawało mi się ignorować od rana, nagle się wyostrzył i wiedziałam, że nie mogę znów być na nogach przez pól nocy. Wymknęłam się krótko potem. Byłam w domu piętnaście po dwunastej, solidnych piętnaście minut przed planowanym czasem, i spałam jak zabita przed wpół do pierwszej, uznając, że głupie wieczorne rytuały w rodzaju mycia zębów i twarzy są zwykłą stratą czasu, więc spokojnie można je pominąć. Kiedy sześć i pół godziny później zadzwonił budzik, nie wyglądałam za dobrze.
Wydrukowałam „Pranie Brudów” i czytałam biuletyn w metrze, wchłaniając dużą kawę oraz bajgla z masłem, cynamonem i rodzynkami. Jak było do przewidzenia, „Nowojorska Bomba” stanowiła pierwszy wycinek z codziennego pakietu i znów prezentowała wielkie zdjęcie – prawdę mówiąc zbliżenie – Philipa całującego mnie poprzedniego wieczoru. Widoczny był tylko tył jego głowy, ale aparat jakimś sposobem dał zbliżenie na moją twarz i uchwycił mnie z nieobecnym marzycielskim spojrzeniem na wpół przymkniętych oczu, które wpatrywały się w Philipa z uwielbieniem. Albo pijackim rozmarzeniem, w zależności od tego, jak kto zinterpretował na wpół przymknięte powieki. Prawdopodobnie powinnam była się tego spodziewać, ale ponieważ nie zauważyłam aparatu, zdjęcie na całą stronę sprawiło, że dosłownie się skurczyłam. Wiadomość dnia była szczególnie warta zapamiętania: zgodnie z przewidywaniami awansowałam i zamiast być określana jako „koleżanka Philipa” i „nowa dziewczyna”, „imprezowiczka” oraz „spec od PR w czasie szkolenia” doczekałam się powrotu do własnej tożsamości. Dokładnie pod zdjęciem – na wypadek gdyby w stanie Nowy Jork został jeszcze ktoś, kto nie jest na bieżąco zorientowany w mojej sytuacji – znajdowało się nazwisko wypisane wielkimi pogrubionymi literami i tytuł, który głosił: NAJWYRAŹNIEJ MOCNO SIĘ TRZYMA… BETTINA ROBINSON WIE, JAK SIĘ BAWIĆ. Czułam dziwną mieszankę zakłopotania, że wszyscy widzieli mnie w takim stanie, oburzenia, że wszystko zostało tak przeinaczone, i słabą, ale stale obecną żałość na myśl, że nie mam już niczego, co choć w przybliżeniu przypominałoby prywatność.
* Rosemary Rogers, Sweet Savage Love.