Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Исторические детективы » KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów

Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:

Podczas przygotowań do koronacji cara Mikołaja II porwany zostaje syn Wielkiego Ksiecia Georgija Aleksandrowicza. Porywacz jako okupu żąda `Orłowa`. Ten bezcenny brylant zdobiący berło jest narodową świętością. Fandorin wie, że zbrodniarz nie zwykł zostawiać swych ofiar przy życiu. Musi więc wygrać wyścig z czasem.
1 ... 35 36 37 38 39 40 41 42 43 ... 104
Перейти на страницу:

- Bierzcie liberię, a spodni i butów nie dam - powiedziałem, albowiem sama myśl, że ja, sługa Zielonego Dworu, będę szedł przez Moskwę goły, była dla mnie nie do przyjęcia.

- Nie zdejmiesz, z trupka ściągniemy - zagroził ochrypły i wyciągnął brzytwę, najzwyklejszą, sam taką się golę, tylko że ta była cała pordzewiała i stępiona.

Zacząłem drżącymi palcami rozpinać koszulę, przeklinając się w duchu za bezmyślność. Po cóż się pakowałem w takie łajdactwa! Fandorina zgubiłem, ale to pół biedy -jak tu teraz wydostać się stąd żywym?

Za plecami chitrowskich apaszów wyrósł jeszcze jeden cień. Rozległ się leniwy głos:

- A co tutaj za komedyja? Ano, szproty, won stąd. W try miga.

Erast Piotrowicz! Ale skąd? Przecież odszedł!

- Ty co, ty co? - piskliwie zająknął się młodszy. - To nasz z Tiurą baran. Ty sobie żyj, fartowny, ale i uczciwym psom żyć daj. Nie ma takiego prawa, żeby psom barana odbierać!

- Ja ci dam prawo - wycedził Fandorin i wsunął rękę za pazuchę.

W tej samej chwili złodzieje popchnęli mnie i rzucili się do ucieczki. Jednak liberii i portfela (a w nim czterdziestu pięciu rubli, nie licząc drobnych) nie zapomnieli zabrać.

Nie wiedziałem, czy mogę się uznać za uratowanego, czy też, na odwrót, wpadłem, jak to się mówi, z deszczu pod rynnę. Wilczy grymas, który wykrzywił gładką twarz Fandorina, nie zwiastował mi nic dobrego, toteż ze strachem śledziłem jego rękę, wyciągającą coś z wewnętrznej kieszeni.

- Trzymajcie.

To nie był ani nóż, ani pistolet, jedynie chusteczka.

- I co ja mam z wami z-zrobić, Ziukin? - spytał Erast Piotrowicz swoim zwykłym głosem i straszny grymas zastąpił krzywy uśmieszek, nie mniej wstrętny. - Ja was, rozumie się, zauważyłem jeszcze w Nieskucznym, jednak p-przypuszczałem, że na Chitrowkę nie wejdziecie... Jednak, widzę, wy nie z tchórzy.

Milczałem, nie wiedząc, co odpowiedzieć.

- Trzeba byłoby was tu porzucić, żebyście na golasa musieli wracać. Mielibyście lekcję. No, wyjaśnicie mi, Ziukin, z jakiego powodu ciągnęliście się za mną?

Ponieważ teraz jego głos był zwykły, nie bandycki, lecz pański, poczułem się spokojniejszy.

- Nieprzekonująco mówiliście o chłopaku - odpowiedziałem, wyjąłem własną chusteczkę, odchyliłem do tyłu głowę i ścisnąłem rozbity nos. - Postanowiłem sprawdzić.

Fandorin wyszczerzył zęby.

- Brawo, Ziukin, b-brawo. Nie oczekiwałem po was podobnej przenikliwości. Macie rację, Sieńka Kowalczuk powiedział mi wszystko, co wiedział, a chłopak z niego spostrzegawczy... t-taki ma już zawód... i roztropny - zrozumiał, że inaczej go nie wypuszczę.

- I powiedział, jak znaleźć tego „mordziastego”, który go najął?

- Nie całkiem, ponieważ nasz wspólny znajomy nie ma o tym, rzecz jasna, pojęcia, ale opisał go nader wyczerpująco. Osądźcie sami: mordziasty, oczy zmrużone, pysk wygolony, z dużymi ustami, czapka generałka z lakierowanym daszkiem, czarna, krótka kurtka sybirka, czerwona jedwabna koszula, buty mocno skrzypiące i z lakierowanymi kaloszami...

Przyglądając się odzieży samego Fandorina, wykrzyknąłem:

- Też mi rzadkość, wy też jesteście dokładnie tak ubrani! W Moskwie takich zuchów pod dostatkiem.

- Wcale nie. - Pokiwał głową. - W Moskwie spotyka się ich rzadko, ale na Chitrowce już częściej, chociaż też nie tak wielu. To nie jest po prostu ubranie, tylko najwyższy chitrowski szyk - i czerwony jedwab, i lakierowane kalosze. Tylko fartowni, to jest bandyci najwyżej stojący w złodziejskiej hierarchii, pozwalają sobie na podobny uniform. Żebyście to łatwiej mogli pojąć, Ziukin, taki ubiór jest czymś w typie kamerherskiego munduru. Widzieliście, jak zwiewały przede mną te „p-psy”?

„Zwiewały”, „psy” - cóż to za wyrażenie! Od razu widać, że z radcy stanu w Fandorinie mało co zostało. Ten człowiek przypominał mi tanie pozłacane naczynie, z którego spełza wierzchnia warstwa, a spod niej przebija wulgarny mosiądz.

- Jakie jeszcze „psy”? - spytałem, dając do zrozumienia, że nie zamierzam rozmawiać w złodziejskim żargonie.

- „Psy”, Ziukin, to drobne złodziejaszki i chuligani. Dla nich „fartowny” w moim typie to w-wielka szyszka. Ale przerwaliście mi i nie zdążyłem wam zdradzić najważniejszego: charakterystycznej cechy „mordziastego”. - Pomilczał chwilę, zanim odezwał się z wymowną miną, jakby odkrywał przede mną coś niesłychanie ważnego. - Podczas rozmowy z Sieńką... a rozmawiali nie krócej niż pół godziny... ten osobnik nie wyjmował z kieszeni prawej ręki i przez cały czas podzwaniał drobnymi.

- Sądzi pan, że to pomoże go znaleźć?

- Nie - westchnął Fandorin. - Przypuszczam coś całkiem innego. Zresztą niedługo się okaże, czy moje podejrzenia są słuszne. To sprawdzi Masa. I jeśli mam rację, to zamierzam poszukać „mordziastego”, kiedy doktor Lind gra z policją w kotka i myszkę.

- A gdzie pan Masa?

Erast Piotrowicz machnął wymijająco ręką.

- Tutaj niedaleko, w piwnicy, w potajemnej chińskiej palarni opium. Po zeszłorocznej obławie przeniosła się z Suchariewki na Chitrowkę. Ci ludzie wiele wiedzą.

- A co, pan Masa umie po chińsku?

- Trochę. W jego rodzinnym mieście, Jokohamie, mieszka wielu Chińczyków.

Tymczasem gdzieś za rogiem rozległ się przeciągły zbójecki gwizd, od którego przebiegły mi ciarki po plecach.

- A oto i on - z zadowoleniem stwierdził Fandorin. Złożył palce w specjalny sposób i gwizdnął identycznie, tylko jeszcze przenikliwiej. Aż mi ucho zatkało.

Ruszyliśmy zaułkiem i bardzo szybko napotkaliśmy Japończyka. Ten się wcale nie zdziwił, kiedy mnie zobaczył, jedynie ceremonialnie się skłonił. Skinąłem mu w odpowiedzi, czując się bardzo niezręcznie bez liberii, a do tego jeszcze w ochlapanej krwią koszuli.

Zaczęli rozmawiać ze sobą w jakimś niezrozumiałym języku - już nawet nie wiem, po japońsku czy po chińsku - i wyłowiłem tylko wielokrotnie powtarzane słowo „kikut”, którego zresztą i tak nie rozumiem.

- Miałem rację - raczył w końcu wyjaśnić Fandorin. - To naprawdę Kikut. Ma jedną rękę, stąd nawyk trzymania kikuta w kieszeni. Bardzo ważny bandyta, szef jednej z nowych i najbardziej niebezpiecznych chitrowskich band. Chińczycy powiedzieli, że ma melinę na Podkopajewce, w starych składach wina. Niełatwo tam trafić - wystawia wartowników jak w koszarach, nawet wprowadził hasła... No, ale to nieważne. Ziukin, co ja mam z wami zrobić? W-wpakowaliście mi się na kark. Samego was na Chitrowce puścić nie mogę, bo szybko was wykończą.

1 ... 35 36 37 38 39 40 41 42 43 ... 104
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)