Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]
- Автор: Снегов Сергей Александрович
- Серия: Ludzie jak bogowie #1
- Год: 1972
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Tadeusz Gosk
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]». Краткое содержание книги:
— Chodźmy szukać mieszkańców — zaproponował Andre.
— Wsiedliśmy do awionetek i bez pośpiechu polecieliśmy w kierunku miasta. Trub pomknął do przodu usiłując nas wyprzedzić, ale wkrótce pozostał z tyłu i Lusin wziął zawstydzonego Anioła do swojej awionetki.
Po jakimś czasie wylądowaliśmy, opuściliśmy pojazdy i poszliśmy pieszo ulicami miasta. Znając już jaskiniowe siedliska Aldebarańczyków i ochronne zarośla Wegan nie zdziwiliśmy się widokiem tego osiedla. Bądź co bądź były tu domy — skrzynki bez okien i drzwi z jakimiś otworami pod dachem, niskie, ponure i niezmiernie długie (niektóre ciągnęły się na kilometr i więcej). Gdyby nie ogromne rozmiary budowli, powiedziałbym, że przypominają mieszkania Altairczyków.
— Założę się, że tutejsi mieszkańcy są skrzydlaci — powiedział Andre. — Przypominają z pewnością naszego Truba.
Ale gospodarze tej ziemi przypominali raczej koniki polne niż Anioły. Wkrótce ujrzeliśmy grupę takich świerszczy wzrostu naszych dziesięcioletnich dzieci, zielonych, przezroczystych, błonoskrzydłych, z czterema giętkimi kończynami i pionowo ustawioną, wąską, niemal ludzką twarzą. Wszyscy byli martwi… Leżeli pod ścianą, skrwawieni, rozpłaszczeni i żadnemu z nich nie biło serce, żaden nie oddychał. Staliśmy przed nimi w milczeniu, jedynie Trub ze świstem wymachiwał skrzydłami.
— Nie ma pokoju pod gwiazdami — rzekł chmurnie Andre i przywołał gestem Truba. — Wsuń no, przyjacielu, głowę w którąś z tych dziurek i powiedz, co tam zobaczysz.
Trub podfrunął do jednego z górnych otworów i zniknął w nim na jakieś dwie minuty. Potem runął jak kamień na ziemię.
— Śmierć! — wychrypiał zdenerwowanym głosem.
— Wszyscy zabici!
Skinąłem na Anioła. Trub z gotowością podstawił ramiona. To skrzydlate chłopisko jest silne jak byk i z łatwością uniosło mnie do otworu. Wsunąłem nogi do wnętrza i siadłem chwyciwszy rękami za brzegi otworu.
— Leć do środka, Trub! — powiedziałem.
Anioł piorunem przedostał się przez inny otwór i podleciał do mnie od wewnątrz budynku. Jestem od niego szerszy w ramionach, nie mogłem więc równie łatwo przeleźć na drugą stronę. Trub pociągnął mnie za nogi i pochwycił w locie. Objąłem go za szyję i zapaliłem kieszonkowy reflektor. Widok był straszliwy. W ogromnej kamiennej stodole leżały zwały martwych świerszczy o ludzkich twarzach. Trub ciężko machając skrzydłami poleciał w koniec hali i wrócił do mnie: wszędzie leżały trupy, same trupy. Nikt nie podniósł głowy, nikt nie poruszył błoniastym skrzydłem.
— Zaraza czy pobojowisko? — zapytał Andre, kiedy wydostaliśmy się z Trubem na zewnątrz.
— Chyba pobojowisko. Mieszkańcy miasta chronili się za ścianami i śmierć ich tam dopadła. Działo się to zupełnie niedawno, może kilka dni lub godzin temu.
— Zwłoki są tak samo zmiażdżone? — zapytał Andre wskazując na trupy leżące pod ścianą.
— Rozpłaszczone. Najpewniej salwa z dział grawitacyjnych.
Przed nami była ściana przegradzająca ulicę, skręciliśmy więc w biegnący w lewo zaułek. Lusin nagle rzucił się do przodu z krzykiem:
— Człowiek! My! Taki sam!
Pospieszyliśmy za nim. Wyprzedził nas lecący z łopotem skrzydeł Trub.
Na malutkim placyku, utworzonym przez szczyty trzech stodołowatych domów, stała grupa z trzech figur. Wysoki człowiek obejmował dwa człekogłowe świerszcze. Cała trójka śmiała się unosząc uradowane twarze ku górze. Żółty, wytworny kamień, niepodobny zupełnie do zimnego marmuru naszych pomników, podkreślał jeszcze nastrój radości.
— Galakt — powiedział Andre, wskazując na wygięte we wszystkie strony palce centralnej postaci.
— Spotkanie przyjaciół — rzekł Lusin. — Zszedł z nieba. Oczekuje innych.
Nie mogłem się od figury Galakta oderwać. Ziemscy rzeźbiarze nie potrafią tak prawdziwie oddać twarzy, zawsze w ich rzeźbach pozostaje coś martwego, ukazującego, że mamy do czynienia z kamieniem, a nie z ciałem. Tu mieliśmy żywą twarz, tak żywą, iż chciało się odpowiedzieć uśmiechem na jej uśmiech. Znów byłem pod wrażeniem ogromnych oczu Galakta. Te niemal kwadratowe oczy zajmowały prawie połowę twarzy i one przede wszystkim nadawały jej wyraz. Artysta doskonale oddał tę wesołość z odcieniem niepokoju, jaka z nich tryskała. Gdy świerszcze tylko się cieszyły, Galakt jednocześnie radował się i niepokoił, był szczęśliwy i czujny, bo najwidoczniej nie tylko radosnych wieści oczekiwał wpatrując się w niebo.
Wywołałem w myśli Wierę. W rozjarzonej wideo-kolumnie ujrzałem sterówkę i siedzących w fotelach Olgę, Wierę i Leonida.
— Nie obawiaj się — powiedziała Wżera. — Obserwujemy was.
— To znaczy, że widzieliście okropności tego miasta umarłych i wiecie, o czym to świadczy?
— Tak, Eli. Jesteście chronieni potężnymi polami. Posługujcie się nimi.
Wokół nas latał Trub, to wznosząc się do góry, to opadając w dół. Nagle pomknął w bok i wkrótce rozległ się jego rozpaczliwy krzyk. Anioł krzyczał tak straszliwie, że ze wszystkich sił rzuciliśmy się ku niemu. Przypomniałem sobie, że Trub nie potrafi posługiwać się polami siłowymi, i otoczyłem go własnym. Anioła oderwało od bryły, na którą wściekle się rzucał. Pospiesznie cofnąłem pole. Trub nie pojął, co mu się przydarzyło. Później opowiedział, że jakaś niezwykła siła chwyciła go za włosy i powlokła do tyłu.
— Wróg! — ryczał Trub znów rzucając się na bryłę.
— Podły!
Ale nie była to żywa istota, lecz także kamień. Na wypolerowanym cokole wznosiło się jakieś niepodobne do niczego straszydło: ni to bryła ziemi, ni to spęczniały żółw, ni to rycerski hełm z ziemskich muzeów. Ze środka kamiennej narośli tryskała w górę giętka jak ciało żmii rurka, na końcu której znajdowało się zgrubienie podobne do wielkiego ogórka lub ananasa. „Ananas” błyszczał, promieniował światłem, lecz nie ciągłym, jakie daje lampa, ałe jakby złożonym z tysięcy kłująco jaskrawych ostrzy. Zdawało się, że zgrubienie jest inkrustowane drogimi kamieniami, których każda grań błyszczy osobno. W wyglądzie dziwnej konstrukcji było coś złowieszczego. Rozumiałem więc Truba, który rzucał się na nią z taką pa-sją.
W milczeniu staliśmy przed monumentem. Wiedzieliśmy, że na gwiazdolotach również wszyscy go obserwują i podobnie jak my starają się pojąć, co to jest.
— Czy to przypadkiem nie Niszczyciel? — zapytał Andre bez zwykłej pewności siebie.
— Chyba tak — potwierdził Lusin, którego przekonał nie Andre, lecz wściekłość Truba.
— Raczej ich pojazd bojowy — wtrąciłem. — A ten ogórek na szyjce to oczy lub peryskop. W tym wszystkim tkwi wielka zagadka, Andre.
— Jedna? Naliczyłem ich co najmniej tysiąc.
— Jedna — powtórzyłem. — Taka mianowicie: jeżeli mieszkańcy Sigmy tak cieszą się na widok Galaktów, co wynika z pierwszej rzeźby, to czemu wznoszą pomniki wrogom swych przyjaciół? Czemu składają im hołd?
— Pomniki stawia się nie tylko jako wyraz czci. To może być ostrzeżenie: nie zapominajcie o tym, co wam grozi.
— Trzeci! — krzyknął Lusin rzucając się w przejście między domami. — Pierwszorzędny Zływróg! Galakt również! …
Trzecia grupa postaci istotnie była wspaniała. Słowo „wspaniała” odnosi się do mistrzostwa wykonania, a nie do treści. Na skraju cokołu spoczywało takie samo kamienne cielsko z połyskliwą naroślą, a w centrum i na drugim skraju stało dwóch Galaktów i ośmiu mieszkańców Sigmy. Zamilkliśmy i zamarli przed rzeźbą. Po raz drugi (pierwszy raz na zniszczonym później obrazie Altairczyków) ujrzeliśmy okropną scenę wzięcia do niewoli. Na szyjach Galaktów wisiały łańcuchy, takie same łańcuchy oplatały mieszkańców Sigmy. To była procesja jeńców, a połyskujący okiem czy peryskopem Niszczyciel był najwidoczniej ich nadzorcą.