KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody Erasta Fandorina #8
- Язык: польский
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:
Na placu Kałuskim skręcili w lewo, przed mostem wjechali na nabrzeże i potem już długo nigdzie nie skręcali. Dzięki Bogu, pasażerowie pierwszej kolaski ani razu się nie obejrzeli - inaczej mój zielony uniform ze złotymi naszywkami z pewnością dostrzegliby z daleka.
Rzeka się rozdwoiła. Nasza trasa biegła wzdłuż węższej odnogi. Z lewej, pomiędzy domami, ukazały się wieże Kremla z orłami, a my jechaliśmy i jechaliśmy, tak że już przestałem kojarzyć, ku jakiej części Moskwy zmierzamy.
Na koniec znowu skręciliśmy. Załomotaliśmy kołami po krótkim moście krytym kocimi łbami, potem po długim, drewnianym, i jeszcze po jednym (na tym dostrzegłem tabliczkę „Mały Jauski”).
Domy stały tu liche, a ulice były brudne. Im dłużej jechaliśmy okropną, zrytą koleinami drogą, tym parszywsze budynki spotykaliśmy - istne rudery.
Woźnica nagle zatrzymał konia.
- Pańska wola, panie, ale ja na Chitrowkę nie pojadę. Ograbią, konia odbiorą, a jeszcze boki obiją, jeśli nie gorzej. Miejsce ma złą sławę i w dodatku zbliża się wieczór.
Rzeczywiście zaczynało zmierzchać - jak mogłem tego nie zauważyć?
Zrozumiałem, że spierać się nie ma sensu, i szybko wysiadłem z dorożki, wsuwając „wańce” trzy ruble.
- O nie! - Złapał mnie za rękaw. - Widzicie, dokąd zajechaliśmy, a wy, wasza ekscelencjo, obiecaliście podwójnie!
Fiakier Fandorina zniknął za zakrętem. Żeby nie zgubić tropu, rzuciłem arogantowi jeszcze dwa ruble i ruszyłem w pościg. Po drodze spotykałem publikę zupełnie niezwykłą. Mówiąc po prostu - oberwańców. Jak u nas na Ligowce, a może i gorzej. Najbardziej nieprzyjemne było to, że wszyscy bez wyjątku się na mnie gapili.
Ktoś nawet przepitym głosem krzyknął za mną:
- Hej, kaczor, coś ty tu zgubił?!
Udawałem, że nie słyszę.
Dorożki za zakrętem nie było - pusta, nierówna uliczka, krzywe latarnie z rozbitymi szybkami, na wpół rozwalone domki.
Rzuciłem się do następnego zakrętu i natychmiast musiałem się cofnąć, ponieważ całkiem blisko, piętnaście kroków przede mną, z dorożki wychodzili ci, których szukałem.
Ostrożnie wysunąłem się zza rogu. Zobaczyłem, jak do przyjezdnych ze wszystkich stron podchodzą obrzydliwi oberwańcy i z ciekawością gapią się na dorożkarza, z czego można było wnioskować, że przyjazd „wańki” na Chitrowkę jest wydarzeniem niezwyczajnym.
- A rubel z połóweczką? - jęknął żałośnie woźnica, obracając się do ucharakteryzowanego Fandorina.
Ten zakołysał się na obcasach, trzymając ręce w kieszeniach, obrzydliwie wyszczerzył zęby, błyskając dorobionymi złotymi koronkami, i celnie splunął fiakrowi na but. I jeszcze szyderczo wyrzekł:
- A w mordę piąteczką? - spytał szyderczo.
Tłum złośliwie zachichotał.
Ach, panie radco stanu, lepszy z was ptaszek!
Wciskając głowę w ramiona, „wańka” chlasnął konia i odjechał, odprowadzany gwizdami, śmiechem i okrzykami o nieprzyzwoitej treści.
Fandorin i Japończyk, nawet nie spojrzawszy jeden na drugiego, rozeszli się, każdy w inną stronę. Masa zniknął w bramie i jakby rozpłynął się w półmroku, a Erast Piotrowicz podreptał samym środkiem ulicy. Chwilę się wahałem, zanim ruszyłem za drugim obiektem. Niesłychane, jak zmienił się jego sposób chodzenia. Fandorin szedł, kołysząc się jak na niewidzialnych resorach, ręce miał w kieszeniach, plecy zgarbione. Ze dwa razy obficie splunął na bok, kopnął pustą puszkę. Z naprzeciwka, kręcąc biodrami, szła wymalowana dziwka w pstrej sukience. Były radca stanu podstępnie wyjął rękę z kieszeni i uszczypnął ją w bok. Choć może się to wydać dziwne, owej damie taki sposób wyrażenia szacunku przypadł do smaku - zapiszczała, rozchichotała się perliście i posłała za kawalerem tak dosadne wyrażenie, że o mało się nie potknąłem. Zobaczyłaby Ksenia Gieorgijewna, jak nisko ceni ten pan jej wykwintne uczucia!
Skręcił w wąski, ciemny zaułek - szczelinę między ścianami. Wsunąłem się tam za nim, ale nie zdążyłem zrobić nawet dziesięciu kroków, jak mnie pochwycono z dwóch stron za ramiona. W twarz tchnęło mi czymś zgniłym i skwaśniałym, a młody głos gnuśnie i przeciągle rzekł:
- Ciicho, wujaszku, ciicho.
* * *
Dwie ledwo widoczne w ciemności sylwetki stanęły przy mnie z prawej i z lewej. Przed oczyma mignęła mi lodowa iskierka na stalowym ostrzu i poczułem, że ugięły się pode mną kolana - tylko patrzeć, a przełamią się do przodu, wbrew zasadom anatomii.
- Paradny kacor - wyseplenił drugi głos, starczy i bardziej ochrypły. - Świrus!
Kieszeń, w której leżała moja portmonetka, stała się podejrzanie lekka i zrozumiałem, że lepiej nie protestować. Tym bardziej że posłyszawszy hałas, mógł wrócić Fandorin i odkryć, że go śledzę.
- Bierzcie szybciej i dajcie mi spokój - powiedziałem dosyć twardo, ale w tej samej chwili zachwiałem się, bo z dołu, z ciemności wyskoczyła pięść i ugodziła mnie u nasady nosa. Pociemniało mi w oczach, a po brodzie pociekło coś gorącego.
- Aj, to ci szybciula! - usłyszałem jak zza szyby. - A co za skórka! Ze złotymi galonami. I kurta niezła.
Czyjeś palce bezceremonialnie złapały mnie za koszulę i wyciągnęły ją zza pasa.
- Niepotrzebnie, Sioka, mordę mu rozbiłeś. Koszulka czysty batyst, a tu już cały przód upstrzyło. I portki niezłe.
Dopiero teraz z przerażeniem pojąłem, że kryminaliści chcą mnie rozebrać do naga.
- Portki babie, ale sukno dobre. - Któryś pociągnął mnie za brzeg spodni. - Mańce na pantalony się nadadzą. Zdejmuj, wujaszek, zdejmuj.
Moje oczy przywykły już do mizernego oświetlenia i teraz mogłem się przyjrzeć grabieżcom.
Lepiej wszak, żebym się im nie przyglądał - byli koszmarni, jednemu połowę twarzy przysłaniał potężny siniak, drugi głośno pociągał zapadłym, zasmarkanym nosem.