Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]
- Автор: Снегов Сергей Александрович
- Серия: Ludzie jak bogowie #1
- Год: 1972
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Tadeusz Gosk
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]». Краткое содержание книги:
Przez kilka sekund zastanawialiśmy się nad rozszyfrowanym tekstem. Najwidoczniej gdzieś w pobliżu była ich baza, z którą rozmawiali. Powinniśmy być przygotowani na nowy atak. Później każdy z nas zaczął mówić o tym, co mu się wydawało najbardziej ważne.
— Pomoc dla nich przyjdzie dopiero w nocy — powiedział Leonid. — Powinniśmy więc uporać się z nimi przed wieczorem.
— O jakich ekranowanych mowa? Przed czym ekranowanych? Przed działaniem naszych pól? — zapytałem. — Ale oni zapominają o naszych gwiazdolotach.
— Ich grawitacja słabnie — powiedział Andre. Co znaczy to dziwne zdanie? Dlaczego nie odebraliśmy impulsów ich rozmówców?
— Rozmówcy są daleko — odparłem. — Deszyfrator nie uchwycił ich słabych sygnałów.
— Planeta niepotrzebna — wymamrotał Lusin. Niepotrzebna. Zniszczą?
— W tej chwili najważniejsza jest groźba: „Uderzę głową” — powiedział Kamagin. — Jest to niewątpliwie zapowiedź samobójstwa. Trzeba mu zapobiec, tylko jak?
— Unieruchomić tym stworom głowy! — huknął Allan. — Albo po prostu odciąć im peryskopy płaskim polem.
— Nie — zaoponowałem. — Wtedy rozsypią się na kawałki. Andre ma rację, że coś ważnego związane jest z faktem słabnięcia ich grawitacji. Usztywnijmy ich między polami i przenieśmy w takim stanie do komory ciśnieniowej.
Unieruchomione Zływrogi zostały wkrótce rozdzielone. Wtedy jeden z nich zdołał jednak jakoś uderzyć się głową. Tym pieczołowiciej obchodziliśmy się z ostatnim. Nieśliśmy go do planetolotu, ściskając oddzielnymi polami tułów i głowę. Niszczyciel wyraźnie słabł, jego impulsy stawały się nieczytelne, głowa przestała się poruszać i zgasła.
— Chyba umarł — powiedział Andre, kiedy umieściliśmy potwora w komorze ciśnieniowej planetolotu. Deszyfrator nie odbiera żadnych sygnałów.
Wzmocniliśmy ciśnienie w komorze i uruchomiliśmy pokładowy grawitator w nadziei, że wielkie ciążenie wskrzesi Niszczyciela. Zamocowawszy głowę tak, aby przypadkiem nie upadła na ciało, pozostawiliśmy Niszczyciela w jego tymczasowym więzieniu.
— Zostanę tu — powiedział Andre — i postaram się zbadać budowę ciała oraz fizjologię naszych przeciwników.
— My tymczasem poszukamy mieszkańców planety — oświadczył Leonid. — Może nie wszyscy zginęli. Planeta wydawała się po dawnemu martwa. Oblecieliśmy miasto i skierowaliśmy się ku innym osiedlom, które wyglądały jak kopie pierwszego. Wszędzie spotykaliśmy okropne ślady pogromu. Zielone jeszcze rankiem lasy i łąki żółkły i więdły. Rośliny na planecie były całkowicie zniszczone, podobnie jak uprawiające je rozumne świerszcze z niemal ludzkimi głowami.
Nastroiłem deszyfrator na dowolne fale jeszcze pracującego mózgu. Po godzinie poszukiwań odebraliśmy słabe impulsy i polecieliśmy w kierunku ich źródła.
Peleng falowy doprowadził nas do podziemnego kanału czy też rury kanalizacyjnej zagubionej wśród lasu. Wejście do kanału było zasłonięte trawą i krzewami. Deszyfrator wykazywał obecność trzech żywych istot.
Próbowałem przedostać się do wnętrza rury, ale otwór był dla mnie zbyt wąski i do środka wpełzł Kamagin. Poprosił o pomoc i za nim udał się również szczupły Groman. We dwójkę wydobyli na zewnątrz konającego sześcioskrzydłego. Rozumny świerszcz nie odpowiadał na pytania, nie poruszał się i prawie nie oddychał, ale jego mózg jeszcze pracował z gorączkową szybkością.
— Tam są ich całe setki — powiedział Kamagin ale wszyscy martwi.
— Dwóch jeszcze żyje — odpowiedziałem. — Przyrząd odbiera prądy czynnościowe ich mózgów. Weźcie bioskop.
Z aparacikiem wykrywającym ślady życia wrócili do kanału. Dwóch wydobytych mieszkańców planety było w jeszcze gorszym stanie niż pierwszy. Jeden skonał, kiedy go wynoszono na zewnątrz, drugi żył jeszcze kilka minut i mogłem zapisać promieniowanie jego umierającego mózgu.
Zająwszy się pierwszym, przekonałem się, że nie ma nadziei na jego powrót do zdrowia, ale można przez jakiś czas podtrzymywać gasnący płomyk życia. Zbliżał się wieczór, kiedy przekonaliśmy się, że na planecie nie ma już żywych istot.
— Zabierzemy pomniki — zaproponował Leonid. Automaty zdjęły rzeźby z cokołów, a później przeniosły do planetolotu również same postumenty.
— Nadal brak sygnałów statku idącego wrogom na pomoc — powiedział Andre. — Jego milczenie działa mi na nerwy.
— Wsiadać! — zakomenderował Leonid. — Wracamy do gwiazdolotu.
Spojrzałem na niebo. Elektra zaszła za horyzont i nastąpił zmierzch. Nad miastem zapłonęło tysiące latarń. One jedne nadal działały. Wstrząsające wrażenie robiła ta wspaniała iluminacja w królestwie śmierci i chaosu.
11
Teraz przechodzę do tragedii Andre i na myśl o niej rozpacz ściska mnie za gardło. Nawet teraz, oddzielony od owego strasznego dnia latami i jeszcze straszliwszymi wydarzeniami, nie pojmuję do końca tego; co się wtedy stało. Przede wszystkim nie rozumiem siebie. Jak mogłem okazać się tak lekkomyślny? Czemu wszyscy zachowywaliśmy się jak stado cieląt? Wszak już wtedy wiedzieliśmy, że walczymy z podstępnym, dysponującym potężnymi środkami technicznymi wrogiem, wiedzieliśmy też, iż wróg ten pod wieloma względami nas przewyższa. Dlaczego, dlaczego nie pomyśleliśmy o najprostszych, elementarnych wręcz środkach ochronnych? Wróg sam oświadczył, że zamierzą nas pokonać. Dlaczego zlekceważyliśmy jego groźby? Czytając po raz któryś z rzędu zapis rozmowy Zływrogów ze swą bazą, przekonałem się ostatecznie, że ze wszystkich możliwych znaczeń zagadkowego słowa „ekranowany” wybrałem najdalsze od prawdy i nie tylko pomyliłem się, lecz również przekonałem wszystkich, że mam rację. I Andre! Biedny Andre, który tak przenikliwie domyślił się niewidzialności naszych przeciwników, też z ulgą zrezygnował ze swego odkrycia. Znów pytam się, czemu nasze oczy zaćmiła ślepota wówczas, kiedy potrzebna była cała ostrość wzroku? Czy to dlatego, że ujrzawszy jak brzydcy i niezdarni są nasi przeciwnicy i jak łatwo rozprawiamy się z nimi naszymi słabymi polami, od razu nabraliśmy do nich pełnej zadufania pogardy i nawet nie próbowaliśmy się dowiedzieć, czy wszyscy są tacy sami? „Dlaczego nie możecie być przed nocą?” — wołał do swoich ostatni Zływróg. Na Sigmie zapadała noc. Posłana przez wrogów pomoc już zbliżała się do planety. Od okrutnego ciosu dzieliły nas minuty, a my beztrosko paplaliśmy, ciesząc się z łatwego zwycięstwa!
— Tu są piękne noce! — powiedziałem do Andre. — Nawet ta automatyczna iluminacja nie tłumi blasku gwiazd.
Andre uniósł głowę i przez chwilę patrzył w niebo. Powietrze było niezwykle przejrzyste. Ekranowani wrogowie już wisieli nad nami, a my spokojnie zachwycaliśmy się gwiazdami Plejad.
— Pospieszcie się! — krzyknął gniewnie Leonid. Tylko na was czekamy.
Ruszyłem ku planetolotowi i wtedy usłyszałem krzyk Andre, ochrypły i przerywany. Dusili go, a on się wściekle wyrywał. Czułem pulsację jego pola.
— Eli, pomóż! — krzyczał Andre. — Eli! Eli! Rzuciłem się ku niemu. Nie dojrzałem go. Nad ciemną ziemią jaskrawo połyskiwały gwiazdy, powietrze było spokojne i przejrzyste. Gdzieś obok mnie dławił się i wołał o pomoc Andre. Słyszałem go zupełnie dokładnie, wiedziałem, że mu kneblują usta, a on się wyrywa i znów krzyczy:
— Eli! Eli! Na pomoc!
— Niewidzialni! — wrzasnąłem i rzuciłem swoje pole w kierunku krzyku; nie zdając sobie nawet sprawy, że jest równie niebezpieczne dla Andre, jak i dla napastników.
Wtedy zobaczyłem Andre po raz ostatni. Moje uderzenie odrzuciło któregoś z atakujących go Niewidzialnych. W powietrzu nagle zjawiły się nogi Andre, wściekle wierzgające i zadające komuś ciosy. Widać było tylko nogi! Na miejscu, gdzie powinien być tułów i głowa, spokojnie świeciły gwiazdy. Od tej pory minęło wiele lat, ale ciągle jeszcze widzę ten obraz: same tylko zawieszone w powietrzu, walczące nogi Andre.